ale jak praktycznie odróżnić te dwa tryby? bo sama nie wiem czy jak sięgam po runy to otwieram się czy zamykam. czasem mi się wydaje że jedno, czasem drugie
Powiedzmy, muszę się przyznać do czegoś co pasuje do tego wątku. kiedy zaczęłam się uczyć rytuałów miłosnych, to był moment po bardzo trudnym rozstaniu, i teraz jak patrzę wstecz to widzę że przez pierwsze pół roku to była czysta ucieczka. nie szukałam w tym mądrości tylko chciałam żeby ktoś mi powiedział że będzie dobrze albo że mogę coś zrobić żeby odzyskać kontrolę. i magowie czy wiedźmy na które wtedy trafiałam odpowiadały dokładnie na tę potrzebę, chętnie
hmm ale czy to znaczy że w ogóle nie powinno się sięgać po ezoterykę kiedy jest się w złym miejscu? bo to trochę jakbyście mówili że duchowość jest tylko dla tych co już mają poukładane
Niech będzie, powiem to wprost bo nikt jeszcze tego nie powiedział - słabe miejsca które nas przyciągają do ezoteryki to nie jest żaden porblem ani wstyd. każdy wielki mistagog, szaman, kapłan w historii miał swój ból który go tam zaprowadził. problem nie jest w wejściu przez ranę, problem jest w tym co sie z tą raną robi po wejściu: czy ją opatrują i uczą jak żyć czy ją trzymają otwartą bo wtedy jesteś zależna
no tak ale skąd wiadomo która sytuacja jest która? bo na początku chyba nie widać różnicy... przynajmniej ja sobie wyobrażam że jak ktoś jest w środku to nie wie
jest jeden stary test, bardzo prosty - po kilku miesiącach na ścieżce czy jakimś kursie, czy masz więcej pytań niż na początku, czy mniej. prawdziwa praca duchowa powinna otwierać coraz więcej pytań, pogłębiać tajemnicę, dawać poczucie że im więcej widzisz tym więcej jest do zobaczenia. jeśli po kilku miesiącach masz same odpowiedzi i przewodnik ma odpowiedź na wszystko, to znak ze coś jest nie tak
a co z tymi wszystkimi kursami na youtube i instagramie co obiecują że po 21 dniach osiągniesz to czy tamto? bo widziałem duzo takich i zastanawiam się czy to tez jest ta pułapka
Jeszcze co do, pytania Profetki o to jak rozpoznać w trakcie - mam swój sposób. raz na kilka miesięcy robię taką małą przerwę, kilka dni bez praktyki, bez kart, bez niczego. i obserwuję jak się czuję. jeśli robię się bardzo niespokojna i muszę z powrotem to czerwony sygnał. jeśli jest ok, to ok
to co napisała Glozka z tą przerwą to jest bardzo mądre i sama to robię od jakiegoś czasu. ale chcę dodać coś do wątku Profetki - bo jej pytanie mnie siedzi w głowie. jak rozpoznać że idziesz przez ciemność a nie kręcisz się? dla mnie był jeden moment który to rozstrzygnął. zaczęłam płakać w trakcie rytuału, nie z bólu tylko z ulgi. i nie wiedziałam skąd ta ulga. to nie było przyjemne, ale coś się poruszyło. kręcenie się nie daje takiego momentu.
właśnie - i tu wróćmy na chwilę do tytułu tego watku, bo troche odpłynęliśmy. "słabe miejsca przyciągają do mistyki" - moje doświadczenie jest takie że tak jest i zawsze tak było. ale słaobść jest dwojaka. jest słabość która pyta i jest słabość która ucieka. pierwsza wchodzi w ogień. druga szuka parasola.
czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i mam jedno pytanie do wszystkich - czy ktoś tutaj w ogole dopuszcza że ezoteryka bywa po prostu przyjemna? bez głębokiego bólu, bez ucieczki, bez "ciemności przez którą się przechodzi"? bo mam wrażenie że tworzymy tu opowieść gdzie każde wejście w mistykę musi być dramatem i procesem
Caroletta ma tu rację przynajmniej w połowie. jest różnica między mówieniem "ból jest typowym punktem wejścia" a "mistyka jest dla zranionych". pierwsze jest obserwacją, drugie jest jakimś dziwnym elitaryzmem na opak. 🙁 nie musimy heroizować cierpienia żeby ten watek miał sens
ha, wracam do czegoś co napisała Glozka bo to zostało bez rozwinięcia - że robi sobie przerwy i obserwuje lęk. mnie ciekawi co ludzie robią z tym lękiem kiedy go znajdą. bo sama miałam taki moment i nie wiedziałam czy to znaczy że jestem uzależniona od praktyki czy że praktyka jest po prostu częścią mnie
mam takie poczucie że ta rozmowa krąży wokół czegoś czego nikt wprost nie mówi - że część z nas przyszła tutaj właśnie przez ból i trochę wstydzi się do tego przyznać. jakby trzeba było udawać że to była "ciekawość intelektualna" a nie to że ktoś odszedł albo coś się posypało
no i teraz pytanie do Siedlisława... bo on zaczal ten temar i od dłuższego czasu nie pisał - co go skłoniło do postawienia tego pytania tak wprost? bo tytuł "słabe miejsca przyciągają słabych" jest jednak dość prowokacyjny i chcę wiedzieć z jakiego miejsca to wyszło
ciekawe że w numerologii liczba inicjacji jest zawsze liczbą kryzysu - 9, 16, 22. żadna z tradycyjnych ścieżek nie uznaje spokoju za moment wejścia. właściwie to każdy system który znam zakłada że transformacja zaczyna się od punktu zerowego, od jakiegoś końca. to co tu opisujecie ma swoje odzwierciedlenie dosłownie wszędzie
Co do, tego co Profetka i Diablica napisały bo to mnie ruszyło. też przyszłam przez ból, przez rozstanie, i tez przez rok kręciłam się głównie w rytuałach miłosnych. i powiem wprost - to była pułapka. nie dlatego że rytuały są złe, tylko że robiłam je żeby nie myśleć, żeby mieć coś do roboty, żeby wierzyć że coś kontroluję. i dopiero jak ktoś mnie tu zapytał "czego się boisz kiedy nie robisz nic" to mnie zmroziło bo odpowiedź była: siebie 🙂
hej, czytam ten wątek od początku i mam wrażenie że krążycie wokół jednej rzeczy którą nikt nie mówi wprost. czy ezoteryka może być formą unikania psychologa? bo właśnie o to mi chodzi. nie mówię że jest gorsza, tylko że czasem może wchodzi w tę samą lukę co terapia, ale bez tej samej głębokości?
no Floks właśnie o to chodzi, i to jest sedno tego wątku moim zdaniem. tyle że niekoniecznie "zamiast psychologa". raczej "zamiast siedzenia z bólem". psycholog też może być ucieczką jeśli chodzi się na niego bez zamiaru zmiany czegokolwiek. to nie jest sprawa metody tylko sprawa intencji. mogę chodzić na terapię i nic nie robić poza gadaniem o mamie przez rok. albo mogę zrobić jeden rytuał z prawdziwą intencją i coś w sobie ruszyć. instrument nie jest problemem
to pytanie Floks jest właściwe. mechanizm kontrolny to jest cos co w dobrej praktyce powinno być wbudowane. tyle że nikt ci go nie daje z zewnątrz, sam musisz go sobie zbudować. i właśnie dlatego ta rozmowa jest ważna, bo większość materiałów na temat ezoteryki uczy technik, nie uczy pytania "po co to robię". a to drugie jest trudniejsze
a może ten moment nigdy nie przychodzi sam i trzeba go wymusic? bo czytam ten watek i mam wrażenie ze każdy kto "dojrzal" w ezoteryce mówi że to przyszło naturalnie. ale moze poprostu nie pamiętacie już momentu kiedy ktos albo cos was zatrzymało i zmusiło do tego pytania. Siedlisław pisał że obserwował ludzi którzy przychodzili po pomoc - ilu z nich samo doszlo do tego pytania, a ilu potrzebowało kogos kto je postawił?
ehh, większość potrzebowała kogoś kto postawi pytanie. to uczciwa odpowiedź. i to jest właśnie jeden z powodów dla których zacząłem ten wątek, bo forum jest pełne odpowiedzi a bardzo mało tu pytań które są naprawdę trudne. łatwiej napisać "zapal różową świecę w nowiu" niż zapytać kogoś 'a dlaczego właśnie teraz chcesz przyciągnąć miłość i czy jesteś gotów na to co za tym idzie'
powiem szczerze, to boli jak czytam to co Siedlisław napisał. bo jakby ktoś mnie zapytał rok temu "czy jesteś gotowa" to bym powiedziała że tak. a byłam kompletnie nie gotowa. i żaden rytual tego nie zmienił, tylko czas i trochę twardego siedzenia z tym co mam. więc mam teraz pytanie do bardziej doświadczonych, skąd wiedzieliście że jesteście gotowi? czy w ogóle takie poczucie przychodzi?
ojejciu, wlasnie tak, i to jest dokładnie to co mnie najbardziej wkurza w calej tej rozmowie bo brzmi mądze ale nie daje żadnego konkretnego punktu oparcia dla kogoś kto jest w środku kryzysu. hortensja mówi intencja intencja, anyzek mówi buduj mechanizm, morganitka mówi że nie wiesz dopóki nie wiesz. i co z tym ma zrobić ktoś kto ma 28 lat i właśnie rozstała się z facetem i wchodzi na forum i szuka czegoś? serio pytam nie złośliwie
