a może nie chodzi o mechanizm, tylko o sam fakt zakorzenienia. jak długo coś jest odprawiane z intencją - nieważne jakie było źródło - to ta intencja tworzy własne pole. ja bym to porównała do drogi wydeptanej przez pokolenia wędrowców. ścieżka istnieje, niezależnie od tego kto i po co pierwszy tam poszedł
hm, ale Felicja, czy to nie jest trochę jak powiedzieć że można się dobrze pomodlić na skradzionym różańcu? no bo różaniec jest różańcem, ale skąd pochodzi to inna sprawa. nie wiem czy te dwie rzeczy da się tak łatwo rozdzielić
Strzaska zadała właśnie pytanie, na które buddyzm i chrześcijaństwo mają BARDZO różne odpowiedzi. Buddyzm powiedziałby raczej - liczy się jakość twojego umysłu w trakcie praktyki, nie historia obiektu. Chrześcijaństwo sakramentalne powiedziałoby - materia i intencja celebransa mają znaczenie, więc historia MA znaczenie. Oba podejścia są wewnętrznie spójne, ale wzajemnie się wykluczają.
Zgoda, ja się chyba trochę zgubiłam haha. ale mam takie pytanie - czy to w ogole jest ważne z punktu widzenia osoby która na przykład modli się do jakiegoś świętego a potem dowiaduje się że ten święty może nigdy nie istniał? bo moja babcia miała swoją ulubioną świętą i modliła się do niej całe życie i ona twierdziła ze to naprawdę działa. co z tym zrobić? to miłe czy smutne?
Joasia, to jest właśnie serce tego watku i chyba najpiękniejszy przykład. Babcia twojej babci miala prawdziwa relacje, prawdziwe doswiadczenia, prawdziwy sens w zyciu - i to jest realne, bez wzgledu na to czy postać historyczna istnaiała czy nie. Tradycja katolicka ma zreszta cały aparat do takich problemow - jak sie okazalo ze jakis swiety to legend, to "dekanonizowali" go ale nie mowili ze modlitwy byly zmarnowane
Leokadia, rozumiem zarzut o ładną metaforę. powiem inaczej. W tradycjach tantrycznych jest pojęcie sampradaya - linii przekazu, która musi być ciągła i autentyczna. Zerwanie linii przez oszustwo jest tam poważnym problemem doktrynalnym. Ale są też szkoły które mówią że jeśli praktyka sama jest poprawna to "samouczy" i działa bez linii. To nie jest moja metafora, to jest realny spór w łonie samych tradycji.
ja tu wchodzę z boku bo czytałam i mam wrażenie ze ta dyskusja zakłada jakiś model gdzie "sakralność" jest jak jakiś sejf z zawartością - albo masz kod i otwierasz, albo nie. a co jeśli to bardziej jak rozmowa - jak możliwość kontaktu? wtedy oszustwo mogłoby przerywać sygnał, ale nie nizsczyć samego nadajnika po drugiej stronie?
słuchajcie, ja troche inaczej podchodzę do tej całej sprawy. pracuję od jakiegoś czasu z kartami i w tarocie mamy fajny przykład - Szarlatan, Mag, Hochsztapler, zależy od talii. ta sama figura jest jednocześnie sprawcą zmiany i możliwym oszustem. jakby tradycja wbudowała to napięcie w sam symbol. to nie jest przypadkowe chyba?
Astaria, a to mnie zmroziło trochę w dobrym sensie. bo w tarocie Mag ma w rękach wszystkie symbole czterech żywiołów, ale jego stosunek do nich jest dwuznaczny - może być mistrzem albo szarlatanem. i nigdy do końca nie wiesz który. może właśnie o to chodzi w całym tym pytaniu o święte oszustwo - że ta granica jest celowo rozmyta?
Bernarduś, ale może właśnie o to chodzi? może pytanie "czy złe intencje mogą być sakralne" jest od samego początku pytaniem o psychologię i socjologię religii, a nie o metafizykę? i to nie obniża jego wartości, wręcz przeciwnie. to nas pyta o to jak sami konstruujemy sens. i to jest chyba ważniejsze niż rozstrzygnięcie czy jakaś obiektywna sakralność istnieje czy nie
Felicja, ale chyba nie możemy tak łatwo wyrzucić metafizyki za drzwi? bo jeśli to tylko psychologia i socjologia to pytanie brzmi "jak my konstruujemy znaczenie" - i to jest ciekawe, tylko trochę... deflacyjne. mam wrażenie że część ludzi tu na tym forum naprawde wierzy że jest coś ZA tymi doświadczeniami, nie tylko w nas. i wtedy pytanie o intencje oszusta wraca z całą siłą
właśnie, i tu jest ten rozłam którego nie da się ominąć. albo sakralność jest tylko w nas, albo jest też gdzieś "na zewnątrz". i w zależności od tego jak odpowiesz, złe intencje albo mogą być sakralne, albo w ogóle nie ma czegoś takiego jak sakralność obiektywna i całe pytanie Perydotki jest pytaniem z kategorii "jak smakuje niebieska liczba"
Jaspisowa, ale to jest trochę zbyt binarne. można przyjąć model pośredni że sakralność jest relacyjna, nie czysto subiektywna ani czysto obiektywna. podobnie jak znaczenie słowa - nie jest tylkoo w mówiącym ani tylko w dźwięku, jest w relacji między nimi. wtedy intencje oszusta mogłyby zakłócać tę relację, nie kasować jej całkowicie. to by tłumaczyło dlaczego babcia Joasi miała prawdziwe doświadczenia mimo ze ktoś gdzieś u źródeł mógł kłamać
Joasia to ładne porównanie ale mam jedno "ale" - w przyjaźni obie strony WIEDZĄ że ta relacja istnieje. jeśli twoja babcia rozmawiała ze świętym który nigdy nie żył, to czy on wiedział? czy mogła być relacja jeśli tylko jedna strona ją czuła? to mnie trochę niepokoi
przepraszam że się wtrącę ale czy dobrze rozumiem że mówimy że można mieć kontakt z kimś kto nigdy nie istniał? to trochę jak pisanie listów na nieistniejący adres i dostawanie odpowiedzi... to w ogóle ma sens?
Felicja, ale tu pojawia się kolejne pytanie - skoro "coś przychodziło", to skąd wiedziałaś że to nie był po prostu on sam, jego własna mądrość odbita w lustrze tej postaci? bo może bóstwo nie jest potrzebne, tylko symbol żeby do tej mądrości dotrzeć?
Niech będzie a ja wracam do tego co mnie tu najbardziej boli, czy rytuał zbudowany na konkretnym kłamstwie, no nie na micie, ale na celowej manipulacji, może być sakralny? bo mit to co innego niż oszustwo z premedytacją. założyciel który wiedział że kłamie żeby wyciągnąć pieniądze albo władzę to nie to samo co starożytni kapłani budujący kosmologię
Klarysa, dokładnie! i to mi daje do myślenia, bo w wielu systemach inicjacyjnych adept celowo jest prowadzony przez fałsz, przez pozorne rytuały, przez "próbę kłamstwa" żeby sprawdzić czy potrafi dostrzec prawdę za pozorem. może trochę sakralne oszustwo jest WBUDOWANE w niektóre ścieżki i to nie błąd systemu, tylko jego cecha??
Astaria, chwila, chwila. jest różnica między "kłamstwem pedagogicznym" gdzie mistrz kontroluje próbę i zna jej cel, a zwykłym szarlatanem co bierze kasę i zmywa. nie możemy tych dwóch rzeczy wrzucać do jednego worka pod hasłem "sakralne oszustwo". to by wszystkim naciągaczom wystawiało teologiczną pieczątkę usprawiedliwienia
Faktycznie. Bernarduś ma rację i powiem więcej, właśnie to rozróżnienie robi tradycja tybetańska. jest pojęcie "upaya", zręcznych środków, gdzie nauczyciel może stosować pozorny fałsz w służbie przebudzenia ucznia. ale ten nauczyciel ma być sam przebudzony i działać bez ego. gdy tylko własny interes wchodzi do gry, upaya staje sie zwykłym nadużyciem i jest wprost potępiane w tekstach
No niech ci będzie, ale kto ocenia czy nauczyciel jest wystarczająco "przebudzony" żeby mu wolno stosować upaya? on sam? to trochę podejrzane kryterium. bo każdy hochsztapler powie że jest dostatecznie oświecony żeby kłamstwo dla naszego dobra było ok 😀
i tu wchodzimy chyba w najciekawszy aspekt całego tematu, czy nowa tradycja może być autentyczna czy zawsze jest podejrzana? bo każda religia była kiedyś nową tradycją z jednym założycielem który sam siebie uwierzytelnił. różnica między Prorokiem a oszustem często jest sprawą tego ile pokoleń minęło
