Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu mieszamy dwie rzeczy. Jedno to witowizm jako praktyka duchowa, drugie to ideologia, która może mu towarzyszyć lub nie. W rytualnym wymiarze - ogień, bóstwa, czas roku - można robić to bez żadnej narracji 'wyższościowej'. Ideologia jest nakładką, którą dodają konkretni ludzie, a nie coś nieodłącznego od samej praktyki.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale czytam to wszystko i zastanawiam się nad czymś praktycznym. Jeśli ktoś chce po prostu zacząć czcić słowiańskie bóstwa - niekoniecznie w grupie, samodzielnie - to od czego powinien zacząć? Czy są jakieś teksty, praktyki, które mają choć trochę pewniejszą podstawę niż te, o których tu mówicie?
Bariera wejścia to dobre pytanie, bo w praktyce różnie bywa. Widziałem grupy, które witają każdego i mówią 'zrób cokolwiek, bóstwa same cię poprowadzą', i widziałem grupy bardzo zamknięte, gdzie bez roku nauki nie dosięgniesz żadnego rytuału. Ciekawe jest to, że obie postawy uzasadniają się tym samym - 'tak byłoby dawniej'.
to co opisujesz - świeca, cisza, jakieś poczucie kontaktu - to brzmi bardziej jak doświadczenie niż doktryna. I teraz pytanie, które mam do wszystkich dyskutujących: czy witowizm w ogóle potrzebuje doktryny, żeby być czymś realnym? Bo może problem z tą barierą wejścia wynika właśnie z tego, że próbuje się go zinstytucjonalizować za wcześnie.
To co pisze Czarnobog57 jest ważne, ale ja bym tu rzucił inne pytanie. Czy ciągłość tradycji jest warunkiem koniecznym? Shinto przez wieki zmieniało się radykalnie - raz było blisko buddyzmu, raz od niego odrywane siłą dekretu. Ciągłość jest często konstruktem narracyjnym, który buduje się wstecz. Może witowizm nie potrzebuje udawać że jej ma.
Ale czy to naprawdę kłamstwo? Sama obserwuję że w wielu rzeczach duchowych - nie tylko w pogaństwie - ludzie mówią 'starożytna tradycja' mając na myśli raczej coś w rodzaju 'zakorzeniona w czymś większym niż ja'. To może być metafora, nie historyczny fakt. Tylko że nikt tego nie mówi wprost i stąd te nieporozumienia.
