To co opisujesz z Garveym to wzorzec bardzo dobrze znany z historii religii - postać, która staje się elementem cudzego systemu wbrew własnej woli czy intencji. Orygenes nie chciał być patronem herezji, ale wiele gnostyckich odłamów się na nim opierało. Jan Chrzciciel w chrześcijaństwie też jest przykładem kogoś, kto jego własna tradycja - czyli judaizm - nie uznaje za to, czym go uczynili inni. Garvey w tym towarzystwie pasuje idealnie.
Ale to rodzi pytanie które mnie trapi od początku wątku - na ile kolonializm był warunkiem koniecznym dla powstania rastafari? Znaczy, czy bez tego konkretnego rodzaju upokorzenia, bez Jamajki, bez dziedzictwa niewolnictwa, taka wiara w ogóle mogłaby się narodzić? Czy to jest religia możliwa tylko w określonym kontekście cierpienia?
To znaczy że rastafari jest jedną z niewielu religii, gdzie założycielska trauma jest historycznie udokumentowana i weryfikowalna? Niewolnictwo, plantacje, to wszystko jest w archiwach. Inne religie mają mity założycielskie sprzed tysięcy lat, których nie można sprawdzić. Tutaj jest 150 lat wstecz.
Historyczna bliskość działa w obie strony. Z jednej strony autentyczność cierpienia jest niepodważalna i to daje moralną siłę. Z drugiej - szczegóły Selassiego jako władcy są dostępne, a był to człowiek, który rządził autokratycznie i tolerował głód w Etiopii w 1972 roku. Dlatego pytanie o to jak wierni radzą sobie z historią cesarza jako człowieka jest naprawdę trudne teologicznie.
Rastas mają kilka odpowiedzi na to. Po pierwsze, rozróżnienie między Selassim-człowiekiem a JAH-duchem - tak jak katolicyzm oddziela ludzką naturę Chrystusa od boskiej. Po drugie, część mansji mówi że głód był wynikiem Babilonu, imperializmu i ingerencji zewnętrznych, a nie winy cesarza. Po trzecie, Nyahbinghi kładzie nacisk na to, że JAH objawił się przez Selassiego, ale nie jest z nim tożsamy w sposób dosłowny. To jest subtelne, ale pozwala zachować spójność.
To rozróżnienie między nośnikiem boskiego objawienia a samym objawieniem jest klasycznym rozwiązaniem teologicznym - chalcedoński spór o naturę Chrystusa toczył się przez wieki właśnie dlatego, że relacja między tym co ludzkie a tym co boskie w jednej postaci jest filozoficznie bardzo śliska. Rastas doszli do podobnych napięć dużo szybciej i bez soboru.
Mam pytanie bardziej praktyczne - jak wygląda kwestia Etiopii we współczesnym rastafari? Znaczy, część wyznawców emigrowała do Etiopii, Shashamane to taka kolonia rastafarian. Jak ich przyjęli Etiopczycy? Bo wyobrażam sobie że to może być dziwne - przyjeżdżają ludzie z Jamajki i mówią że twój cesarz, którego twój kraj obalił, jest bogiem.
To brzmi naprawde smutno. Uciekają od jednego Babilonu i trafiają w zawieszenie w samej Etiopii? Nie dostają obywatelstwa bo są rastafarianami czy po prostu dlatego że są imigrantami z jamajki?
Ale chwila, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Etiopskie prawosławie istnieje od IV wieku, ma własną teologię, własną tradycję Salomonidów, i w ogóle nie potrzebuje żadnego Selassiego jako boga. To dla nich musiał być absurd od samego początku - że ktoś z zewnątrz ogłasza ich cesarza bogiem?
Dokładnie i co więcej, Etiopski Kościół Ortodoksyjny ekskomunikował Selassiego po jego obaleniu, albo przynajmniej oficjalnie dystansował się od jego kultu. Sam cesarz za życia wielokrotnie prosił rastafarian, żeby nie czcili go jako boga. Jest kilka dobrze udokumentowanych spotkań, szczególnie podczas jego wizyty na Jamajce w 1966 roku, gdzie był podobno poruszony do łez widokiem tłumów, ale też wyraźnie niekomfortowy z boskim statusem jaki mu przypisywano.
Poczekaj, on był na Jamajce?? I co się stało, jak się spotkał z tymi ludźmi co w niego wierzą jak w boga? To musiało byc niesamowite albo bardzo nieznośne dla obydwu stron.
ta wizyta w 1966 to jest chyba jeden z najbardziej surrealistycznych momentów w historii religii XX wieku. Czy masz jakieś szczegóły? Bo wyobrażam sobie że nie było protokołu dyplomatycznego na taki scenariusz.
Ta historia ze stygmatami Very jest klasycznym mechanizmem tworzenia legendy hagiograficznej - widzisz to co chcesz zobaczyć, w kontekście ogromnego emocjonalnego napięcia. Nie mówię że to nieprawda z jej perspektywy, ale z perspektywy historii religii to idealny przykład jak sacrum jest konstruowane przez doświadczenie zbiorowe, nie przez zewnętrzny dowód.
Ale czy to w ogóle ważne czy stygmaty były 'prawdziwe'? W sensie, dla historii tej religii liczy się chyba że Rita w to wierzyła i że ta wiara się rozniosła, prawda? Efekt był realny niezależnie od tego co dosłownie zobaczyła.
Wracając do pytania o kolonializm jako warunek konieczny - myślę że precyzyjniej byłoby powiedzieć: bez doświadczenia środkowego przejścia i plantacyjnego niewolnictwa nie byłoby tego konkretnego kodu kulturowego, który sprawił że Babilon brzmiał jak oczywista metafora. Jamaicans nie musieli tłumaczyć sobie dlaczego Babilon to ucisk - to było coś co czuli fizycznie przez pokolenia.
Ale ta repatriacja w praktyce okazała się niemożliwa, co pokazuje historia Shashamane. Jak ruch radzi sobie z tym że projekt dosłownego powrotu do Afryki się nie powiódł? Czy to nie podważa wiary?
Część mansji przeformułowała Zion jako stan wewnętrzny, podobnie jak mistycyzm suficki przeformułował raj jako doświadczenie tu i teraz. Inne, jak Nyahbinghi, nadal trzymają się dosłownego znaczenia i czekają na właściwy czas. To jest wewnętrzne napięcie w ruchu, które trwa do dziś. Ciekawe że ta sama dynamika była w syjonizmie żydowskim - przez wieki Jerozolima była metaforą, potem nagle projekt dosłowny, i też z ogromnymi komplikacjami.
Ta analogia do syjonizmu jest bardzo celna i trochę niepokojąca. Żydowski powrót do Izraela też zderzył się z tym że ziemia była zamieszkana przez kogoś innego. Czy w Shashamane był podobny problem - Etiopczycy na tej ziemi wcześniej?
Ile osób mieszka teraz w tym Shashamane w ogóle? Bo ciągle mam w głowie obraz jakiejś dużej społeczności a może to jest bardziej symboliczne miejsce niż realna kolonia?
Liczby są różne w różnych źródłach, od kilkuset do może dwóch tysięcy w zależności kogo liczymy jako stałego mieszkańca. Ale symboliczne znaczenie jest nieproporcjonalnie duże do faktycznej liczebności - podobnie jak Qumran było małą pustynną wspólnotą a jej znaczenie dla judaizmu i chrześcijaństwa okazało się ogromne. Nie liczba mieszkańców decyduje o wadze miejsca w teologii.
Wróćmy może na chwilę do początków, bo mam wrażenie że gubimy jeden wątek - jak rastafari organizuje się teologicznie bez centralnej instytucji? Nie ma papieża, nie ma synodu, mansjie się różnią od siebie. Co trzyma to w całości jako jedną religię?
Muzyka jako spoiwo teologiczne zamiast instytucji - to jest naprawdę oryginalne. Czy to znaczy że rastafari jest bardziej podobne do tradycji oralnych, szamańskich, niż do religii tekstowych? Bo te pierwsze też nie miały centralnych instytucji a trwały przez wieki przez pieśń i opowieść.
Wczesny islam przed skodyfikowaniem prawa koranicznego? Pierwsze wspólnoty chrześcijańskie przed soborami? W sumie większość wielkich religii przeszła przez ten etap - tyle że rastafari trwa w nim celowo, bo instytucja byłaby zdradą idei. Babilon to też biurokracja religijna, nie tylko polityczna. Mam wrażenie że to jest świadoma teologia antyinstytucjonalna, a nie tylko brak organizacji.
