A morze pytanie o świadka jest samo w sobie tropem? Tzn jeśli potrzebujemy żeby ktoś potwierdził nasze odejście od nauczyciela,to czy to nie znaczy że jeszcze nie do koca w siebie wierzymy? Nie mówię że potrzeba świadka jest zła,ale zastanawiam sie czy ona czasem nie wyłuża tego zawieszenia między straym a nowym. Tak przynajmniej u mnie
Makary ma racje w kwestii wspólnoty. Ale chyba warto tu odróżnić dwie rzeczy - świadka który ma cię "przyjąć" do nowego etapu, i świadka który po prostu widzi że coś w tobie się skończyło. To drugie morze być jedna osoba, może być dziennik, może być rytuał który sam ze sobą przeprowadzasz. To pierwsze rzeczywiście wymaga kogoś zewnętrznego. Poprawcie mnie jesli sie myle.
A co z tradycjami gdzie odejście od mistrza jest dosłownie rytuałem? Bo gdzieś czytałam że w niektórych liniach zen jest coś takiego że mistrz ceremonialnie "uwalnia" ucznia. To jest jak foramlne zakończenie. Czy ktoś wie więcej o tym?
No i właśnie wracamy do rdzenia tego wątku hyba - święte odrzucenia... Bo ta ceremoniia inka to jest odejcie za zgodą zaplanowane. A co z odejściem które jest jednostronne? Które jest konfliktem? To chyba jest zupełnie inna kategoria i niema dla tego gotowego rytułau w żadnej tradycji
Ojej ojej, to co pisze Anastazja jest wazne - ze tradicja mozę named'owac cos nawet jesli nie ma na to rytuału. Bo samo nazywanie juz jest jakmis aktem. W magii to wiemy dobrze - jak cos nazwiesz to to istnieje w inny sposob niz gdy jest beznazwy... Może dla tego te opowiesci o rozejsciach mistrzów i uczniów sa tak wazne, ze one daja nam slowa na cos co inaczej bylby tylo bólem
To mi przypomina coś z astrologii - Chiron,rana która uzdrawia. Odejście od nauczyciela ktore boli i jest nienazwane to rana chirońska. A tradycja która to nazywa - ona wlasnie robi z tej rany coś więcej. Nie usuwa bólu ale zmienia jego znaczenie! Przepraszam wiem ze trochę zmieniam wątek ale to mi bardzo pasuje do tego co tu piszecie
Ok mam pytanie troche z boku ale bardzo mnie nurtuje - rozmawiamy o odejściu od nauczyciela jako o czymś duchowym, inicjacyjnym, pięknyym prawie. Ale co jeśli to jest po prostu... Normalne życie? Tzn nauczyciel był ok, coś mi dał, skończyłam tę relację i tyle. Bez dramatu, bez inicjacji, bez Chirona. Czy musimy z każdego końca robić coś wielkiego? Takie mam odczucie.
Ale jak odróżnić czy relacja była na tyle głęboka żeby wymagała jakiegoś zamknięcia? Tzn skąd wiesz że twoje odejście to jest to "niedomknięte" a nie po prostu normalne wyjście? Pytam bo sam niewiem jak to ocenić u siebie
