Celestyn chyba trafnie to nazywa, choć 'spór o władzę' brzmi może zbyt politycznie. Powiedziałabym raczej - spór o to, kto ma prawo definiować, co jest autentycznym doświadczeniem duchowym. To jest stary problem w każdej religii instytucjonalnej. Kiedy mistyk mówi 'Bóg mi powiedział', a instytucja odpowiada 'to nie był Bóg' - i mistyk nie ustępuje - to napięcie jest nieuchronne.
Właśnie mnie zastanawia ten wątek polskiej hierarchii. Czy mariawici mieli jakiś konkretny spór z biskupami polskimi jeszcze zanim sprawa trafiła do Rzymu? Bo odnosząc się do tego, co pisał Aurelek wcześniej - jeśli ściągali wiernych z parafii, to był realny problem lokalny, nie tylko kwestia doktrynalna.
Setki tysięcy sympatyków? To brzmi jak naprawdę duży ruch jak na tamte czasy. Jak to się stało, że skurczyli się do kilkudziesięciu tysięcy? Czy to była bezpośrednia konsekwencja ekskomuniki, czy raczej proces rozciągnięty w czasie?
Ciekawe że wspominasz wojnę, bo ja wcześniej nie myslałam o tym aspekcie. Czy mariawici mieli jakiś szczególny los podczas okupacji? Skoro byli odrębną wspólnotą, to czy Niemcy traktowali ich tak samo jak katolików, czy inaczej?
Wracając do pierwotnego pytania z tytułu wątku - bo trochę odeszliśmy od meritum - czy ktoś wie, czy mariawici w ogóle kiedykolwiek formalnie starali się o ponowne uznanie przez Rzym po śmierci Kozłowskiej? Ona umarła w 1921 roku, minęło ponad sto lat. Czy były jakieś próby odbudowania relacji?
Dziękuję za to rozróżnienie, bo ja przez cały wątek trochę mieszałam te dwie gałęzie - starokatolicką i felicjańską. Rozumiem, że to są właściwie dwa odrębne Kościoły z jednego korzenia? Czy one w ogóle utrzymują ze sobą jakieś relacje, czy są całkowicie rozdzielone?
To jest chyba najlepszy punkt, żeby wyjaśnić jak wygląda ta struktura, bo naprawdę łatwo się tu pogubić. Mamy jeden ruch mariawitów, który po śmierci Kozłowskiej i kilku wewnętrznych sporach rozdzielił się ostatecznie w latach dwudziestych XX wieku. Kościół Starokatolicki Mariawitów - bardziej konserwatywny, tylko kapłaństwo mężczyzn, siedziba w Łowiczu, należy do Unii Utrechckiej. Kościół Katolicki Mariawitów - bardziej otwarty, ordynacja kobiet od lat 1930-40, siedziba w Płocku, nie należy do Unii. To nie jest tak, że jedna jest 'prawdziwą' kontynuacją - obie uważają siebie za prawowite dziedzictwo Kozłowskiej, choć interpretują je inaczej.
To jest bardzo dobre pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Kozłowska chciała przede wszystkim maryjnej pobożności i duchowej odnowy kapłanów - to był rdzeń jej wizji. Starokatoliccy mariawici zachowali bardziej tradycyjną liturgię i strukturę, ale za cenę zależności od Utrechtu, który nigdy nie był jej częścią projektu. Felicjanie poszli w kierunku, którego ona sama pewnie by nie przewidziała - kapłaństwo kobiet to coś, co zupełnie nie pasuje do realiów jej epoki. Więc w pewnym sensie obie gałęzie zrealizowały tylko część jej wizji, a jednocześnie każda dodała do tego coś własnego.
Mnie bardziej zastanawia ten moment, kiedy ruch zaczął się dzielić wewnętrznie. To znaczy - skoro Kozłowska żyła do 1921, to czy widziała początki tego rozłamu za swojego życia? Czy miała na to jakiś wpływ, próbowała utrzymać jedność?
To co piszesz Aurelek o traceniu kontroli przez założyciela bardzo mi przypomina inne ruchy reformacyjne - właściwie Luter tez nie planował tego co się stało, protestancki świat poszedł w mnóstwo kierunków których on nie chciał. Kozłowska wydaje mi się postacią bardzo podobną - chciała odnowy, a nie schizmy. Czy ktoś wie, czy ona sama do końca uważała siebie za katoliczkę, czy zaakceptowała tą odrębność?
Zatrzymałam się na tym co Jaromir napisał o samoidentyfikacji. Właściwie to jest chyba klucz do całego problemu z uznaniem przez Rzym - jeśli sami uważali się za katolików, to Watykan musiał albo ich uznać jako grupę wewnątrz Kościoła, albo jednoznacznie z Kościoła wyrzucić. Nie było drogi środka. Czy jest coś wiadomo o tym, czy Kozłowska kiedykolwiek miała jakiś bezpośredni kontakt z Piusem X, który ostatecznie podpisał ekskomunikę?
Właściwie to teraz mam takie podstawowe pytanie, które mi chodzi po głowie od początku tego wątku - czym dokładnie są te 'objawienia' Kozłowskiej, o których wszyscy piszą? Czy to były wizje, głosy, coś innego? Bo jakoś to umknęło mi w dyskusji i chciałabym wiedzieć co konkretnie Rzym odrzucił.
No ale to brzmi jakby Rzym miał w zasadzie pretekst formalny, a nie merytoryczny. Bo jeśli treść objawień była taka - módlcie się za kapłanów, szanujcie Maryję - to gdzie tu herezja? Ja rozumiem odrzucenie kogoś kto głosi, że Jezus był tylko człowiekiem, ale to?
To co Petronelka pisze jest dla mnie kluczowe, bo to właśnie tego nie rozumiałam kiedy zaczynałam ten temat. Myślałam że chodzi o to, co Kozłowska głosiła, a okazuje się że chodziło o to jak to robiła i w jakiej strukturze. Ale to rodzi kolejne pytanie - czy mariawici dziś, po ponad stu latach, mają jakiś żal do Watykanu? Czy ten temat jest w ich wspólnocie żywy, czy raczej minął?
Nie znam odpowiedzi z pierwszej ręki, ale z tego co czytałem mariawici starokatoliccy są dziś raczej skupieni na własnej tożsamości niż na relacjach z Rzymem. To nie jest wspólnota, która czeka na rehabilitację - mają swoje seminarium w Płocku, swojego biskupa, swoje tradycje. Żal może istnieć na poziomie historycznej pamięci, ale raczej nie jako aktywne oczekiwanie. Felicjanie za to mają jeszcze bardziej odrębną ścieżkę, bo kwestia kapłaństwa kobiet całkowicie wyklucza ich z jakiegokolwiek dialogu z Watykanem na obecnych zasadach.
Kapłaństwo kobiet u felicjan - to jest chyba najbardziej nieznany aspekt całej tej historii, a przynajmniej dla mnie byl. Kiedy to dokładnie sie stało, że felicjanie to wprowadzili? I jak to wyglądało praktycznie - po prostu zaczęli święcić kobiety i tyle?
Bezprecedensowe to mało powiedziane, to był rok dwudziesty któryś w Polsce, kobiety dopiero dostały prawa wyborcze. Ciekawe jak na to reagowali wierni - czy część odeszła właśnie przez ten powód, czy to był raczej temat marginalny dla zwykłych ludzi chodzących do mariawickiej świątyni?
Wracając do tytułowego pytania o uznanie przez Rzym - mam wrażenie, że po tej całej rozmowie można powiedzieć, że mariawici nie uzyskali uznania nie z jednego powodu, ale z kilku, które się nawzajem wzmacniały. Płeć założycielki, niezatwierdzone objawienia, brak posłuszeństwa hierarchii, wzrost ruchu który zagrażał lokalnym parafiom, a do tego Pius X jako papież. Gdyby tylko jeden z tych czynników zaistniał, może dałoby się to rozwiązać inaczej?
Dziękuję Aurelek i Leokadii za to podsumowanie, bo naprawdę pomogło mi to poukładać w głowie. Ale mam jeszcze jedno pytanie, które mi chodzi po głowie - co teraz? Znaczy, mariawici są, mają swoją strukturę, seminarium w Płocku jak mówił Jaromir, ale jak to wygląda liczebnie? Czy to jest wciąż żywa wspólnota, czy raczej powoli zamiera?
Mariawici starokatoliccy liczą dziś według różnych szacunków od trzydziestu do pięćdziesięciu tysięcy wiernych, głównie na Mazowszu i w okolicach Płocka. Felicjanie - znacznie mniej, może kilka tysięcy. To nie są liczby, które robią wrażenie w skali kraju, ale jak na ruch po stu latach od ekskomuniki i bez żadnego wsparcia instytucjonalnego - to nie jest nic śmiesznego. Pytanie jest takie, czy dla nich samych liczy się liczba wiernych, czy coś innego.
Mnie zastanawia jedna rzecz w tym co Pustelnik pisze o Mazowszu - czy mariawityzm jest do dziś tak silnie regionalny? Bo jeśli tak, to jest to ciekawe zjawisko samo w sobie. Ruchy, które nie wychodzą poza swój region, zazwyczaj albo tam bardzo silnie zakorzeniają, albo powoli gasną wraz ze starzeniem się lokalnej społeczności.
To mnie ciekawi, bo inne małe kościoły w Polsce jednak próbowały sie rozszerzać, chociazby starokatolicy w ogóle. Czy mariawici świadomie zrezygnowali z misji, czy to sie po prostu tak stało historycznie? Bo to jest chyba duża różnica - wybór strategiczny albo efekt uboczny izolacji.
A jak wygląda mariawicka liturgia? Czy jest podobna do katolickiej, czy mocno się różni? Pytam, bo jeśli ktoś z zewnątrz wszedłby do mariawickiego kościoła, to by wiedział, że to nie jest katolicka msza, czy mógłby się w ogóle nie zorientować?
Zaraz zaraz, to znaczy że mariawici starokatoliccy mają do dziś starą łacińską mszę? To brzmi jak coś, za czym tęskni wielu tradycjonalistycznych katolików, którzy teraz chodzą na tzw. mszę trydencką. Czy ktokolwiek ze środowisk katolickich to zauważył i co o tym mówi?
To jest naprawdę dziwne - jeśli tyle ich łączy liturgicznie, to skąd ta wzajemna obojętność? Czy to jest kwestia tego, że mariawici są po prostu 'za mali' żeby się nimi interesować, czy jest coś więcej?
Wracając do felicjan i kapłaństwa kobiet - zastanawia mnie, jak to wygląda teraz, w 2024 roku. Czy kobiety kapłanki u felicjan to jest wciąż coś żywego, czy to zostało z czasem ograniczone albo porzucone pod wpływem nacisków zewnętrznych?
Felicjanie wciąż ordynują kobiety, to nie zostało porzucone. Co więcej, mają od dawna kobiety biskupów, co jest absolutnym unikatem w polskim krajobrazie religijnym. Skala jest mała, ale to jest żywa praktyka, nie historyczny relikt. Znajdowanie informacji o nich faktycznie jest trudne, bo nie są aktywni medialnie.
