Ten odruch zostawiania czegoś to jest chyba jeden z najstarszych języków jakim rozmawiamy z miejscem. Widzę to w relacjach z bardzo odległych kultur - od Andów po Japonię. Kamień, wstążka, moneta. Czy to wyuczony odruch kulturowy czy coś głębszego? Nie wiem i nie chcę udawać że wiem. Ale jest coś ciekawego w tym że robisz to zanim zdążysz pomyśleć.
Wracając do pytania Szeptuna o docieranie - jest jeszcze jeden sposób który często pomijamy. Lokalne legendy i opowieści. Jeśli coś w okolicy jest przekazywane ustnie, że 'przy tej górce nie wolno hałasować' albo że 'przy tym kamieniu zdarzały się dziwne rzeczy' - to jest marker. Nie chodzi o to żeby gonić za sensacją, ale te opowieści często wskazują na miejsca które przez wieki były jakoś wyróżniane.
To co Nyja napisała o ambiwalencji w opowieściach bardzo mi przywodzi na myśl pewne miejsce w okolicach Bieszczad o którym mówiła mi znajoma. Tam nikt nie chodził 'po to żeby zobaczyć' - ludzie chodzili tam żeby coś poczuć albo zostawić intencję. Nie było żadnej figury, żadnego znaku. Sama polana i stara grusza. Czy to jest właśnie ten typ miejsca który cały wątek stara się opisać?
Grusza to zresztą ciekawy szczegół bo drzewa w słowiańskich tradycjach miały konkretne znaczenia - i nie był to przypadkowy wybór które drzewo przy domu albo przy polu. Szedłam do miejsca na Lubelszczyźnie gdzie kilka pokoleń kobiet z jednej rodziny sadziło drzewa przy narodzinach i te drzewa były potem odwiedzane. To nie była żadna 'sanktuaria' w oficjalnym sensie, ale funkcja była ta sama.
To wszystko co tu opisujecie - grusza, kamień przy źródle, polana w Bieszczadach - to brzmi jak sieć miejsc które istnieją równolegle do oficjalnej religii i nigdy się z nią nie zlały. Zastanawiam się czy w innych tradycjach też tak jest. Bo w Etiopii o której pisałam wcześniej te mniejsze miejsca też funkcjonują obok oficjalnego kościoła koptyjskiego, a nie w ramach niego.
Właśnie dlatego mnie irytuje gdy ktoś mówi że 'prawdziwa duchowość' jest tylko w wielkich katedrach albo tylko w dzikich nietkniętych miejscach. Ta grusza przy wiejskim domu robi dokładnie to samo co Waranasi dla tego co tam idzie - daje punkt orientacyjny, miejsce spotkania z czymś większym niż codzienność. Skala jest inna, ale mechanizm ten sam.
To jest pytanie które mnie zatrzymuje. Bo masz rację że skala jest inna - ale czy skala decyduje o sile miejsca? Waranasi ma za sobą miliony ludzi i tysiące lat, ale każdy z tych ludzi przychodził tam z bardzo osobistą intencją. Grusza ma za sobą kilka kobiet z jednej rodziny, ale każda z nich przychodziła tam ze stu procentami siebie. Nie wiem czy to jest porównywalne ilościowo, ale może nie o ilość tu chodzi?
To jest bardzo uczciwe pytanie i nie ma na nie łatwej odpowiedzi. Byłam w kilku miejscach o których nie wiedziałam kompletnie nic przed przyjazdem - żadnych oczekiwań, żadnego kontekstu - i czułam tam coś konkretnego. Byłam też w miejscach bardzo sławnych i czułam głównie tłum. Więc chyba nie działa to tak prosto jak 'sława miejsca równa się jego moc'.
Sama się nad tym zastanawiałam. Byłam kilka razy w Częstochowie i raz o czwartej rano kiedy było jeszcze ciemno i prawie nikogo - i to było zupełnie inne doświadczenie niż w południe w środku sezonu. To samo miejsce, a jakby inny kanał odbioru. Więc może miejsca 'wielkie' też mają swoje okna dostępu, tylko trzeba wiedzieć kiedy przyjść.
To co opisujesz o czwartej rano to mi się bardzo zgadza. Byłam raz przy pewnym małym kościółku w Karpatach przed wschodem słońca i to był zupełnie inny jakościowo kontakt z miejscem niż w dzień. Zastanawiam się czy pora to część praktyki pielgrzymkowej w innych tradycjach, czy tylko my to intuicyjnie czujemy?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie które może jest naiwne - czy te mniejsze miejsca które opisujecie, te bez infrastruktury, bez oficjalnego kultu, mają cokolwiek co odróżnia je od zwykłego pięknego lasu albo ładnego pagórka? Bo jak słyszę 'cisza która coś trzyma' albo 'miejsce między światami', to nie wiem jak to rozróżnić od po prostu ładnego miejsca w naturze gdzie jest spokój.
Mnie uderza że wracamy do pytania o rozróżnienie cały czas, jakby to było kluczowe. Ale może nie jest? Może nie trzeba wiedzieć czy dane miejsce jest 'naprawdę' święte żeby doświadczenie było prawdziwe dla ciebie? Znam tradycje w których samo podjęcie drogi czyni miejsce docelowe świętym - że to pielgrzym tworzy sanctum przez swój wysiłek, nie odwrotnie.
Czy ktoś z was był w miejscu które znał tylko z opisu innych i miał tam doświadczenie zupełnie inne od tego co opisywali? Bo zastanawiam się czy miejsca reagują różnie na różne osoby, czy też jest jakiś 'obiektywny' poziom którego nie da się przeoczyć jak się jest wystarczająco otwarty.
Byłam. Miałam opisane jedno miejsce w okolicach Roztocza jako bardzo intensywne, że tam ludzie płaczą bez powodu i czują ciężar. Przyszłam, usiadłam, czekałam. Nic. Spokój, trochę wiatru, dobre drzewo w pobliżu. Wróciłam rok później sama, bez oczekiwań i wtedy coś się otworzyło - nie dramatycznie, ale naprawdę. Więc myślę że tak, że ta zmienna 'ja' jest tu bardzo ważna.
I jak myślisz co się zmieniło między tymi dwoma wizytami? Bo to jest właśnie to czego nie rozumiem - czy ty się zmieniłaś czy miejsce zareagowało inaczej na nową wersję ciebie?
To pytanie Szeptuna mnie bardzo ciekawi bo wydaje mi się że rozgraniczenie 'ty' i 'miejsce' może nie być tak ostre jak zakładamy. Może doświadczenie pielgrzymki to jest zawsze splot - ani samo miejsce nie przemawia do wszystkich tak samo, ani sam człowiek nie tworzy doświadczenia z niczego. I właśnie dlatego te małe, mniej znane miejsca są może bardziej szczere - nikt ci nie mówi z góry co masz poczuć.
