To co Antos opisuje brzmi jak klasyczne warunkowanie - Pawłow i dzwonek. Tylko że tu dzwonkiem jest słowo w obcym języku. Nie wiem, czy to umniejsza doświadczenie, ale chyba trochę je wyjaśnia bez odwoływania się do mistyki samego języka.
Chyba tak. I chyba można powiedzieć wprost, czego tu brakowało przez całą dyskusję: tak, przejście na polski coś zabrało - ale nie dlatego, że łacina jest świętsza. Tylko dlatego, że wyrwało ludzi z rytmu, który był budowany przez wieki. Dziadek czuł tę utratę. Moja matka już nie, bo ona w tamtym rytmie nigdy nie była. To jest proste i smutne jednocześnie.
Ale to brzmi jak coś absurdalnego. Mam recytować słowa, których nie rozumiem, bo tak mówi doktryna? I to jest 'modlitwa'? Nie wiem, mam z tym problem. Czy ktoś, kto to praktykuje, może mi wyjaśnić jak to działa od wewnątrz, bo z zewnątrz wygląda to dla mnie jak wyuczony mechanizm bez treści.
Mam pytanie do Numerologa i do reszty: skoro arabski jest tak kluczowy w islamie, to czy jest jakaś tradycja, gdzie ten podział jest jeszcze ostrzejszy? Tzn. gdzie nie tylko język jest niezmienny, ale też sama melodia recytacji, rytm, oddech?
Tajwid - nigdy o tym nie słyszałam. Czyli to jest jak nuty do muzyki, tylko że do modlitwy? A jeśli ktoś ma na przykład wadę wymowy, to co - jego modlitwa jest 'niepoprawna'? To mnie zastanawia, bo brzmi dość surowo.
Chyba jednak nie przesadzajmy z tym formalizmem. Żadna religia nie odrzuca modlitwy głuchoniemego czy jąkającego się tylko dlatego, że dźwięk wyszedł krzywo. To by była karykatura wiary, nie wiara. Intencja zawsze gdzieś jest w tym układzie.
Słuchajcie, to co Arnold opisuje w islamie to jest bardzo spójna logika - język jako część doktryny, nie tylko tradycja. A w chrześcijaństwie zachodnim to nigdy nie było tak ugruntowane teologicznie. Łacina była językiem cesarstwa, nie Objawienia. I może właśnie dlatego Sobór mógł ją po prostu zmienić, bez poczucia, że zmienia samą wiarę.
Hipolit trafił w coś ważnego. W islamie Koran jest niestworzone Słowo Boże - sam język jest częścią sacrum. W chrześcijaństwie Słowo jest Jezusem, nie tekstem. Biblia jest natchniona, ale tłumaczenia są dopuszczalne już od czasów Septuaginty. To fundamentalna różnica podejścia.
Więc właściwie pytanie Hipolita z początku - czy przejście na języki narodowe coś zabrało - ma różną odpowiedź w zależności od tego, czy patrzymy na chrześcijaństwo czy islam? Bo w islamie to pytanie nigdy nie mogło paść, a w chrześcijaństwie padło i wywołało prawdziwy spór.
Ale jest jeszcze judaizm - i tam jest chyba jeszcze inaczej? Hebrajski w synagodze, ale Talmud już po aramejsku, i jakoś to razem żyje od tysięcy lat. Czy ktoś może to rozplątać? Bo to chyba nie jest tak prosto jak w islamie.
To mi się wydaje akurat bardzo mądre. Nie musisz rezygnować ani ze świętości języka, ani ze zrozumienia. Każde ma swoje miejsce. Dlaczego Kościół nie poszedł tą drogą? Zamiast albo-albo można było zostawić łacinę w liturgii i tłumaczyć równolegle.
Właśnie. I chyba to jest clue całej dyskusji - nikt nie zabrania rozumieć. Pytanie brzmi: czy rdzeń rytuału, sam moment ofiary czy spotkania, musi być zrozumiały? Bo może właśnie w tej chwili rozumienie jest przeszkodą, a nie pomocą.
To co Szeptun powiedział na końcu to jest właściwie pytanie o samą naturę rytuału. Czy rytuał ma cię informować, czy ma cię przemieniać? Bo jeśli przemieniać - to rozumienie może być nie tylko zbędne, ale wręcz blokiem. Głowa zaczyna komentować zamiast po prostu być.
Czekajcie - co to znaczy, że ciało 'rejestruje strukturę znaczeniową'? Serio pytam, bo brzmi to jak coś, czego nie rozumiem. Ciało słyszy słowa i co z tym robi, skoro głowa nie wie o co chodzi?
No właśnie, bo chyba nikt wcześniej nie poruszył przestrzeni jako elementu tego układu. Język, melodia, architektura - razem tworzyły jedno środowisko. Rozbij je i każdy element osobno traci część swojej mocy. I nie trzeba być mistykiem żeby to poczuć - wystarczy wejść do starego kościoła w ciszy.
Ale to prowadzi do kolejnego pytania - czy Kościół w ogóle rozumiał, że to jest system naczyń połączonych? Bo jeśli tak, to decyzja Soboru była świadoma rezygnacją z tego systemu. A jeśli nie rozumiał - to zmienił coś, nie wiedząc do końca co traci. I nie wiem, która opcja jest bardziej niepokojąca.
Ewunia zadała pytanie, które siedzi mi od dawna. Wydaje mi się, że Sobór myślał kategoriami duszpasterskimi - jak dotrzeć do ludzi, jak sprawić żeby uczestniczyli świadomie. To było szczere. Ale kategoria 'środowisko sakralne jako całość' chyba nie była wówczas myślana tak całościowo.
A czy ktoś wie jak to wyglądało przy podobnych reformach w innych tradycjach? Bo protestantyzm też przeszedł na języki narodowe, i to wcześniej niż katolicyzm. Straciło się tam podobnie czy inaczej?
Zamiana na co? Na coś bardziej intelektualnego, ale mniej zmysłowego? Bo to jest trochę jak różnica między czytaniem opisu muzyki a słuchaniem jej. Opisujesz doświadczenie albo je wywołujesz. Luther chciał żeby lud rozumiał - ale czy rozumienie to cel modlitwy?
Myślę że chodzi o to, że w tradycjach pogańskich i szamańskich w ogóle nie ma tego dylematu - tam śpiew, taniec, języki rytualne, wszystko to jest nierozdzielne i nikt nie pyta czy 'rozumie'. Rozumienie jest ciałem, nie głową. Może chrześcijaństwo poszło w złą stronę od samego Oświecenia, intelektualizując to co było żywe.
Przepraszam, że się wtrącę, bo jestem trochę z boku tej rozmowy - ale zastanawiam się nad czymś osobistym. Kiedy gdzieś czytam runy, też nie znam staronordyckiego i jakoś i tak czuję że 'to działa'. Czy to jest podobny mechanizm do tego, o czym mówicie? Czy to zupełnie inna kategoria?
Wróćmy może do konkretnego pytania z początku tematu, bo trochę odpłynęliśmy. Czy po przejściu Kościoła na języki narodowe ludzie modlą się mniej? Albo inaczej - czy modlitwa coś straciła? Bo to jest coś, na co można mieć osobiste zdanie niezależnie od teologii.
To jest właśnie sedno całego tematu. Łacina nie była święta dlatego że łacina - była święta dlatego że oddzielała. I Kościół, przechodząc na języki narodowe, nie tylko zmienił język, ale zlikwidował ten mechanizm oddzielenia. Teraz wszystko brzmi tak samo jak codzienność. I właśnie dlatego pytanie z tytułu tematu jest tak trudne - czy to jest kwestia samego języka, czy kwestia jego obcości wobec profanum?
