Ostatnio wróciłem ze Szwajcarii i przez przypadek trafiłem na fragment Via Francigena - tej starej drogi pielgrzymkowej z Canterbury do Rzymu. Przeszedłem ze 20 km i coś mnie w tym uderzyło, czego nie umiałem wtedy nazwać. To nie był żaden "mistyczny" trans ani nic z tych bajek, ale... czułem jakiś dziwny spokój i wrażenie, że idę po śladach czegoś bardzo starego. Zastanawiam się czy to tylko psychologia (wiem, że idę historyczną trasą, więc mój mózg robi resztę) czy te szlaki naprawdę mają w sobie coś, co można wyczuć. Znacie te drogi? Santiago, Via Francigena, może inne? Co wy na to?
O ja cie kocham, Via Francigena! Ja też miałam podobne odczucia jak byłam na Camino de Santiago dwa lata temu. To nie jest tak że nagle coś sie stało albo zobaczyłam aniołka ale ten spokój o którym piszesz to ja to rozumiem doskonale. Jakby ziemia pod nogami była... gęstsza? nie wiem jak to inaczej opisać. I co ciekawe, rozmawiałam z ludźmi którzy szli bez żadnego duchowego nastawienia, po prostu rekreacyjnie, i oni też mówili o tym dziwnym spokoju. więc może to nie tylko psychologia?
Te szlaki były wytyczane wzdłuż linii energetycznych ziemi, to nie przypadek. Stare kultury czy to celtycka, czy przedchrześcijańska, te miejsca po prostu czuły. Kościół potem je tylko przejął i przykrył swoją symboliką, ale energia tam jest niezależnie od tego kto i z jaką intencją idzie. Dlatego właśnie "niewiernicy" tez to odczuwają. Byłem na kilku odcinkach Camino i każdy z nich miał inną "barwę", jakby inne napięcie. Odcinek przez Pireneje to coś zupełnie innego niż Meseta.
a skąd wiadomo że brody były tam gdzie były? I dlaczego akurat te osady powstawały w tych miejscach a nie innych? To nie jest takie proste jak mówisz. Nie twierdzę ze ktoś zasiadł z mapą energii i wytyczał trasę z cyrklem ale kumulacja miejsc kultu, naturalnych węzłów komunikacyjnych i odczuć ludzi przez tysiące lat to nie przypadek. Możemy sie nie zgadzać ale warto zostawić miejsce na pytanie.
Ten temat mnie wciąga bo sama myślę o Santiago od dawna. Czytałam że na szlaku jest coś co nazywają "duchem drogi" - nie w sensie upiorów tylko pewnej zbiorowej pamięci milionów kroków. Każdy kto idzie, dołącza do tej rzeki. To brzmi mistycznie ale zastanawiam się czy to nie jest po prostu opis czegoś realnego - takiej warstwowanej energii miejsca, którą budują kolejne pokolenia.
Słuchajcie, mam trochę inne podejście do tego. Byłam w Composteli jako turystka, samochodem, i przyznam szczerze że nic nie poczułam. Natomiast rok później przeszłam 150 km pieszo i to było zupełnie inne doświadczenie. Zastanawiam się więc czy chodzi o miejsce samo w sobie czy o SAM AKT CHODZENIA. może ta zmieniona świadomość to po prostu efekt rytmicznego marszu, zmęczenia ciała, wyciszenia głowy? Runy mi mówią że rytm i powtarzanie otwiera inne kanały percepcji, i to byłoby spójne.
To co opisujecie z tym rytmicznym marszem to ma sens z punktu widzenia czakr. Dlugi marsz synchronizuje czakrę podstawy i sakralną, uziemia ale jednocześnie gdy cialo jest zajęte rytmicznym ruchem, umysł się zwalnia i wyzsze centra energetyczne moga działać inaczej. nie mowie ze szlak nie ma znaczenia ale bez tego stanu ciała efekt pewnie byłby mniejszy. ciekawe czy ktoś medytował w czasie marszu, nie zatrzymując sie?
ja nigdy nie byłem na żadnym z tych szlaków ale zawsze mnie to ciągnęło. Mam pytanie, czy te odczucia o których piszecie (ten spokój, ta "gęstość") pojawiają się od razu po wejściu na szlak, czy dopiero po kilku dniach marszu? Bo zastanawiam sie czy to jest coś w miejscu czy coś co w sobie otwierasz z czasem
Przeczytałam całą dyskusję i mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie kwestionuję że te doświadczenia są realne dla osób które je przeżywają. Z drugiej - to co opisujecie to są dobrze znane efekty długotrwałego marszu, deprywacji bodźców, zmiany rytmu dnia. Kortyzol spada, endorfiny rosną, umysł wchodzi w stan podobny do lekkiej medytacji. To nie umniejsza doświadczenia, ale z tą "energią szlaku" bym ostrożnie. Macie jakieś konkretne przykłady rzeczy których nie dałoby się tym wyjaśnić?
a ja mam pytanie bo trochę nie rozumiem - te szlaki jak Santiago czy Via Francigena to są chrześcijańskie prawda? więc to energetyczne tłumaczenie jest trochę sprzeczne z tym do czego były przeznaczone? czy da się to jakoś pogodzić
Słuchajcie a co z innymi szlakami bo wydaje mi się ze skupiamy się tylko na europejskich? Jest przecież Kumano Kodo w Japonii, to jeden z najstarszych szlaków pielgrzymkowych na świecie, shintoistyczny-buddyjski. Jest droga do Mekki, jest Char Dham w Indiach... Zastanawiam się czy te odczucia o których piszecie na Camino to coś co pojawia się NA KAŻDYM starym szlaku, czy tylko europejskim. Ktoś był gdzieś poza Europą na podobnej trasie?
Mnie wciągnął temat bo mam sny o drogach od dawna. Serio, regularnie śni mi sie ze idę jakąś długą drogą przez wzgórza, nie wiem dokąd ale we śnie mam poczucie że to jest bardzo ważne i ze to ma kierunek. Zastanawiam się czy to przypadek ze na tym szlaku w Szwajcarii tez poczułeś coś trudnego do opisania. Czy śniłeś o takich drogach zanim na nią trafiłeś?!
przerpaszam ze wchodzę ale chciałam zapytać, czy żeby poczuć tą energię szlaku to trzeba przejść całą trasę? bo np Camino Frances ma prawie 800 km i dla mnie to nierealne na razie. czy kilka dni wystarczy żeby cokolwiek poczuć
wracając do pytania Kometki - ja myślę ze nawet 3 dni na szlaku to już cos. Ta zbiorowa pamięć o której pisała Inwokacja_98 nie jest tylko w ziemi czy kamieniach, ona jest tez w samym rytmie drogi. Ale ciekaw jestem jednej rzeczy - czy te odczucia są podobne na każdym odcinku czy są miejsca na szlaku które działają mocniej? Bo na przykład kościoły, kapliczki, stare mosty - czy to są takie węzły energii czy tak samo jak reszta?
to co mówi Gracjan82 o tych węzłach mnie bardzo uderza bo na Camino też były takie miejsca. Cruz de Ferro to jedno z nich - ten krzyż na wzgórzu gdzie zostawia się kamień przyniesiony z domu. Nie wiem czy to sama tradycja robi wrażenie (i robi) czy jest tam coś więcej. Ale kiedy zostawiałam ten kamień to płakałam i nie wiedziałam dlaczego. Serio, bez powodu, po prostu łzy. inne osoby obok też płakały. To chyba nie może być tylko autosugestia?
hej, czytam od początku i mam takie pytanie troche z boku - te szlaki to są głównie w Europie i Azji ale co z Ameryką? Indianie też mieli swoje szlaki pielgrzymkowe? Bo jak tak o tym myślę to chyba każda kultura musiała mieć coś takiego, nei? jakies drogi do świętych miejsc
słuchajcie a mam takie głupie może pytanie ale skoro tyle kultur niezależnie od siebie wytyczało szlaki przez podobne miejsca to czy ktoś próbował to jakoś zmapować globalnie? jak te szlaki się układają na mapie świata? czy da się znaleźć jakiś wzorzec? 🙂 bo jeśli tak to to by było mocnym argumentem dla tych z energetycznym wyjaśnieniem chyba
Właśnie, Gracjan82 trafił w sedno. Ley lines jako sposób geograficzne - bardzo wątpliwe. Ale jako kulturowy wzorzec myślenia o przestrzeni? To juz jest ciekawe i realne. Każda kultura szukała porządku w krajobrazie, nadawała znaczenie miejscom. Czy to jest odkrywanie czegoś co istnieje, czy nakładanie siatki sensu na neutralny teren? To jest właśnie to pytanie które mnie nie opuszcza od czasu mojej wędrówki.
z punktu widzenia pracy z energią to mnie bardziej interesuje co sie dzieje z człowiekiem podczas marszu niż co jest w ziemi. Rytmiczny ruch przez wiele godzin dziennie przez wiele dni to jest konkretna praca energetyczna czy ktos tego chce czy nie. Czakra podstawy i sakralna dostają ciągłą stymulacje. Jak ciało jest zajęte tym rytmem to umysł przestaje byc gwarancja i coś innego zaczyna działać. Nie mówię ze to wyjaśnia wszystko ale mówię ze to nie jest tylko autosugestia
ojejku, ej to znaczy że jak idę np. długie piesze wycieczki w górach to też mogę to osiągnąć? bo nie wiem czy będę kiedyś na prawdziwym szlaku pielgrzymkowym ale góry znam. czy to musi byc "oficjalny" szlak żeby działało
mam wrażenie że dyskusja kręci się wokół pytania czy energia jest w miejscu czy w człowieku. ale czy to musi być albo-albo? sny które miałam po powrocie znajomej z Santiago (ona mi opowiadała, ja nie byłam) były dziwnie konkretne. jakby coś z jej opowieści zostało we mnie. czy droga może działać przez relację, nie tylko przez fizyczną obecność?
panowie i panie, wracając na chwilę do ziemi - Via Francigena ma jedną cechę o której nie było tu mowy. Jej odcinki przez Apenniny są wyjątkowo stare i idą przez miejsca które były sacrum jeszcze dla Etrusków, o których wiadomo że mieli bardzo rozbudowaną geomancję, wróżbiarstwo z lotu ptaków i tak dalej. Canterburyskie źródła pokazują ze Zygfryd z Canterbury szedł niemal dokładnie tymi samymi ścieżkami co wcześniejsi kupcy i pielgrzymi. To jest kilka tysięcy lat ciągłości użytkowania tej samej drogi. Cokolwiek tam jest, nie da się tego zbagatelizować.
czytam i nie wiem co myśleć szczerze. Z jednej strony to wszystko brzmi pięknie i rozumiem że te przeżycia są prawdziwe dla tych którzy je mają. Ale trochę mnie niepokoi jedno - czy nie ma ryzyka że ktoś idzie na taki szlak z bardzo dużymi oczekiwaniami i jeśli nic nie poczuje to ma poczucie że coś z nim nie tak? bo to byłoby nieładne
to co mówi Leontynka63 o oczekiwaniach to jest naprawdę ważna rzecz i chyba najlepszy punkt rozmowy dziś. Mechanizmy psychologiczne działają w dwie strony - oczekiwanie może amplifikować doświadczenie albo blokować je przez rozczarowanie gdy nie pasuje do wyobrażenia. Pielgrzymi którzy nie nastawiali się na nic konkretnego czesto mają bogatsze relacje. To nam cos mówi o naturze tych przeżyć, choć nie rozstrzyga czy mają źródło zewnętrzne czy wewnętrzne.
Odnośnie, tego co mówiła Lipowa00 o oczekiwaniach - myślę ze to jest szerszy problem z całą duchowością na żądanie. Ludzie podchodzą do Camino jak do SPA z gwarantowanym efektem. A droga jest procesem, nie produktem. Miałem kolegę który szedł Camino Frances i przez pierwsze 5 dni był wkurzony na wszystko - na tłumy, na komercję, na siebie. A potem coś pękło. I to pęknięcie było właśnie tym. Ale gdyby odszedł po tych 5 dniach z przekonaniem że nic nie działa to by tego nie zobaczył nigdy.
to pytanie o oczekiwania jest ciekawe, ale chcę dodać coś trochę innego. Via Francigena jest pomijana w tej dyskusji trochę niesprawiedliwie. Santiago ma marketingową przewagę bo jest bardziej znana, ale Francigena idzie przez miejsca które mają zupełnie inny charakter energetyczny. Odcinek przez Wielką Przełęcz Świętego Bernarda, potem zejście do doliny Aosty, to jest coś czego nie zastąpi żadna inna droga w Europie. Augustyn z Canterbury tędy szedł w 596 roku. Tędy szedł Zygmunt Luksemburski. Warstwa historyczna jest tak gęsta że można ją poczuć fizycznie.
No bo właśnie, ten wątek z Francigeną mnie ciągnie. Miałem kiedyś sen - i wiem że to brzmi dziwnie - w którym szłem przez przełęcz górską w futrze, nie w swoim ciele, cos prehistorycznego. Kiedy potem zobaczyłem mapę Via Francigena i jej alpejski odcinek to poczułem dziwne rozpoznanie. Nie twierdzę że to dowód czegokolwiek, ale to uczucie rozpoznania było bardzo konkretne. Jakbyś zobaczył fotografię miejsca które znasz ze snu.
