Zastanawiam sie od jakiegos czasu nad tym jak bardzo slowo - mowione na glos albo tylko pomyslane - moze naprawde dzialac na otoczenie. Nie mowie o afirmacjach w sensie coachingowym, bo to inna bajka. Chodzi mi o cos glebszego, o to co rozne tradycje nazywaly roznie: zakleciem, mantra, zamawianiem. W slowiańskiej tradycji szeptanie bylo cala sztuka, szeptunki przekazywaly formuly z pokolenia na pokolenie i nie bylo tam zadnej przypadkowosci ani "mowie to bo mi lepiej". Kazde slowo mialo konkretne miejsce, konkretna intencje, konkretny oddech. I to mnie zastanawia - czy chodzi o samo brzmienie, wibracje glosu czy o cos wiecej? W hinduizmie mowia ze mantry dzialaja nawet jezeli nie rozumiesz znaczenia, wazna jest fonetyka, wibracja dzwieku w ciele. W tradycji hebrajskiej jest znowu inaczej - tam znaczenie slowa jest kluczowe, litery maja wage. Jak wy to rozumiecie? Czy slowo dziala samo z siebie, czy potrzebuje czegos od nas?
O matko to jest dokladnie to nad czym ostatnio siedze. Zaczęłam robic afirmacje ale pojawilo sie pytanie - po co wlasciwie mowic na glos jezeli to i tak chodzi o mysli? Niby rozumiem ze glos jest silniejszy ale nie do konca lapie dlaczego. Mozesz mi wytlumaczyc ten watek z hinduizmem i fonetyka? Bo jezeli dzwieki dzialaja niezaleznie od znaczenia to moze roznice miedzy tradycjami sa mniejsze niz myslmy?
Pytanie o fonetykę kontra znaczenie jest stare jak same tradycje i nie ma prostej odpowiedzi. W runach na przyklad - galdr, czyli spiewan reczytans run to nie tylko brzmienie to geometria dzwieku, ksztalt wibracji w przestrzeni. Ale runy maja tez znaczenie, i jedno i drugie jest potrzebne. Rozdzielanie tych dwoch warstw to moim zdaniem blad zachodniego myslenia ktore lubi rozbijac rzeczy na czesc pierwsze. W staronordyckiej tradycji galdr bylo tak samo wazne jak znajomosc runy - ktos kto znal znaczenie ale spiewal zle osiagal malo, tak samo jak ten kto mial ladny glos ale nie rozumial do czego sie odwoluje. Wiec odpowiedz na twoje pytanie, Malwinka: jedno i drugie, z tym ze proporcje zaleza od tradycji. I jeszcze jedna rzecz ktora rzadko sie porusza - intencja osoby mowiacej. Mozna znac sowa i brzmienie i nic nie robic jezeli stoisz za tym jak pusty pojemnik.
oj tak, z intencja to w sumie zgadzam sie ale mam pytanie - jak to jest z nieswiadomym dzialaniem slowa? Bo slyszalem ze ktos moze oslabiac innych samym sposobem mowienia, bez zadnej swiadomej intencji. Znam taki typ czlowieka co zawsze mowi "to sie nie uda", "po co probujesz" i faktycznie kolo takich ludzi wszystko sie ciezej klei. czy to jest jeszcze psychologia czy juz cos wiecej? ten temat tez jest w tytule wtaku wiec moze warto o tym pogadac
Ten watek o nieswiadomym pobieraniu energii jest mega wazny i mysle ze wiele osob w ogole nie zdaje sobie sprawy ze to robi! Kiedy ktos mowi "ale ty wyglądasz zmeczona" albo "cos ty taka blada dzisiaj" to w zasadzie wrzuca ci program w glowe. Moja nauczycielka bioenergoterapii tlumaczyła mi ze slowa sa nosnikami energii i ze kazde slowo wypowiedziane z silna emocja zostawia slad w polu energetycznym osoby do ktorej sie mowi. Dlatego zreszta zamawianie chorob dzialalo - szeptunka wkladala konkretna energie w slowo, kierowala ja do chorego miejsca. A kiedy ktos ci mowi ze jestes chory to wkladal zla energie. To jest to samo zjawisko tylko jedna strona jest swiadoma a druga nie.
Watko o nieswiadomym odzialywaniu jest ciekawy ale chciałabym wrocic na chwile do samej struktury slowa sakralnego, bo to jest dla mnie serce tematu. W tradycji slowanskiej szeptanie mialo bardzo konkretna budowe - zazwyczaj byl wstep (nawiazanie do sil, bóstw albo przyrody), srodek z konkretna trescia i zamkniecie. to nie bylo losowe mowienie. I co wazne, ton glosu sie zmienial w roznych czesciach. Slowem mozna wejsc w kontakt z czymkolwiek, ale zamkniecie decyduje czy to wchodzisz do pokoju i wychodzisz czy zostajesz tam z otwartymi drzwiami. Czy ktos z was pracuje z jakims konkretnym typem formula i ma cos do powiedzenia o tej budowie?
Nie pracuje ze slowianszczyzna ale przy runach tez to widac. Galdr sie zaczyna od przywolania, srodek to wlasciwa praca a na koniec jest zamkniecie i podziekowanie. jak sie pomija jedno z trzech to cos nie gra, przynajmniej u mnie. Ciekawe ze niezaleznie od tradycji ta trojdzielna struktura sie powtarza. Czy to przypadek?
Czytam to z zainteresowaniem bo probuje sama ukladac takie zamowienia i nie byłam pewna czy robie dobrze. Moje sa krotkie, zawsze kończę slowem "tak jest" albo "niech tak bedzie". Czy to jest wystarczajace zamkniecie czy powinnam cos wiecej? Pytam szczerze bo chce to robic jak trzeba
dziwna sprawa to rozoznienie ktore podnosisz Aldona jets dla mnie kluczowe i sama dlugo sie z tym zmagałam. Kiedy nie mozna oddzielic efektu samego skupienia od efektu slowa to moze znaczyc ze slowo jest tylko forma a skupienie jest sila. Albo ze jedno bez drugiego nie dziala. Mialam taki moment kiedy powiedzialam swoja mantre dosłownie z automatu... bez skupienia, i bylo jak gadanie do sciany. A potem ten sam tekst z pelna obecnoscia i czulam jak cos sie otwiera. Wiec moze odpowiedz jest prosta - jedno bez drugiego to jeszcze nic.
O rany, to teraz sie boje kiedy ktos mowi moje imie ze zloscią 😀 ale tak serio - to znaczy ze zamawianie dziecku zlego przez powtarzanie jego imienia to moze byc jakis realny mechanizm? słyszałam ze w niektorych kulturach nie mowi sie dzieciom ich prawdziwego imienia publicznie wlasnie dlatego. to sie laczy z tym co Rydwanka napisala?
ojejku, ciekawe zestawienie z tym imieniem, nie myslałem o tym pod takim katem. A czy ktos wie czy w tradycji slowianskiej byl podobny mechanizm z imionami? Bo pameitam ze w folklorze bylo cos o tym ze szeptunka musiala znac prawdziwe imie osoby zamawiajac chorobe. Czy ktos sie na tym zna albo gdzies czytal cos konkretnego?!
Tak, w slowiańskim zamawianiu imie bylo bardzo wazne - szeptunka zazwyczaj pytala o imie, czesto to ktore dostalo sie na chrzcie, ale sa tez slady ze chodzilo o imie nadane przez rodzice przed jakimkolwiek obrzadem. Pamietam ze w zbiorach Moszyńskiego i Biegeleisena sa opisy jak szeptunka "bierze czlowieka przez imie", czyli wchodzi w kontakt z jego sila przez to jak zostal nazwany. To sie laczy z tym co Rydwanka mowi o czestotliwosci - imie jest pierwsza forma ktora czlowiek dostaje i w jakims sensie go ksztaltuje. A teraz wrocmy do watku ktory zaczęłam: czy ktos ma doswiadczenie z praca ze slowem sakralnym i chce sie podzielic tym jak to czuje w praktyce, nie tylko w teorii?
to co Malwinka napisała o imieniu chrzestnym vs. imię nadane przez rodziców wcześniej jets dla mnie nowe i chciałbym to rozwinąć. bo mam wrażenie że to ważne rozróżnienie. to znaczy że chrzest nadpisywał jakby poprzednie imię i przez to szeptunka potrzebowała tego "starego"? czy to było imię po prostu bardziej intymne, mniej publiczne?!
tak to mniej więcej rozumiem - chrzest był rytuałem publicznym, imię chrzestne wchodziło do wspólnoty, do rejestru parafialnego, do świata zewnętrznego. Natomiast imię które dawali rodzice zaraz po urodzeniu, zanim jeszcze dziecko zostało zaniesione do kościoła, to było imię prywatne, domowe. I wlaśnie to imię miało większy ładunek - bo było pierwsze, wypowiedziane nad kimś ledwo co na świecie, bez świadków i bez formuły sakramentalnej. Moszyński pisze o tym przy okazji opisów zamawiania gorączki i kolki u dzieci - szeptunka pytała "jak go matka zawołała" i chodziło o tę pierwszą chwilę, nie o chrzciny
ale to trohce bez sensu metodologicznie - skąd wiemy ze to imię "pierwsze" miało tą moc, a nie poprostu szeptunka pytała żeby w ogóle wiedzieć o kim mówi? Mogło byc czysto identyfikacyjne, nie magiczne
to ja mam teraz głupie pytanie - czy to znaczy że jak ktoś zmienił imię na przykład po ślubie albo sam z siebie, to tamte zamawiania przestają działać? bo jak moja ciocia wzięła ślub i ma inne nazwisko to czy jej stare imię dalej ma ten ładunek czy nie?
hej, trochę zmieniając temat ale nie do końca - zastanawiam się właśnie nad tym nieświadomym pobieraniem energii przez słowa o którym pisano wyżej i mam taką sytuację. mam znajomego który jak dzwoni to zawsze zaczyna od "no to jak tam, wszystko po staremu?" i jakoś po tej rozmowie czuję się wyciśnięty. czy to może byc właśnie to? czy to po prostu że rozmowy z nim są ciężkie?
to jest ciekawe spostrzeżenie i wcale nie tak oczywiste. w numerologii dźwięk jest nośnikiem niezależnym od obecności fizycznej, wiec medium (telefon, twarzą w twarz) nie powinno zmieniać zasadniczego działania. ale praktycznie rzeczywiście coś się zmienia i myślę że to może być właśnie sprawa pola fizycznego - kiedy ktoś jest obok, jego pole bioenergtetyczne nakłada się na twoje. przez telefon tego nie ma, zostaje tylko słowo
wracam do tego co Malwinka pisała o strukturze zamawiania - wstęp, praca, zamknięcie. to jest identyczne jak w afirmacjach które robię! tam też mówi się żeby najpierw "otworzyć się na energię", potem właściwa afirmacja, a potem podziękowanie. czy te tradycje mają wspólne korzenie czy to po prostu że tak działa ludzki umysł?
to jest dobre pytanie ale ostrożnie z łączeniem afirmacji z zamawianiem - to podobny schemat ale nie to samo. afirmacja jest zwrócona do siebie, pracujesz ze swoją własną psychiką. zamawianie zakłada że odwołujesz się do czegoś zewnętrznego, do sił, bytów, pola. intencja skierowana na zewnątrz to inna jakość niż intencja skierowana do wewnątrz. efekty mogą wyglądać podobnie ale mechanizm jest inny 😀
ale czy na pewno tak inny? bo jak robię afirmacje to nie mówię do siebie w próżni, mówię jakby do świata też, do tego co chcę żeby się wydarzyło. jets jakiś adresat poza mną. przynajmniej tak to czuję
ja też tak mam z afirmacjami, czuję że kieruję to jakoś do przestrzeni a nie tylko do siebie. a po temacie zamknięcia - probowałam dziś rano zakończyć słowem "stało się" zamiast "tak jest" i coś było inne, bardziej ostateczne. macie doświadczenia z różnymi słowami zamknięcia i czy to robi różnicę?
to napięcie które opisujesz Aldona to jest serce całej pracy z intencją. nie chodzi o okłamanie się że coś fizycznie jest kiedy nie ma, tylko o przejście na poziom gdzie to jest prawdziwe energetycznie, jako potencjał już uruchomiony. trochę jak nasiono które jest już drzewem, tylko jeszcze tego nie widać. najtrudniej nauczyć się stać w tej przestrzeni bez sprawdzania co chwilę czy już urosło
to co piszesz o nasionie Aldona jest dla mnie bardzo prawdziwe. ja przez długi czas walczyłam właśnie z tym - że wypowiadane słowo musi być "prawdziwe" w sensie dosłownym, fizycznym. a potem gdzieś przeczytałam że w tradycji słowiańskiej rozróżniano "słowo zewnętrzne" i "słowo wewnętrzne", i to drugie miało byc tym które naprawdę działa. jakbyś wymawiała coś z głębi, nie z głowy
to jest naprawdę ważne pytanie i nie ma na nie łatwej odpowiedzi. tradycje tybetańskie i wedyjskie mają cały system inicjacji właśnie dlatego - bo uważają że samo powtarzanie bez przekazania "mocy linii" (coś jak upoważnienie do dźwięku) nie działa tak samo. więc w pewnym sensie nawet tam intencja i kontekst mają znaczenie, tylko inaczej zdefiniowane 😀
ale wracając do tego co Aldona pisała o słowie "stało się" - ja próbowałam kiedyś rytuał gdzie wszystkie zamknięcia robiłam przez "niech tak będzie" i efekty były wyraźnie słabsze niż przy formułach przeszłych. może to sugestia może nie, ale coś tam czuć różnicę
Remigiusz ma rację że to trudno oddzielić, ale Turkusowa też ma rację że praktyk musi na czymś pracować. prawda jest taka że w tradycjach oralnych nigdy nie testowano "naukowo" - i jakoś działały przez tysiące lat, albo ludzei żyli w przekonaniu że działają, co też jest czymś. ważniejsze pytanie do mnie to: jak dobierać formuły zamknięcia świadomie, a nie losowo?
