To co mówi Helena82 bardzo dobrze koresponduje z tym, czego szukałam przez chwilę przy okazji tybetańskiej tradycji - tam uzdrowienie nie jest rozumiane jako anulowanie choroby, ale jako przemiana relacji chorego z chorobą. Choroba może trwać, ale nie niszczy. To jest zupełnie inne ujęcie niż to, które zakłada, że cud to zniknięcie objawów.
Tylko że jak to zestawimy z procesami beatyfikacyjnymi, o których Ksawera mówiła wcześniej, to tam jest zupełnie inny wymóg - właśnie zniknięcie objawów, wyjaśnialne medycznie. Więc mamy dwa różne modele cudu działające obok siebie nawet w obrębie jednej tradycji chrześcijańskiej. Ktoś to może wyjaśnić?
W tybetańskiej medycynie te dwie warstwy - rytualna i empiryczna - są traktowane jako równoważne i komplementarne. Lekarz tybetański może przepisać zioła i jednocześnie zalecić konkretne praktyki visualizacji, mantry, a czasem poprosi lamę o puja. To nie są dwie oddzielne ścieżki, tylko jedno leczenie na różnych poziomach rzeczywistości. Ciekawe jest to, że tam nie ma pytania 'czy to działa psychicznie czy fizycznie' - to rozróżnienie w ogóle się nie pojawia, bo umysł i ciało nie są oddzielone tak jak w zachodniej medycynie.
Ale to jest ta sama logika co w katolickim namaszczeniu chorych, nie? Kapłan modli się, namaszcza olejem, to ma działać na poziomie duchowym. Czemu to u katolików traktujemy inaczej niż u buddystów tybetańskich? Pytam serio bo mam wrażenie, że tutaj jest jakaś niekonsekwencja w podejściu.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chcę zapytać o coś praktycznego. Czy gdzieś w tych tradycjach mówi się o tym, czy osoba uzdrawiana musi wierzyć, żeby zadziałało? Bo słyszałam, że na przykład w uzdrowieniach charyzmatycznych mówi się, że 'wiara czyni cuda', ale to trochę oznacza, że jak ktoś nie wierzy i nie zostaje uzdrowiony, to sam jest winny. Czy w buddyzmie czy w zaratusztrianizmie jest podobne rozumowanie?
To co Helena opisuje brzmi dla mnie bardzo znajomo z innej strony - w bioenergoterapii też czasem pojawiają się sugestie, że blokady energetyczne wynikają z emocji czy przekonań samej osoby. I to może być pomocne, ale może też stać się kolejną wersją 'to twoja wina'. Chyba ważne jest, kto i jak to mówi.
W sufizmie jest na to coś ciekawego - mistrz, szejk, ma obowiązek rozeznawania, czy uczeń lub pacjent jest gotowy na daną praktykę lub interpretację. To nie jest dowolność - szejk odpowiada za dusze powierzone jego opiece. Nadużycie tej relacji jest traktowane jako poważne uchybienie duchowe. Oczywiście to nie eliminuje nadużyć w praktyce, ale przynajmniej doktryna ma wbudowany hamulec. Pytanie, czy podobne zabezpieczenia istnieją w nowych ruchach religijnych z uzdrawianiem w centrum.
Właśnie, nowe ruchy religijne to osobna kategoria. Słyszałam o kilku grupach, gdzie uzdrowienie jest centralnym elementem rytuału i jednocześnie liderem jest jedna charyzmatyczna osoba bez żadnej zewnętrznej kontroli. I tam te nadużycia, o których mówicie, są chyba najbardziej widoczne. Ale to odbiega trochę od proroków - bo Muhammad czy Izajasz też byli charyzmatycznymi liderami bez zewnętrznej kontroli, prawda? Co ich odróżnia?
Czyli wracamy do punktu wyjścia tego wątku, bo Klaudia na początku pytała właśnie o to - czy te doświadczenia transowe proroków są rzeczywiste, czy psychiczne. I może to złe pytanie, bo to co 'psychiczne' może być bardzo realne dla jednostki i dla wspólnoty, a weryfikacja zewnętrzna przyjdzie albo nie przyjdzie z czasem. Tylko że to mówi nam coś o tradycjach historycznych, a nie o tym, co robić teraz, kiedy ktoś twierdzi, że go Bóg powołał do uzdrawiania.
W wedyjskiej tradycji jest coś podobnego - mówi się o 'phalena pariciyate', czyli rozpoznajesz drzewo po owocach. Prawdziwy uzdrowiciel czy wizjoner ma być weryfikowany przez efekty swojego działania na wspólnotę, nie przez samo twierdzenie, że miał wizję. Ale tu mi nasuwa się pytanie do Klaudii - jak to działa w przypadku proroków, których owoce są widoczne dopiero po ich śmierci? Mojżesz nie dożył wejścia do Ziemi Obiecanej.
To wróćmy na chwilę do czegoś konkretnego, bo trochę mi się rozmywa. Mamy proroka, który ma wizję, doświadcza transu, i - jeśli dobrze rozumiem - w trakcie tego doświadczenia albo po nim pojawia się element uzdrowienia. Ale czy sami prorocy - Mojżesz, Zaratustra, Izajasz - czy oni kogoś uzdrawiali? Czy raczej byli uzdrowieniami dla wspólnoty w sensie metaforycznym?
Dobre pytanie. Mojżesz to w Starym Testamencie jest raczej pośrednik - wąż miedziany, uzdrowienie w Meriba, ale nie on sam uzdrawia własną mocą, on wykonuje polecenia. Izajasz to jest bardziej wizjoner i prorok cierpienia, a nie uzdrowiciel. Zaratustra - tu jestem mniej pewna, Klaudia pewnie wie więcej. Czy w Aweście jest coś o jego cudach uzdrowicielskich?
Ten motyw 'lekarza duszy' pojawia się też w chrześcijańskiej patrystyce - Chrystus jako medicus animarum. I tam jest bardzo wyraźne, że uzdrowienie ciała jest znakiem uzdrowienia głębszego. Augustyn pisał o tym sporo. Ciekawe jest, że te figury się nakładają - prorok, uzdrowiciel, lekarz duszy - jakby były różnymi aspektami tej samej roli.
Słucham tej rozmowy i myślę sobie - w bioenergoterapii też pracujemy z tym, co można by nazwać 'stanem zmienionym', choć nikt tego tak nie nazywa wprost. Skupienie, cisza, coś co terapeuta czuje jako przepływ. Nie twierdzę, że to to samo co wizja proroka, ale zastanawiam się, czy to nie jest po prostu inny język dla podobnego spektrum ludzkich doświadczeń. Czy ktoś spotkał się z takim ujęciem w jakiejś tradycji - że nie ma ostrej granicy, tylko continuum?
Mam wrażenie, że ta rozmowa oscyluje między dwoma pytaniami, które się nie do końca pokrywają. Jedno jest o proroków i trans - skąd pochodzi ich doświadczenie. Drugie jest o uzdrowienia - czy one 'działają'. To są powiązane wątki, ale nie tożsame. W tytule jest i jedno, i drugie, ale odpowiedź na każde z tych pytań może być inna.
I chyba na tym można by oprzeć most między tymi tradycjami - nie na tożsamości doświadczenia, ale na wspólnej strukturze: zmieniony stan, pośrednictwo, skutek wykraczający poza jednostkę. Czy komuś brakuje jeszcze jakiegoś elementu tej układanki? Bo mam wrażenie, że zostało nam do omówienia to, co się dzieje, gdy pośrednik zawodzi albo gdy uzdrowienie nie następuje - i każda tradycja ma na to jakąś odpowiedź.
To pytanie o brak uzdrowienia mnie też nie opuszcza. Bo z jednej strony mamy piękną strukturę - trans, pośrednictwo, skutek dla wspólnoty - ale co w sytuacji, gdy ktoś modlił się, chodził do świętego miejsca, prosił proroka, a nic? Czy któraś z tradycji mówi wprost: 'uzdrowienie nie przyszło, bo...' i daje konkretną odpowiedź, a nie tylko ogólne 'taka była wola Boga'?
Haoma znowu. To już drugi raz w tej rozmowie pojawia się substancja - wcześniej był wąż miedziany, teraz haoma. Czy to przypadek, że tak wiele momentów uzdrowienia albo prorockich inicjacji jest powiązanych z jakimś fizycznym nośnikiem - napojem, przedmiotem, dotknięciem? Mam wrażenie, że tradycje wcale nie twierdzą, że to jest 'tylko umysł'.
Ale jest tu pewna pułapka, na którą warto uważać. To, że tradycja używa fizycznego nośnika, nie przesądza o mechanizmie działania. Haoma mogła być psychoaktywna i powodować wizje, które Zaratustra interpretował jako spotkanie z Ahura Mazdą - i to nadal byłoby doświadczenie religijne, tylko z biologicznym podłożem. Kamień może działać przez placebo, skupienie, dotyk - i to też jest realne uzdrowienie, tylko inaczej opisane. Pytanie o mechanizm i pytanie o znaczenie to dwie różne rzeczy i dobrze jest je rozróżniać.
To dobre pytanie porządkujące. Jak patrzę na nasze dotychczasowe ustalenia, to wychodzi że w większości tradycji nie ma prostego związku przyczynowego: trans powoduje uzdrowienie. Jest raczej tak, że trans jest dowodem kontaktu ze źródłem, a uzdrowienie jest jednym z możliwych skutków tego kontaktu - niekoniecznie najważniejszym i niekoniecznie gwarantowanym. Proroctwo, prawo moralne, tekst święty - to wszystko też są 'owoce' tego samego kontaktu.
