Chciałam otworzyć temat, który mnie ostatnio bardzo nurtuje. Czytałam o tym, że w katolicyzmie kobiety nie mogą być wyświęcone na kapłanki, w islamie imam musi być mężczyzną, w tradycyjnym judaizmie rabin też - i zastanawiam się, czy to wynika z samych tekstów źródłowych, czy z późniejszych interpretacji mężczyzn, którzy te teksty tłumaczyli? Bo to robi dużą różnicę. Czy ktoś to głębiej badał?
Pytanie słuszne, ale trzeba by tu rozdzielić kilka spraw, bo inaczej to się kręcimy w kółko. Bo zakaz wyświęcania kobiet w katolicyzmie to jedno - Kościół powołuje się na tradycję apostolską i twierdzenie, że Jezus wybrał wyłącznie mężczyzn na apostołów. Ale już na przykład w pierwszych wiekach chrześcijaństwa były diakonisy, i to jest historyczny fakt, nie spekulacja. Więc pytanie, czy to 'tradycja od zawsze', czy 'tradycja od pewnego momentu' - jest bardzo otwarte.
Mnie bardziej ciekawi ta sama kwestia w judaizmie, bo tam jest zupełnie inna dynamika. Judaizm reformowany wyświęca kobiety od lat 70., konserwatywny od 80., a ortodoksyjny kategorycznie nie. I co jest interesujące - ortodoksi nie twierdzą, że kobieta jest mniej wartościowa, tylko że ma inną funkcję rytualną. Ale jak patrzę na to z zewnątrz, to ta 'inna funkcja' zawsze okazuje się funkcją niewidoczną i wykluczoną z władzy nad tekstem. Przypadek?
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie, bo nie znam się aż tak na tym - a co z islamem? Tam chyba jest jeszcze bardziej jednoznacznie? Czy w ogóle istnieje jakiś odłam muzułmański, gdzie kobieta może prowadzić modlitwę?
Dokładnie tak - to zjawisko wyrosło dość autonomicznie, w izolacji od centrów arabskich. Żeńskie meczety w prowincji Henan mają podobno kilkusetletnią tradycję. Kobiety-ahong nauczają kobiet, prowadzą pogrzeby dla kobiet, interpretują tekst. To taki islam, który rozwinął się trochę po swojemu w specyficznych warunkach społecznych. Nie twierdzę, że to jedyna słuszna forma, ale pokazuje, że 'zawsze tak było' to nie zawsze prawda.
Słucham tego i myślę sobie, że z perspektywy tradycji pogańskich i przedchrześcijańskich to wygląda zupełnie inaczej. W kapłaństwie Westy w Rzymie kobiety miały wysoką pozycję rytualną, druidzki mieć kapłanki, w tradycjach słowiańskich wiedźmy i wołchwinie pełniły funkcje religijne. I te systemy nie były wyjątkami - były normą przez tysiące lat. To właśnie patriarchalne religie abrahamiczne są historyczną nowością, a nie odwrotnie.
A co z szamanizmem? Czytałem gdzieś, że w wielu kulturach syberyjskich kobiety-szamanki były uważane za silniejsze od mężczyzn, bo łączyły świat żywych i umarłych przez doświadczenie rodzenia. Czy ktoś wie, czy to prawda, czy mit?
Notuję sobie ten wątek, bo to ciekawe. Wróćmy może na chwilę do chrześcijaństwa, bo jest tam jeszcze kwestia Kościołów wschodnich. W prawosławiu kobiety nie mogą być kapłankami, ale zakony żeńskie miały historycznie dość dużą autonomię, igumenie były postaciami z realną władzą duchową. Z kolei w niektórych Kościołach protestanckich ordynacja kobiet jest od dawna normą - luteranie szwedzcy mają kobiety-biskupki od lat 90. Czy to znaczy, że problem jest specyficzny dla tych tradycji, które mają silny centralizm dogmatyczny?
Chcę wrócić do tego, co Kunisia powiedziała wcześniej o igumieniach - bo to jest coś, co często umyka w tej dyskusji. Autorytetu rytualnego nie mierzono wyłącznie wyświęceniem. Igumenia dużego monasteru miała władzę duszpasterską nad setkami mniszek, decydowała o liturgii wewnętrznej, pośredniczyła w kontaktach ze światem. To nie było kapłaństwo, ale czy na pewno było tylko 'pomocnicze'?
Wracając do pytania Glogowej o islam - bo myślę, że sprawa żeńskich meczetów w Chinach jest kluczem do czegoś ważniejszego. To pokazuje, że 'islam' nie jest jednorodny w tej kwestii tak jak się często zakłada. Są lokalne tradycje, które przez wieki rozwijały się bez nadzoru arabskiego centrum. I tam kobieta-ahong to po prostu fakt religijny, nie kontrowersja. Pytanie jest takie - czy arabski mainstream miał prawo retroaktywnie 'korygować' te tradycje?
Powiem szczerze, że ta rozmowa otworzyła mi oczy na kilka rzeczy, których zupełnie nie brałam pod uwagę zaczynając ten temat. Ale mam pytanie do Izoldki i Sprawiedliwej - czy istnieje jakiś moment w historii, powiedzmy katolicyzmu albo prawosławia, kiedy kobiety faktycznie były blisko przełamania tej granicy kapłańskiej? Jakiś okres, ruch, postać? Czy to zawsze był tak szczelny zakaz?
To dobre pytanie i nie ma prostej odpowiedzi. Montanizm w II wieku - ruch prorocki - dopuszczał kobiety do przepowiadania i funkcji liturgicznych, dlatego między innymi został uznany za herezję. Katarzy w średniowieczu mieli perfectae, kobiety pełniące funkcje duchowe równoległe do mężczyzn. Kwakrzy od samego początku dopuszczali kobiety do głoszenia. Każdy z tych przypadków jest interesujący, bo orthodoksja reagowała na nich nieprzypadkowo - tępiła właśnie tam, gdzie kobiety zaczęły mieć głos.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to co Sprawiedliwa napisała o redefiniowaniu sacrum - to chyba klucz do całej tej dyskusji? Że ten, kto definiuje, co jest prawdziwym kontaktem z bóstwem, wyklucza inne definicje? Bo w szamanizmie syberyjskim nikt nie siedział i nie decydował, że trans kobiety jest mniej autentyczny.
Ale to rodzi pytanie w drugą stronę - czy brak instytucji to zawsze lepsza sytuacja dla kobiet? Bo w tradycjach bez pisanego prawa, bez struktury, kobieta-szamanka może być akceptowana, ale może też być 'przegoniona' przez lokalną społeczność bez żadnej drogi odwołania. Instytucja to zamrożenie, ale też pewna przewidywalność. Czy ktoś ma zdanie w tej kwestii?
I tu właśnie jest ten moment, kiedy widać, że argument teologiczny jest post factum konstruowany, żeby uzasadnić wcześniejszą praktykę kulturową. Gdyby Jezus był kobietą - co w gnostyckiej tradycji Sofii ma swoje echa - to pewnie teraz dyskutowałoby się, czy mężczyzna może reprezentować kobiecą boskość. Argument zawsze można uformować tak, żeby pasował do wyniku, który chcesz osiągnąć.
Ciekawe, że wspomniałaś Sofię - bo w niektórych nurtach gnostyckich i w prawosławnej tradycji sofianicznej pojawia się wyraźnie żeński aspekt boskości. I jakoś nie przełożyło się to nigdzie na formalne dopuszczenie kobiet do kapłaństwa. Jakby żeńska boskość mogła być adorowana, ale nie wcielona w rzeczywistą kobietę z władzą rytualną. To jest dla mnie jeden z bardziej uderzających paradoksów tej całej historii.
A ja się zastanawiam, czy ta sama mechanika nie działa w katolicyzmie z kultem Maryi? Im bardziej rozbudowany kult Matki Bożej - Wniebowzięcie, Niepokalane Poczęcie, pośrednictwo - tym silniejszy argument, że kobiecość jest w Kościele wywyższona. I tym łatwiej zamknąć drzwi do kwestii wyświęcania. Jakby oddanie czci niebiańskiej kobiecie miało zastępować realne prawa ziemskich kobiet.
Sofianizm Bułgakowa - to akurat znam i to jest naprawdę ciekawy przypadek, bo on sam nie był żadnym rewolucjonistą, był bardzo głęboko ortodoksyjny. I właśnie dlatego jego potępienie jest wymowne. Nie potępiono radykała, ale kogoś w samym centrum tradycji. Czy to nie sugeruje, że hierarchia prawosławna była świadoma, dokąd sofianizm mógłby doprowadzić i wyprzedzająco to zamknęła?
To co mówicie o Bułgakowie i sofianizmie jest dla mnie nowe i trochę mi głowa krąży, ale chcę wrócić do czegoś, co Sprawiedliwa wcześniej powiedziała o argumencie 'ikony Chrystusa' w katolicyzmie. Bo tu mam pytanie, które mnie gryzie od dłuższego czasu - czy ktokolwiek w oficjalnej debacie katolickiej próbował argumentować, że argument z 'bycia Żydem' jest równie ważny jak argument z płci, i co się z tym stało?
To jest jeden z tych argumentów, które teologowie feministyczni faktycznie stawiają, i odpowiedź oficjalna jest naprawdę kręta. Mówi się, że 'bycie Żydem' to akcydent historyczny, a bycie mężczyzną to coś istotnego dla kapłaństwa. Tylko że to wymaga udowodnienia, dlaczego jedno jest istotne a drugie nie - i tego dowodu nigdy nie ma. Zakłada się to, co trzeba dopiero uzasadnić.
Przepraszam, może głupie pytanie, ale - czy ktoś w Kościele katolickim oficjalnie próbował zamknąć tę dyskusję raz na zawsze? Bo pamiętam, że był jakiś dokument...
To właśnie jest ta rzecz, o której mówiłam wcześniej - mechanizm zamykania debaty przez podwyższanie rangi dokumentu. Nie 'przekonaliśmy was argumentami', tylko 'od teraz to jest dogmat'. I teologowie, którzy próbują dyskutować, ryzykują posądzenie o herezję, nie błąd w rozumowaniu. Czy ktoś zna przypadki teologów, którym faktycznie grożono za kontynuowanie tej dyskusji po 1994?
Napiętnowanie bez formalnego potępienia to coś, co znam z zupełnie innych kontekstów - w środowiskach okultystycznych działa dokładnie tak samo. Ktoś jest 'wiadomo kim' i nikt formalnie nic nie mówi, ale i tak jest marginalizowany. Zastanawiam się, czy to jest w ogóle świadoma strategia czy po prostu naturalne zachowanie każdej instytucji, która chce zachować status quo.
To jest serce sprawy i myślę, że to jest właśnie odpowiedź na pytanie, które Orakliaa postawiła na początku tego tematu. Kobiety są poza kapłaństwem nie dlatego, że tekst mówi 'nie', ale dlatego, że przez wieki to mężczyźni decydowali, co tekst mówi. Zmiana w kapłaństwie wymagałaby najpierw zmiany w tym, kto interpretuje - a to jest koło, z którego w ramach systemu bardzo trudno wyjść.
Tak, są. Katarki w XII-XIII wieku we Francji miały kobiety-perfectae, które nauczały, spowiadały i przewodniczyły rytualowi consolamentum na równi z mężczyznami. I co się potem stało, wszyscy wiemy - krucjata albigenska, Inkwizycja, fizyczne wyniszczenie ruchu. Trudno powiedzieć, czy zniszczono ich za teologię, za politykę, czy właśnie za ten model. Prawdopodobnie wszystko naraz.
Ale czy katarki to jedyny przykład? Bo mam wrażenie, że Izoldka i Sprawiedliwa skupiają się na średniowieczu zachodnim, a przecież wczesnochrześcijańskie gminy - o których wcześniej tu mówiono - też miały kobiety w rolach przywódczych. Mam na myśli Pryscyllę, Fiebe, Marię Magdalenę jako apostołkę apostołów. To jest dla mnie równie ważny przykład, bo jest bliżej centrum tej tradycji, która potem kobiety wykluczyła.
Powiem coś trochę z boku - kiedy patrzę na to z perspektywy historii religii, to mam wrażenie, że każda tradycja ma jakiś 'złoty wiek' kobiecego przywództwa, do którego można się odwołać. Wczesnochrześcijańskie prorokinie, katarki, wedyjskie poetki-risziki, szamanki syberyjskie. I w każdej z tych tradycji ten złoty wiek jest albo wymazany, albo odpowiednio zdrobniały. Czy to jest przypadek?
