Wpadł mi ostatnio do głowy taki temat i nie mogę się go pozbyć. Chodzi o tak zwane pium fraudem, czyli "pobożne oszustwo" - w kościołach średniowiecznych powszechnie fabrykowano relikwie, wymyślano cuda, żeby podtrzymac wiarę prostego ludu. I tu jest pytanie które mnie gnębi: czy jesli zamiar był "dobry" (np. umocnienie wiary, ochrana przed herezją) to takie kłamstwo nabiera jakiegoś wymiaru sakralnego? Bo mnisi którzy to robili wierzyli chyba ze Bóg jest z nimi. czy zamiar może uczynić z oszustwa akt religijny? To mnie serio zastanawia. 😀
Pytanie jest na tyle ciekawe że warto je rozgryźć dokładniej. Ale od razu powiem - "sakralne" to bardzo mocne słowo. Łatwo powiedzieć że zamiar był dobry, trudniej odpowiedzieć na pytanie: kto ocenia? Sami sprawcy? Bo historia mówi że te relikwie "umacniały wiarę" ale też budowały majątek klasztorów, ściągały pielgrzymów i wzmacniały konkretne lokalne struktury władzy. Zamiar rzadko jest tak czysty jak się wydaje z zewnątrz.
No właśnie, tu jest ten węzeł gordyjski. W tradycji neoplatońskiej mamy pojęcie "białego kłamstwa w służbie wyższemu porządkowi" - Platon sam pisał o "szlachetnej fikcji" jako instrumencie spójności społecznej. To nei jest wynalazek chrześcijańskiego średniowiecza, bo kapłani w Egipcie też stosowali podobne mechanizmy. Ruchome posągi bogów, ukryte mechanizmy w świątyniach... lud widział cud, kapłan wiedział jak działa dźwignia. Czy to profanacja czy służba bóstwu? nie ma prostej odpowiedzi
Oj, ale Perydotka otworzyła puszkę Pandory 🙂 Bo to pytanie jest głębsze niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Ja myślę tak - jeśli przyjmiemy że rytuał "działa" niezależnie od intencji odprawiającego (a wiele tradycji magicznych tak twierdzi), to oszustwo może być jakimś nośnikiem prawdziwego doświadczenia dla odbiorcy. Widziałam to nie raz: ktoś trafia na jawnie komercyjnego uzdrowiciela, który sam w siebie nie wierzy, a i tak coś w tym człowieku się zmienia. Jak to wytłumaczyć? 🙂
Felicja, tylko ze to co opisujesz to efekt placebo, nie cuda. Serio. Badania nad placebo sa calkiem rozbudowane i mozna to wytlumaczyc bez zadnych elementow sakralnych. Nie trzeba od razu mowic ze "cos sie dzieje" na poziomie duchowym jak mamy calkiem sensowne wyjasniene psychologiczne.
Do kwestii placebo - Felicja ma rację że to nie jets "tylko". Nocebo i placebo to realne efekty fizjologiczne, zmiana w układzie immunologicznym, hormonalnym itd. Ale tu chodzi o co innego. Pytanie w temacie dotyczy statusu MORALNEGO i SAKRALNEGO samego aktu, nie jego skuteczności. Coś może skutkować i jednocześnie być etycznie obrzydliwe. Te dwie sprawy trzeba oddzielić.
Mnie uderza coś innego. Czy w ogóle można mówić o "złych intencjach" w kontekście świętości? Bo jeśli ktoś wierzy że kłamie dla Boga... to z jego perspektywy intencja jest dobra. Zło intencji to kategoria z zewnątrz, z czyjegoś oceniającego spojrzenia. A mistyczne tradycje często mówią że Bóg/absolut patrzy nie na czyn ale wlaśnie na intencję. to nam wikła całą tę sprawę bardzo mocno.
o matko, ale ciekawy temar! ja sie zastanawiałam zawsze nad tym jak w kościele były te odpusty sprzedawane, no i Luter sie wkurzył bo to było czwarte przykazanie złamane przy okazji albo i inne, nie pamiętam dokladnie. ale czy sprzedający odpusty WIEDZIELI że to oszustwo? bo jak wierzyli że to działa to moze jednak nie kłamali? Nie wiem, krecę się w kółko 🙂
Ok ale trochę odchodzimy od sedna. Pium fraudem jako termin ma konkretny kontekst - chodziło o świadome, celowe kłamstwo. Nie o złudzenia czy przekonania w dobrej wierze. Klasyczny przykład to Kościół który wiedział że dana relikwia jest fałszywa (bo miał dwa "prawdziwe" palce tego samego świętego w różnych miastach) ale milczał bo pielgrzymi płacili, a do tego cuda przy relikwii były "prawdziwe". Pytanie tematu jest precyzyjne - ZŁE intencje. To inna kategoria. 🙂
No i tu Jadea trafiła w sedno, bo ja wlasnie o tricksterach chciałam napisać. tylko mam pytanie - trickster jest częścią kosmicznego porządku, jego kłamstwo służy jakiemuś wyższemu celowi (często ujawnia prawde przez kłamstwo, albo łamie zasady żeby pokazać ich sens). A ludzki kapłan który fałszuje relikwię żeby wzbogacić klasztor - czy on ma tę samą funkcję? Czy może pożyczamy tricksterowi świętość zeby usprawiedliwić zwykłą chciwość?
Ale hej, a co z szamanizmem? Czytałam że szamani czasem celowo "odgrywają" kontakt z duchami, jakby pewne gesty czy dźwięki były "udawane" a i tak rytuał działa. Nie pamiętam gdzie to czytałam ale to było chyba coś o tradycji syberyjskiej. To nie znaczy ze szaman kłamie, tylko że rytuał ma swoje mechanizmy niezależnie od tego czy szaman jest "naprawdę" w transie czy nie?
Słucham tej rozmowy i coraz bardziej myślę że kluczem jest właśnie RELACJA - kto jest okłamywany i czy wyraził na to jakąś formę zgody. Inicjacje mistyczne często zawierają elementy które "wyglądają jak" test czy próba, a inicjowany nie wie że to gra. Czy to oszustwo? W pewnym sensie tak. Ale jest wpisane w ramy których uczestnik chciał doświadczyć. Może sakralność oszustwa polega na tym że jest ono oferowane jako dar, nie jako eksploatacja?
Nie wiem czy dobrze rozumiem ale chyba chodzi o to ze jak ktos cie oklamuje ale wychodzi na to ze sie zmieniles to czy to wazne ze byl kant? Bo ja bym powiedziala ze jednak wazne bo to twoja wola i swiadomosc sie zmieniala na podstawie falszywych przseslanek. To jakby powiedziec ze manipulacja jest ok jak efekt jest dobry. Nie kupuje tego.
To ostatnie zdanie Felicji to jest właśnie serce problemu. Oddzielenie sacrum od etyki - to jest właśnie to co Rudolf Otto opisywał jako "numinosum". Świętość jako kategoria nie-moralna, budząca jednocześnie grozę i przyciąganie. Może sakralne oszustwo to takie miejsce gdzie te dwie kategorie przecinają się w niekomfortowy sposób i właśnie dlatego tak trudno o tym mówić.
Czytam tę rozmowę od początku i jakoś nie mogłam się powstrzymać żeby nie napisać. to co Jaspisowa napisała na końcu - że sacrum moze być kategorią poza-moralną - to mnie totalnie uderzyło. Bo ja zawsze zakładałam że jak coś jest święte to musi byc też dobre. A tu nagle okazuje się że to może być zupełnie osobne...? Czy ktoś mógłby mi to jakoś prościej wytłumaczyć? Bo Otto to rozumiem z nazwy ale nie czytałam i trochę się gubię
tylko ze Otto pisał o doświadczeniu ODBIORCY, nie o intencji SPRAWCY. wiec nawet jeśli oszustwo może być odczute jako sakralne przez tego co jest okłamywany, to co z tym ma wspólnego świętość samego aktu? to troche jak powiedzieć ze trucizna jest lekarstwem bo komuś pomogła
Dokladnie i to jest ten moment gdzie rozmowa zawsze zaczyna krecic sie w kolko. jak nie ma kryterium zewnetrznego to mozna powiedziec ze wszystko jest sakralne albo nic. to nie jest odpowiedz, to jest ucieczka od pytania
Bernarduś, ale to jest uczciwa obserwacja epistemologiczna, nie ucieczka. Problem polega na tym że mamy dwa różne pytania i mieszamy je. Jedno to: "czy akt oszustwa może być obiektywnie sakralny" - i tu faktycznie utykamy bez kryterium. Drugie to: "czy tradycje religijne traktowały go jako sakralny" - i tu mamy mnóstwo materiału empirycznego. Powiem wprost - pium fraus nie jest moją ulubioną doktryną, ale historycznie była stosowana i uznawana za legitymizowaną przez instytucje kościelne. To fakt.
a ja mam takie głupie pytanie może, ale co jeśli ktoś jak np. kapłan czy szaman sam w to wierzy i jednoczesnie wiadomo że to nieprawda z zewnątrz? to on kłamie czy nie kłamie? bo jeśli on wierzy to dla niego to prawda prawda nie? i czy wtedy można mówić o złych intencjach w ogóle bo on chce dobrze po prostu się myli
zostańmy chwilę przy tym wątku z Joasią bo jest tam coś ważnego. mamy trzy możliwe stany: kapłan wierzy i mówi prawdę (nie ma dylematu), kapłan wie że kłamie i kłamie świadomie (pium fraus w czystej postaci), i ten trzeci - kapłan SAM nie wie czy wierzy. I ten trzeci chyba jest najciekawszy i najczęstszy. Wielu mistyków pisało o "nocy ciemnej duszy" kiedy sami nie wiedzą czy to w co wierzą jest prawdziwe. Co wtedy?
dobra ale wracajac do poczatku - czy Perydotka miała na myśli oszustwo wobec BOGÓW czy wobec LUDZI? bo to chyaba jednak róznica? jak kapłan oklamuje wiernych to jedno ale jak ktos probuje "oszukac" bóstwo to co innego chyba
ha, jest i to całkiem rozbudowany motyw. W wielu tradycjach politeistycznych mamy rytuały "oszukiwania" chorób i demonów - udaje się że osoba umarła żeby demon stracił zainteresowanie. W kabale są teksty o "ukrywaniu się" przed siłami zła przez zmianę imienia. To nie jest oszustwo w sensie moralnym, ale technicznie jest to "wprowadzenie w błąd" jakiegoś bytu. Pytanie czy to sakralne czy tylko sprytne.
o kurczę nie wiedziałam o tej zmianie imienia w kabale, to znaczy znam to trochę z innych tradycji że imię ma moc ale żeby zmieniać żeby uciec przed czymś złym - to jest niesamowite. czy to jest coś co nadal się praktykuje? i czy to jest uznawane za "uczciwe" wobec tych sił?
Jadea, ale to otwiera zupełnie inny problem. Jeśli wobec "zła" wszystko jest dozwolone, to kto decyduje co jest złem? Historycznie wlasnie to było pretekstem do okrutnych rzeczy - erkläre kogoś za zło i możesz z nim robić co chcesz. To mnie troche niepokoi jako zasada.
Leokadia i Strzaska mają rację że to jest niebezpieczna furtka, ale muszę dopowiedzieć - w tradycji judaistycznej ta zasada dotyczy ZŁYCH DUCHÓW, nie ludzi. Halacha jest bardzo konkretna w tym zakresie. Problem pojawia się dopiero kiedy ludzie próbują rozciągnąć te metafory na rzeczywistość społeczną - i to jest dokładnie to o czym mówimy: nadużycie sakralnego języka do profanicznych celów.
eee, przepraszam że tak wchodzę w środek ale chciałam zapytać o coś co mnie nurtuje przy tym wszystkim. czy jeśli jakiś rytuał był zbudowany na oszustwie od początku (np. ktoś celowo wymyślił go dla zysku) ale przez wieki był praktykowany szczerze przez miliony ludzi - to czy stał się sakralny przez tę szczerość odbiorców? jakby ciężar intencji się przesunął?
"inercja sakralna" - nieźle wymyślone, Wajdelota ale to troche brzmi jak próba ominięcia pytania. Bo co to znaczy że "się kumuluje"? naprawdę chcę wiedzieć, jak miałoby to działać mechanicznie? bo jeśli nie mamy żadnego wyjaśnienia to to jest po prostu ładna metafora, nie odpowiedź 😀
