Chcę poruszyć temat, który trochę siedzi mi w głowie od jakiegoś czasu i niekoniecznie wszystkim się spodoba. Obserwuję od lat, że do mistyki, ezoteryki, duchowości - jak to zwał, tak zwał - trafia nieproporcjonalnie dużo osób, które są w jakimś kryzysie. Rozstanie, choroba, brak pracy, depresja, samotność. I nie mówię tego złośliwie, sam przez coś takiego przechodziłem. Ale widzę w tym pewien wzorzec, który warto nazwać. Mistyka ma w sobie coś, co daje poczucie kontroli tam, gdzie jej nie ma, daje wspólnotę tam, gdzie człowiek jest sam, daje sens tam, gdzie wszystko się posypało. I to jest piękne, ale też niebezpieczne jednocześnie. Pytanie które mam do dyskusji: czy to jest "słabość", czy po prostu wrażliwość? I gdzie jest granica między szukaniem drogi a uciekaniem od problemów?
No i tu jest pies pogrzebany, bo przez lata widziałam i jedno i drugie. Przychodziły do mnie znajome po rozstaniach, po śmierci bliskich, i pytały o rytuały, karty, co tam kto polecał. Część z nich naprawdę coś znalazła, jakoś sie pozbierała, nabrała wory wewnętrznej. A część - i to jest smutne - tylko zamieniła jeden problem na drugi. Zamiast przepracować żałobę, zaczęły obsesyjnie szukać znaków, wróżyć, wydawać pieniądze na "specjalistów". I to już nie jest duchowość, to jest uzależnienie od nadziei na magiczne rozwiązanie. Więc Siedlisław ma rację, że to jest i piękne i niebezpieczne. Tyle że ja bym nie mówiła o słabości jako cesze ludzi, raczej o podatności w konkretnym momencie życia.
Mam mieszane uczucia co do tytułu tego wątku, bo "święte słabości" to dość tendencyjne określenie. Jakby z góry zakładało, ze mistyka jest dla słabych. Tymczasem w każdej tradycji, którą znam - od kabały po tantrę - mówi się wyraźnie, że droga duchowa wymaga siły, dyscypliny i odwagi. Może problem nie jest w mistyce jako takiej, tylko w tym jak ją się sprzedaje? Bo jedno to autentyczna ścieżka, a drugie to rynek usług ezoterycznych, który żeruje na zdesperowanych. I te dwie rzeczy są często mylone.
Hm, no ale to jest trochę jak z psychologią, nie? Też tam trafiają głównie ludzie w kryzysie, a nikt nie mówi że psychologia jest dla słabych. Może chodzi o to CO robimy z tym co znajdziemy. czy to nas wzmacnia czy tylko usypia? Sama zaczęłam czytać o taroci wlasnie po trudnym okresie i szczerze nie wiem czy to mi pomogło czy tylko dało cos do zajęcia uwagi, zeby nie myśleć 🙂
Siedlisław poruszył coś ważnego, choć trochę po omacku. Tradycje inicjacyjne - i mówię tu o różnych, od szamanizmu przez alchemię po kabałę - zawsze zakładały ze inicjacja zaczyna się od kryzysu. To nie jest przypadek. Symboliczna śmierć ego, zejście do podziemia, noc ciemna duszy - to wszystko obrazy tego samego procesu. Kryzys jest bramą, nie wstydem. Problem pojawia sie gdy ktoś zatrzymuje się w progu i zamiast przejść przez bramę, zaczyna w niej mieszkać. 😀 Wtedy mistyka staje sie schronieniem przed życiem, a nie drogą przez nie
to co pisze Anyzek jest dla mnie kluczowe. ta metafora progu - w runach mamy Jera... cykl, który zakłada że musi być zima żeby być wiosna. ale też Nauthiz - potrzeba, ograniczenie, właśnie ten moment kiedy czegoś brakuje. i chyba właśnie ta runa najlepiej opisuje to co Siedlisław ma na myśli. pytanie brzmi: czy dana osoba używa tej potrzeby jako paliwa do zmiany, czy jako uzasadnienia żeby tkwić w miejscu i tylko czekać na znak
Hej, czytam tę dyskusję i mam pytanie może naiwne ale szczere - jak w ogóle odróżnić jedno od drugiego? Znaczy, że ktoś szuka naprawdę vs że ucieka? Bo jak byłam w złym miejscu to robiłam i to i to chyba jednocześnie i sama nie wiedziałam co jest czym
Widzę że dyskusja troche jedzie w stronę psychologii a nie religii/mistyki, co jest ok, ale chciałam dodać cos z perspektywy astrologii. Neptun w karcie natalna rządzi iluzją ALE też intuicją i duchowością. Silny Neptun może dawać człowiekowi ogromną wrażliwość - i to jest dar, naprawde. Ale ten sam Neptun bez mocnych aspektów Saturna to jest właśnie ta pułapka o której mówicie. Piękne złudzenia zamiast rzeczywistości. 🙁 Ktoś kto ma dużo neptunowej energii jest bardziej podatny na to co Siedlisław opisuje i to nie jest wina ani słabość tylko układ sił w naturze danej osoby.
przepraszam ale to ze ktoś ma Neptuna w danym miejscu nie tłumaczy tego ze daje się zmanipulować naciągaczom. to by znaczyło że pewne osoby są z góry skazane na bycie ofiarami i nie mogą nic na to poradzić, a to jest dość fatalistyczne podejście. może raczej chodzi o to że brakuje edukacji - zeby wejść w jakąkolwiek tradycję duchową ze świadomością a nie z desperacją
Oj tak. Słuchajcie, to wszystko ładnie brzmi, ale jest jeden praktyczny problem który mi leży na sercu od początku tej rozmowy. Nikt tutaj nie pyta o to, kto na tej podatności ZARABIA. bo jest cały ekosystem - i żeby nie być grzecznym, powiem wprost - naciągaczy, uzdrowicieli, mistrzów, przewodników, coachów duchowych, którzy doskonale wiedzą że do mistyki trafiają ludzie w kryzysie. I doskonale wiedzą jak tym zarządzać. Jak rozmawiać z taką osobą, jak budować zależność jak tłumaczyć brak postępów kolejnymi sesjami, kolejnymi inicjacjami, kolejnymi wydatkami. To jest realny problem i warto go nazwać zanim zaczniemy filozofować o Neptunie
Druid mowi wazna rzecz ale chce dodac ze to dziala tez w kosciele i w kazdej innej instytucji religijnej. Nie tylko w ezoteryce. Ludzie w kryzysie sa podatni i to jest wykorzsytywane wszedzie. Pamietam jak po smierci mamy trafilam do takiej grupy modlitewnej gdzie co tydzien zbierali pieniadze na "intencje" i bylo tego coraz wiecej. ostatecznie wyszlam po pol roku ale nie latwo bylo bo wspolnota davala tez cos prawdziwego - poczucie ze nie jest sie samemu. i to jest ta pulapka. ze zle miesza sie z dobrym i ciezko je rozdzielić
o matko to co Cecylka napisała jest chyba najważniejszą obserwacją w tym watku. ze dobre i zle jest wymieszane. bo gdyby było samo złe to byłoby proste. ludzie uciekają wlasnie dlatego ze dosatją tez coś wartościowego i to ich trzyma. pytanie czy musi tak byc czy mozna znalezc to dobre bez tego złego?
Słuchajcie, mogę powiedzieć jedną rzecz z praktyki, bo to widzę regularnie. Kiedy ktos przychodzi do mnie po raz pierwszy i mówi mi że potrzebuje pomocy bo "coś go prześladuje" albo ze "musi to zrobić teraz bo czas się kończy" albo że "tylko to mi zostało" - to jest dla mnie od razu sygnał zeby zwolnić i zapytać co się naprawde dzieje. nie dlatego ze taka osoba jest słaba albo głupia. Dlatego że jest w takim stanie, ze jakakolwiek praktyka - nawet prosta, nawet bezpieczna - może jej w tym momencie zaszkodzić albo dać złudne poczucie ze problem jest rozwiązany kiedy jest tylko przykryty. Prawdziwa praca zaczyna się gdy człowiek ma chociaż trochę wewnętrznej stabilizacji. Bez niej można robic rytuały latami i nic z tego nie wyniknie albo wyniknie coś niepożądanego.
a jak to sprawdzić? że ma się tę stabilizację? pytam serio bo sama nie wiem czy jestem w takim momencie ze mogę zacząć coś poważniej praktykować czy moze lepiej poczekać. po czym to widać?
okej ale czy to nie jest trochę elitarystyczne? bo wychodzi na to że do mistyki mogą wchodzić tylko ci co już mają wszystko poukładane, a ci którzy są w trudnym miejscu mają czekać. a co jeśli ktoś jest w trudnym miejscu od lat i nigdy nie miał tej stabilizacji o której piszecie? ma nigdy nie zaczynać?
wracam do pytania Floks bo myślę że zostało trochę z boku. ona spytała jak odróżnić szukanie od uciekania i odpowiedź Hortensji była dobra, ale chcę dodać coś z własnej perspektywy. dla mnie sygnałem było to że zaczęłam szukać coraz silniejszych bodźców. najpierw medytacja, potem czakry, potem kryształy, potem rytuały, potem bardziej skomplikowane rytuały, potem szukałam kogoś kto "prawdziwie wie". i zamiast czuć sie spokojniej, czułam się coraz bardziej niepewna i coraz bardziej zależna od zewnętrznego potwierdzenia. to był moment kiedy powiedziałam sobie stop
ten post Wozki o coraz silniejszych bodźcach bardzo mi się zgrywa z tym co sama przeżyłam. najpierw medytacje, potem kurs kurs, potem weekendowe wyjazdy z jakimś "mistrzem", i ciągle czułam że to za mało, że potrzeba więcej. teraz rozumiem że to był sygnał że coś jest nie tak. jakby ta potrzeba nigdy nie dawała się zaspokoić, wiesz?
to co pisze Miloslawa jest bardzo zgodne z tym co widze w numerologii w kontekscie sciezek inicjacyjnych. liczba 9 to kompletowanie cyklu, ale tez moment w ktorym czlowiek jest najbardziej narazony na to ze zacznie krecic sie w kolko zamiast zamykac cykl. mam znajomego ktory od 5 lat jest "w procesie" i ciagnle szuka kolejnego kursu. to juz nie jest droga, to jest labirynt
ale zaraz, czy to nie jest trochę zbyt łatwy schemat? bo można by tak samo powiedzieć o osobie która robi doktorat albo uczy się języka - że ciągle się przygotowuje. skąd wiadomo że to jest ucieczkowa duchowość a nie po prostu długa ścieżka?
hmm ale w tradycjach runicznych nie ma czegoś takiego jak egzamin. jest praktyka, jest relacja z runami, i to jest nieskonczone. skąd więc wiedziec że nie kręcę się w kółko tylko ze po prostu praktykuję?
a można spytac wprost bo czytam tę rozmowę i trochę mi gęba opada - czy wy mówicie ze każdy kto np. robi rytuały miłosne dlatego że mu w miłości niedobrze jest uzależniony od ezoteryki i ucieka? bo troche tak to brzmi z waszej perspektywy
ej a co z tymi kursami online co teraz wszedzie są? tez są naciagaczami czy są ok? bo widziałem jeden o telekinetyce i paru innych rzeczach i zastanawiałem sie czy to ma sens
matko, moim zdaniem kursy online mają tę zaletę że są anonimowe i nie tworzą tej grupowej dynamiki w której trudno powiedzieć nie. na żywym warsztacie jest presja grupy i charyzma prowadzącego i to razem robi swoje. online łatwiej wyjść
bardzo dziękuję za tę dyskusję, czytam od początku i naprawdę dużo mi rozjaśniło. szczególnie to o pętli zależności. właśnie rozpoznaję kogoś z mojego otoczenia w tym co piszecie i teraz wiem lepiej jak to nazwać
czytam to co pisze Zerawina i właśnie o to chodzi w tym temacie - że człowiek często rozpoznaje ten schemat u kogoś z zewnątrz zanim zobaczy go u siebie. to jest chyba jeden z mechanizmów ochronnych, że łatwiej nam zobaczyć w kim innym niż w sobie. wracając do tytułu - czy ktoś tu miał moment w którym sam siebie przyłapał na tym że ezoteryka stała się ucieczką a nie drogą? nie zewnętrzna obserwacja, tylko wewnętrzna?
tak, miałam. i to było dość niekomfortowe uświadomienie. przez dobry rok po rozstaniu robiłam rytuały prawie codziennie, czytałam karty po kilka razy dziennie w tej samej sprawie, jakby wyciąganie kart miało zmienić to co i tak było skończone. w pewnym momencie zobaczyłam że siedzę z tymi kartami o drugiej w nocy i pytam kolejny raz czy on wróci, i coś mnie uderzyło - że to nie jest duchowość, że to jest po prostu ból którego nie chcę poczuć wprost
ta granica jest tam gdzie zamiast iść przez ból zaczynasz go omijać. horoskop czytany żeby znaleźć perspektywę jest czymś innym niż horoskop czytany żeby nie siedzieć z uczuciem. pierwsze otwiera, drugie zamyka. i można robić dokładnie tę samą czynność w tych dwóch roznych trybach, dlatego tak trudno to rozpoznać z zewnątrz
