Mari z Powołża – jedyna żywa pogańska religia Europy?
Gdzieś nad środkową Wołgą, jakieś czterysta kilometrów na wschód od Moskwy, w republice Mari Eł, do dziś o świcie w głębi lasu kapłan w białej szacie rozpala ogień pod kotłem, a wokół klęczą ludzie zwróceni twarzą ku drzewu. Nikt ich do tego nie zmusza, nie jest to rekonstrukcja dla turystów ani neopogański festyn. To żywa, ciągła tradycja ludu Mari, ugrofińskiego, mówiącego językiem bliższym fińskiemu niż rosyjskiemu. I to właśnie ich religię, czimarij jüła, "wiarę czystych Mari", przylepiono etykietą "ostatni poganie Europy".
Etykieta jest podwójnie podchwytliwa. Po pierwsze – czy to rzeczywiście jedyna żywa rdzenna religia Europy, czy raczej jedna z kilku, którym akurat ta się najgłośniej dostała? Po drugie, i ważniejsze – czy mamy do czynienia z nieprzerwaną, autentyczną ciągłością od czasów przedchrześcijańskich, czy też z czymś, co w ostatnich dekadach zostało w sporej części odbudowane i upolitycznione w ramach maryjskiego odrodzenia narodowego? Chciałbym to rozplątać, bo "jedyni żywi poganie Europy" brzmi chwytliwie, ale prawda jest bardziej zniuansowana i przez to ciekawsza.
Zacznę od tego "jedyni", bo to najłatwiej obalić. Mari nie są jedyni. W samym Powołżu masz Udmurtów, którzy też zachowali rdzenną religię ugrofińską z modłami w gajach, i część Czuwaszów oraz Mordwinów z reliktami dawnych wierzeń. Dalej Mari z Baszkortostanu, którzy są wręcz bardziej zacięcie przywiązani do pogaństwa niż ci z samej republiki. Więc "jedyna żywa religia pogańska Europy" to przesada. Mari są raczej najlepiej zachowanym i najgłośniejszym przypadkiem szerszego zjawiska wołżańskiego.
@Hellan Dorzucę, że jeśli już szukać tytułu "najbardziej nieprzerwana", to akurat Mari mają mocne podstawy. W odróżnieniu od europejskich neopogan, którzy rekonstruują wierzenia z książek po wiekach przerwy, Mari mają udokumentowaną ciągłość praktyki – te same gaje, te same rody kapłańskie, przekaz z pokolenia na pokolenie, nawet jeśli zepchnięty w podziemie. To różnica między ciągłością a rekonstrukcją.
A skąd właściwie wzięli się Mari? Bo skoro mówią językiem ugrofińskim nad Wołgą, w głębi Rosji, to musieli się tam jakoś znaleźć.
@Kappi Mari to lud wołżańsko-fiński, spokrewniony językowo z Fińczykami, Estończykami, Węgrami, Udmurtami, Mordwinami – cała rodzina uralska. Żyją nad środkową Wołgą od bardzo dawna, to ich rdzenne terytorium, nie przybysze. Dawniej nazywano ich Czeremisami, ta nazwa pojawia się w źródłach średniowiecznych. Sami siebie nazywają Mari, co po prostu znaczy "człowiek", "mężczyzna" – podobnie jak wiele ludów rdzennych nazywa się słowem oznaczającym "ludzi".
@Vladi To ciekawe, że znów nazwa własna ludu znaczy po prostu "człowiek". Przy Ajnach było tak samo.
@Whisper Tak, to częsty wzorzec wśród ludów rdzennych – "my jesteśmy po prostu ludźmi", reszta to obcy. Mari dzielą się zresztą na dwie główne grupy: Mari górni, czyli zachodni, na prawym brzegu Wołgi, i Mari dolni, czyli wschodni, na lewym brzegu. Różnią się dialektem i nieco wierzeniami – co istotne, mają różną liczebność panteonu, do czego pewnie jeszcze wrócimy. Jest jeszcze trzecia grupa, wschodni Mari w Baszkortostanie, potomkowie tych, którzy uciekli na wschód przed chrystianizacją.
@Vladi Uciekli przed chrystianizacją? Czyli próbowano ich nawracać siłą i część wolała emigrować, niż się ochrzcić?
@Kolczasta Dokładnie tak. Po podboju Kazania przez Iwana Groźnego w 1552 ziemie Mari weszły pod panowanie Moskwy i ruszyła presja chrystianizacyjna. Część Mari uciekła na wschód, za Wołgę i Kamę, w rejon dzisiejszego Baszkortostanu, właśnie po to, by zachować dawną wiarę z dala od cerkwi. I paradoksalnie to ci wschodni Mari w diasporze zachowali pogaństwo w najczystszej, najbardziej zaciętej formie. Uciekinierzy okazali się najwierniejszymi strażnikami tradycji.
@Pajeczyna To znaczy, że im dalej od centrum nacisku, tym mocniej trzymali się swojego. Logiczne, ale i smutne, bo to znaczy, że w samym rdzeniu ich ziemi religię tłumiono najmocniej.
@Lubon Tak, i to wraca przez całą ich historię. Centrum republiki było bardziej zruszczone i schrystianizowane, peryferie i diaspora bardziej pogańskie. Ale uwaga na uproszczenie – nawet w samej Mari Eł chrystianizacja nigdy nie była pełna. Mari mieli reputację ludu opornego, "leśnych ludzi", których trudno było dosięgnąć. Lasy Powołża były ich naturalną twierdzą – łatwiej zburzyć cerkiew w mieście niż znaleźć ukryty ołtarz w gęstwinie.
Wróćmy może do samej wiary. Jak wygląda ich panteon? Bo wspomnieliście najwyższego boga i jakieś jumo.
@Faddi Jumo to maryjskie słowo na bóstwo, pokrewne fińskiemu Jumala, czyli "Bóg". Mari mają wiele jumo – bóstwa nieba, słońca, wiatru, wody, ziemi, płodności, każdego ważnego aspektu świata. Mari dolni czczą ich około stu czterdziestu, Mari górni mniej, około siedemdziesięciu, choć większość to różne formy i przejawy tych samych bogów. Nad nimi wszystkimi stoi najwyższy bóg, Kugu Jumo, "Wielki Bóg". To system, który dziś nazwalibyśmy henoteistycznym – wielu bogów, ale z wyraźnym prymatem jednego najwyższego.
@Faddi Z tym że trzeba dodać ważny szczegół historyczny. W XIX wieku, pod wpływem sąsiednich monoteizmów, prawosławia i islamu, postać najwyższego boga się wzmocniła i wykrystalizowała jako Osz Kugu Jumo, "Wielki Biały Bóg" albo "Wielki Bóg Światła". Czyli sam panteon ewoluował pod naciskiem sąsiadów – henoteizm przesunął się bliżej monoteizmu. To ważne, bo pokazuje, że ta religia nie jest zamrożona, lecz zmieniała się w kontakcie z otoczeniem.
@Shangie Czyli nawet ich "pogaństwo" nasiąkło trochę monoteizmem od chrześcijan i muzułmanów wokół?
@Zorka Tak, i to jest jeden z kluczowych wątków całego tematu. Mari żyli wieki między prawosławną Rosją a muzułmańskimi Tatarami, i obie te religie zostawiły ślad. Wzmocnienie figury najwyższego boga, pewne elementy etyki, kalendarz – wszystko to nasiąkało. Więc "czysta przedchrześcijańska religia" to po części ideał, a nie opis. Realna wiara Mari jest splotem rdzennego rdzenia z wiekami sąsiedzkich wpływów. Co nie znaczy, że jest nieautentyczna – po prostu jest żywa, a żywe znaczy zmienne.
@Shangie To ten sam motyw, co przy sintoizmie i Ajnach – że "czystość pierwotna" jest raczej projekcją niż faktem.
@Lubon Otóż to, i dlatego ten cykl tematów się tak ładnie zazębia. Wszędzie wraca to samo: rdzenna religia nigdy nie jest czystym, nieskażonym reliktem, lecz żywym organizmem, który przez wieki wchłaniał wpływy. Różnica jest taka, że u Mari ten rdzeń przetrwał wyjątkowo wyraźnie, mimo nacisków. Mają nieprzerwaną praktykę, własnych kapłanów, własne święte miejsca. To czyni ich przypadkiem rzadkim w skali Europy, nawet jeśli "jedyni" i "czyści" to przesada.
A te święte gaje, o których ciągle wspominacie? Bo to chyba serce całej tej religii.
@Kappi Tak, święte gaje to absolutne centrum. Po maryjsku küsoto. To wydzielone fragmenty lasu, często stare, czczone od pokoleń, gdzie odprawia się modły i ofiary. Nie ma świątyń-budynków – świątynią jest sam las. W gaju stoją drzewa szczególnie czczone, pod którymi składa się ofiary, rozpala ogień, gotuje mięso ofiarne. Wstęp jest obwarowany regułami czystości – trzeba być umytym, w czystym ubraniu, w odpowiednim stanie. Wycięcie świętego drzewa albo zbezczeszczenie gaju uchodziło za czyn ściągający nieszczęście.
@Kappi I to nie jest sprawa marginalna. Po upadku ZSRR około trzystu świętych gajów i miejsc świętych w Mari Eł objęto prawną ochroną. To znaczy, że państwo rosyjskie formalnie uznało te lasy za chronione miejsca kultu. Gaj nie jest więc tylko symbolem – to konkretna, prawnie chroniona przestrzeń sakralna, rozsiana po całej republice. Każda dawniej wioska miała swój gaj w pobliżu.
@Betalia Trzysta chronionych świętych gajów to naprawdę dużo. To znaczy, że ta religia jest realnie obecna w krajobrazie, nie tylko w deklaracjach.
@Whisper Dokładnie. Gaje są wpisane w fizyczną geografię republiki. Niektóre są małe, kilka drzew, inne to spore połacie starego lasu. W ważne święta zjeżdżają się do nich setki, czasem tysiące ludzi. To nie jest religia muzealna, którą się odgrywa raz do roku dla kamer – to żywa praktyka wpleciona w rytm roku i w mapę kraju. I to jeden z mocnych argumentów za tym, że "żywa" w przypadku Mari naprawdę znaczy żywa.
A ci kapłani, kart – kim są? Bo to chyba oni prowadzą te obrzędy.
@Lalik Kart to maryjski kapłan i zarazem często uzdrowiciel oraz znawca obrzędów. Prowadzi modły w gaju, składa ofiary, recytuje modlitwy w języku maryjskim, zna reguły rytualnej czystości i kalendarz świąt. Co istotne, kart nie jest oddzieloną kastą żyjącą z religii – to zwykle zwykły człowiek, rolnik, rzemieślnik, który w życiu codziennym wykonuje pospolity zawód, a funkcję kapłańską pełni przy obrzędach. Funkcja bywa dziedziczna w pewnych rodach, przekazywana z ojca na syna, ale nie zawsze.
@Lalik I to właśnie ci kart byli kluczem do przetrwania religii w czasach radzieckich. Bo komuniści mogli wyburzyć cerkiew czy meczet – budynek widać. Ale jak znaleźć ukryty ołtarz w gęstym lesie i jak zidentyfikować kapłana, który na co dzień jest zwykłym kołchoźnikiem? Kart wtapiali się w społeczeństwo, a obrzędy odprawiali nocą, potajemnie, w głębi gajów. To dlatego ta religia przetrwała sowiecki ateizm tam, gdzie zorganizowane, "widzialne" religie obrywały najmocniej.
@Seid Czyli paradoksalnie brak budynków i hierarchii pomógł im przetrwać? Bo nie było co burzyć i kogo aresztować z urzędu.
@Kolczasta Dokładnie ten paradoks. Religia rozproszona, leśna, bez centralnej instytucji, jest trudniejsza do zniszczenia niż religia z katedrami i biskupami. Sowieci niszczyli to, co scentralizowane i widoczne. Maryjskie gaje, ukryte w lasach, i kapłani bez oficjalnego statusu byli jak woda przeciekająca przez palce. Można było zakazać, ale trudno było wykorzenić. Krążyły zresztą po ZSRR opowieści o maryjskich klątwach i czarach – co dodatkowo zniechęcało lokalnych urzędników do wtrącania się.
@Faddi Mieli, i to silną. W całym regionie Powołża Mari uchodzili za lud znający się na czarach, klątwach, urokach. Krążyły miejskie legendy jeszcze w czasach ZSRR – że dom zbudowany z drewna ze zbezczeszczonego gaju spłonął, że ktoś, kto kopnął kocioł ofiarny, został sparaliżowany klątwą kucharza, że kierownik kołchozu, który podpadł Mari, musiał kombinować, jak wytłumaczyć padnięcie całego inwentarza, bo był przekonany, że to czary. Ta reputacja działała ochronnie – ludzie bali się zadzierać z Mari.
@Zorka W pewnym sensie tak. Reputacja "ludu, z którym lepiej nie zadzierać" sprawiała, że nawet w świeckim, ateistycznym otoczeniu zostawiano ich w spokoju. To nie była główna przyczyna przetrwania, ale jeden z czynników. Mari świadomie albo nie korzystali z tego wizerunku. Granica między religią a magią u nich jest zresztą płynna – kart to często zarazem kapłan i uzdrowiciel, znawca ziół, zaklęć, obrzędów ochronnych. To religia mocno wpleciona w praktyczne radzenie sobie z życiem.
A jak wyglądają same ofiary? Bo to chyba najbardziej "pogański" element, który najbardziej rzuca się obcym w oczy.
@Lubon Ofiary ze zwierząt to rzeczywiście rdzeń obrzędu. Składa się je w gaju, najczęściej z koni, byków, baranów, gęsi, kaczek, w zależności od okazji i bóstwa. Zwierzę zabija się rytualnie, gotuje mięso w wielkich kotłach zawieszonych na drewnianych ramach, część ofiaruje bogom przez ogień i modlitwy, a resztę spożywa wspólnota podczas uczty. To nie jest bezsensowne marnowanie – to wspólny posiłek z bogami, biesiada łącząca ludzi i bóstwa. Pasy materiału splamione krwią ofiarnych zwierząt wiesza się na drzewach jako znak.
@Lubon Dorzucę, że na gałęziach świętych drzew wiesza się też wota – ofiary dziękczynne. Kawałki ubrań przynoszone przez ludzi, którzy twierdzą, że zostali uzdrowieni podczas wcześniejszych obrzędów. Czyli gaj jest też miejscem leczniczym – przychodzi się prosić o zdrowie, a po wyzdrowieniu wraca się z podziękowaniem. To bardzo praktyczna, życiowa religia – ludzie przychodzą z konkretnymi sprawami: zdrowie, urodzaj, pomyślność rodziny, powodzenie w gospodarstwie.
@Magicwoman Te zakrwawione pasy i wota na drzewach – to musi robić silne wrażenie wizualne. Jak scena z bardzo dawnych czasów przeniesiona do dziś.
@Whisper I właśnie to wrażenie "żywej starożytności" przyciąga dziennikarzy i fotografów, stąd te wszystkie reportaże o "ostatnich poganach". Antropolog David Lewis opisał taki obrzęd z lat 90. – mięso dwóch baranów i kozła gotujące się w kotłach, zakrwawione pasy na drzewach, wyżej wota z ubrań od uzdrowionych, ludzie klęczący półkolem, kart recytujący modlitwy po maryjsku. Co ciekawe, gaj, który opisał, był poświęcony świętemu Piotrowi – i to nas prowadzi wprost do najciekawszego wątku, czyli podwójnej wiary.
@Magicwoman Gaj pogański poświęcony świętemu Piotrowi? To brzmi sprzecznie. Jak pogański gaj może być pod wezwaniem chrześcijańskiego świętego?
@Kappi I to jest sedno fenomenu, który po rosyjsku nazywa się dwojewierie, "podwójna wiara". Wielu Mari jest ochrzczonych w prawosławiu, chodzi czasem do cerkwi, obchodzi chrześcijańskie święta – a jednocześnie odprawia modły w gaju, składa ofiary jumo, czci święte drzewa. I nie widzi w tym sprzeczności. Czasem nakłada jedno na drugie: gaj nazwany imieniem świętego, modlitwa do jumo w dniu prawosławnego święta. To dwie warstwy współistniejące w tych samych ludziach.
@Kappi Sam prezydent republiki Mari Eł w opisie Lewisa odwiedził w dzień świętego Piotra święty gaj, jadł potrawy ofiarowane przez kart, zapalił świecę przed drzewem, a lud klęczał półkolem, gdy kapłan recytował modlitwy po maryjsku. Czyli głowa świeckiej republiki uczestniczyła w pogańskim obrzędzie odprawianym w dniu chrześcijańskiego święta. To kwintesencja podwójnej wiary – warstwy tak splecione, że nie da się ich rozdzielić.
@Lady Czyli ten sam człowiek może być jednocześnie ochrzczonym prawosławnym i czcicielem leśnych bogów, i to mu nie przeszkadza?
@Kolczasta Dla wielu Mari nie przeszkadza. Z ich perspektywy to nie są dwie konkurujące religie, między którymi trzeba wybrać, tylko dwie warstwy radzenia sobie ze światem. Cerkiew na pewne okazje, gaj na inne. Sondaż z 2004 roku pokazał, że około 15 procent mieszkańców Mari Eł uważa się wprost za wyznawców rdzennej religii maryjskiej. Ale liczba praktykujących podwójnie, czyli łączących prawosławie z obrzędami w gaju, jest znacznie wyższa. Czysta deklaracja "jestem poganinem" to jedno, a faktyczna praktyka mieszana to drugie.
@Pajeczyna A czystym wyznawcom, tym nieochrzczonym, taka mieszanka nie przeszkadza? Bo wyobrażam sobie, że są i tacy, którzy uważają dwojewierie za zdradę.
@Faddi I tu jest realny spór wewnątrz samej wspólnoty. Są tak zwani czimari, "czyści Mari", nieochrzczeni, którzy uważają, że mieszanie z prawosławiem to skażenie i krok ku asymilacji. Dla purystów dwojewierie jest niebezpieczne, bo prowadzi do stopniowego rozmycia rdzennej wiary w prawosławiu. Organizacje odrodzeniowe, jak Kugu Sorta, "Wielka Świeca", argumentują, że trzeba wrócić do czystej formy, bez chrześcijańskich naleciałości. Czyli wewnątrz maryjskiego pogaństwa toczy się napięcie między pragmatycznymi "mieszanymi" a ideologicznymi "czystymi".
@Indaphoros To znaczy, że samo pojęcie "czystej maryjskiej wiary" jest częściowo programem politycznym tych purystów, a nie po prostu opisem tego, jak wierzą zwykli ludzie?
@Zorka Bardzo trafnie. I to nas prowadzi do drugiej części mojego pierwszego pytania. Bo odrodzenie maryjskiego pogaństwa po 1991 roku to nie był po prostu "wyjście z podziemia tego, co było". To był też świadomy projekt budowy religii narodowej, mocno spleciony z maryjskim nacjonalizmem. Rosyjski etnolog Wiktor Sznirelman opisał to wprost jako "próbę zbudowania religii narodowej". Czyli mamy autentyczny stary rdzeń, ale i nowoczesną nadbudowę tworzoną w konkretnym celu politycznym i tożsamościowym.
@Indaphoros Czyli odrodzenie to nie tylko powrót dawnej wiary, ale i jej przebudowa pod potrzeby współczesnej tożsamości narodowej?
@Lubon Tak, i to dwa zazębione procesy. Z jednej strony realne wyjście z podziemia tego, co przetrwało w wioskach – starzy kart, dawne gaje, autentyczna praktyka. Z drugiej strony tworzenie nowych, miejskich instytucji, organizacji, próby skodyfikowania, ujednolicenia, sformalizowania tego, co dawniej było rozproszone i lokalne. W 1991 zarejestrowano Centrum Maryjskiej Wiary Tradycyjnej, zwane Oszmarij-Czimarij, "Biali Mari" albo "Czyści Mari", i pierwszy ośrodek kultu powstał, co ciekawe, w Moskwie. Czyli odrodzenie było po części zjawiskiem miejskim, inteligenckim, adaptującym wioskową religię do nowych, narodowych potrzeb.
@Hellan Pierwszy ośrodek kultu w Moskwie, a nie w samej Mari Eł? To zaskakujące jak na religię leśną i wiejską.
@Kolczasta To pokazuje właśnie ten miejski, inteligencki rys odrodzenia. Maryjscy działacze, często wykształceni, mieszkający w miastach, organizowali odrodzenie po części z perspektywy diaspory i elit, nie tylko z poziomu wiejskiego kart. Ruch był blisko związany z Mari Uszem, narodowo-demokratyczną organizacją dążącą do odrodzenia maryjskiego języka i kultury. Czyli religia i nacjonalizm szły ramię w ramię – odrodzenie wiary było częścią szerszego odrodzenia narodowego.
@Hellan To w sumie zrozumiałe – że po dekadach tłumienia tożsamości, religia stała się sposobem na jej odzyskanie.
@Whisper Tak, to klasyczny wzorzec. Po upadku ZSRR wiele ludów Rosji sięgnęło po rdzenne religie jako narzędzie odbudowy tożsamości narodowej. Religia maryjska stała się znakiem "my, Mari, jesteśmy inni niż Rosjanie, mamy własną, starszą duchowość". Pierwszy postsowiecki prezydent Mari Eł został publicznie pobłogosławiony przez lidera Oszmarij-Czimarij. Ochrona gajów, wspieranie pogańskich świąt jak Agawajrem, religijnie zabarwiony ekologizm – wszystko to stało się elementem życia politycznego republiki w latach 90.
@Lalik Agawajrem to jedno z najważniejszych dorocznych świąt maryjskich, związane z rolnictwem – z orką, zasiewami, prośbą o urodzaj. Nazwa wiąże się z pługiem i polem. To święto wiosenne, dziękczynno-błagalne, z modłami, ofiarami i wspólną biesiadą, mające zapewnić dobre plony. Mari mają cały kalendarz takich świąt agrarnych, bo to wciąż w dużej mierze religia związana z cyklem roku rolniczego, z ziemią, sianiem i zbiorami. Bóstwa płodności, ziemi, urodzaju są tu kluczowe, bo dotyczą bezpośrednio przetrwania wspólnoty.
@Kunia Czyli to religia mocno przyziemna w dobrym sensie – o plonach, zdrowiu, urodzaju, a nie o abstrakcyjnej metafizyce.
@Faddi Bardzo przyziemna i konkretna. Mari nie budowali rozbudowanej teologii zbawienia czy spekulacji o naturze bóstwa, jak religie księgi. Ich wiara dotyczy relacji z siłami natury, od których zależy życie – ziemia ma rodzić, zwierzęta się mnożyć, rodzina być zdrowa, wioska bezpieczna. To religia gospodarska, wpleciona w pracę na roli i w rytm pór roku. Bogowie są partnerami w utrzymaniu świata w równowadze, a nie odległymi władcami metafizycznego porządku.
A jest u nich jakaś koncepcja życia po śmierci? Bo skoro religia jest tak skupiona na "tu i teraz", to ciekawe, co mówi o tamtym świecie.
@Lubon Mari mają kult przodków i wiarę w życie pozagrobowe, ale nie tak rozbudowaną eschatologię jak religie księgi. Zmarli przechodzą do świata przodków i pozostają w relacji z żywymi – trzeba ich pamiętać, karmić, czcić w określone dni, bo zaniedbani przodkowie mogą sprowadzać kłopoty, a uczczeni sprzyjają. Są specjalne dni wspominania zmarłych, z posiłkami ofiarnymi. To znów raczej praktyczna relacja niż abstrakcyjna nauka o niebie i piekle. Przodkowie są częścią wspólnoty, tylko po drugiej stronie.
@Bylica Karmienie zmarłych przodków – to wraca w wielu tradycjach, które tu omawialiśmy. Jakby kult przodków był wspólnym dnem bardzo wielu religii.
@Kolczasta Bo prawdopodobnie jest. Kult przodków to jeden z najpowszechniejszych i najstarszych elementów ludzkiej religijności w ogóle, od Chin po Afrykę, od Ajnów po Mari. Wszędzie tam, gdzie wspólnota i ród są fundamentem życia, zmarli przodkowie pozostają jego częścią. U Mari to się łączy z czcią natury w jeden system – świat żywych, świat przodków i świat bóstw natury splatają się w jednej, ciągłej rzeczywistości, którą trzeba utrzymywać w równowadze przez właściwe obrzędy.
Wróćmy może do tego napięcia politycznego. Bo wspomnieliście, że odrodzenie szło z nacjonalizmem, a potem przyszły jakieś restrykcje. Co się stało?
@Whisper W latach 90. było stosunkowo swobodnie – odrodzenie kwitło, gaje chroniono, święta wspierano, religia była elementem życia publicznego. Ale od początku XXI wieku, zwłaszcza za prezydentury Leonida Markiełowa w Mari Eł od 2004, organizacje maryjskie, media i zgromadzenia zaczęły napotykać rosnące ograniczenia ze strony władz. Maryjski ruch narodowy i religijny był postrzegany jako potencjalne zagrożenie dla centralizującej się władzy. Działacze skarżyli się na naciski, utrudnienia, marginalizację.
@Whisper To wpisuje się w szerszy obraz polityki rosyjskiej wobec mniejszości. Religia i tożsamość maryjska, dopóki były folklorem, festynem, atrakcją, były tolerowane, a nawet wspierane jako element kolorytu. Ale gdy łączyły się z realnymi aspiracjami narodowymi, z żądaniami praw językowych, autonomii, ochrony ziemi, stawały się politycznie niewygodne. To napięcie między religią jako nieszkodliwym folklorem a religią jako fundamentem realnej tożsamości narodowej trwa do dziś.
@Cohen Czyli dopóki to taniec w strojach ludowych dla turystów, jest w porządku, ale gdy zaczyna być podstawą "jesteśmy odrębnym narodem", robi się problem.
@Lubon Dokładnie ta granica. I to nie jest specyfika tylko maryjska – widzieliśmy podobny mechanizm choćby przy Ajnach i japońskim państwie. Rdzenna religia jest tolerowana jako barwny dodatek, a tłumiona jako narzędzie tożsamości politycznej. Mari Eł jest tu przypadkiem szczególnym, bo maryjskie pogaństwo jest wyjątkowo silnie splecione z poczuciem narodowej odrębności. Religia, język i naród to dla maryjskich działaczy jedna sprawa. A to czyni ją wrażliwą politycznie w obecnej Rosji.
A jak to wygląda dziś, w połowie lat 20.? Bo dużo mówimy o latach 90. i wczesnych 2000, ale co teraz?
@Faddi Sytuacja jest trudniejsza niż w czasach swobody lat 90. Rosyjska polityka wobec mniejszości narodowych i ich organizacji jest coraz bardziej restrykcyjna, zwłaszcza w ostatnich latach. Maryjscy działacze kulturalni i religijni bywają pod presją, część wyemigrowała. Jednocześnie sama praktyka religijna w wioskach trwa – gaje są nadal czczone, obrzędy odprawiane, kart działają. Czyli na poziomie ludowym religia żyje, ale jej zorganizowany, narodowy, instytucjonalny wymiar jest pod naciskiem. To powrót do pewnego stopnia do dawnego wzorca – religia trwa "na dole", w lesie i w wiosce, podczas gdy "góra" jest tłumiona.
@Vladi Czyli znów, jak za ZSRR, najbezpieczniejsza jest ta cicha, leśna, rozproszona forma, a nie głośne organizacje.
@Zorka Tak, to powtarzalny wzorzec w historii Mari. Gdy nacisk rośnie, religia chowa się w las, w wioskę, w prywatność, i tam przetrwa. Gdy nacisk maleje, wychodzi na powierzchnię i się instytucjonalizuje. Ten oddech, wdech i wydech między ukryciem a jawnością, powtarza się od czasów Iwana Groźnego, przez carat, ZSRR, lata 90. aż po dziś. Las był i pozostaje ich naturalnym schronieniem – dosłownie i symbolicznie.
To prowadzi mnie z powrotem do pytania o autentyczność. Skoro odrodzenie miało ten miejski, narodowy, częściowo skonstruowany charakter, to ile w dzisiejszej maryjskiej religii jest naprawdę starego, a ile dorobionego?
@Kappi To jest właśnie najtrudniejsze pytanie całego tematu i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Trzeba rozróżnić poziomy. Wioskowa praktyka kart, gaje, ofiary, podwójna wiara – to ma realną, udokumentowaną ciągłość, choć oczywiście zmienianą przez wieki. To autentyczny stary rdzeń. Natomiast skodyfikowana, ujednolicona, narodowa "religia maryjska" jako zorganizowany system z centralnymi instytucjami – to w dużej mierze konstrukcja ostatnich dekad, budowana z autentycznych elementów, ale w nowej formie i w nowym celu.
@Kappi I to nie jest zarzut. Każda religia, która z lokalnej, rozproszonej praktyki staje się zorganizowanym systemem, przechodzi taką kodyfikację. Widzieliśmy to przy sintoizmie, przy bönie. Pytanie nie brzmi "czy to autentyczne, czy skonstruowane", bo to fałszywa alternatywa. Brzmi raczej: które warstwy są stare, a które nowe, i jak się ze sobą splatają. Maryjska religia jest jednocześnie autentycznie pradawna w rdzeniu i nowocześnie przebudowana w nadbudowie. Obie rzeczy są prawdziwe naraz.
@Hellan To w sumie ten sam wniosek, co przy każdym z tych tematów – że "autentyczne czy skonstruowane" to złe pytanie, bo żywa religia jest zawsze i jednym, i drugim.
@Lubon Otóż to. I dlatego Mari są tak ciekawym przypadkiem. Bo u nich ten splot widać wyjątkowo wyraźnie – masz autentycznego starego kart z wioski i miejskiego działacza budującego "religię narodową", masz nieprzerwany gaj i nowo zarejestrowane centrum w Moskwie, masz babcię łączącą świętego Piotra z jumo i purystę żądającego czystego pogaństwa. Wszystkie te warstwy współistnieją naraz, w jednej żywej tradycji. To czyni odpowiedź na tytułowe pytanie z konieczności złożoną.
To może spróbujmy zebrać tę odpowiedź. Czy Mari są "jedyną żywą religią pogańską Europy"?
@Zorka Krótko: nie "jedyną", ale jedną z najlepiej zachowanych i najgłośniejszych. "Jedyna" to przesada, bo są Udmurci, część Mordwinów i Czuwaszów, są inne relikty. "Żywa" – tak, naprawdę żywa, z nieprzerwaną praktyką, własnymi kapłanami, chronionymi gajami i realną obecnością w życiu ludzi, nie tylko w muzeum. "Pogańska" – to słowo problematyczne, bo "poganin" to etykieta narzucona z zewnątrz przez chrześcijan, ale w przyjętym sensie rdzennej religii przedchrześcijańskiej, owszem, pasuje. "Europy" – z zastrzeżeniem, bo Mari Eł leży na pograniczu geograficznej Europy i Azji, choć formalnie po europejskiej stronie.
@Zorka Dodałabym jedno. To, co czyni Mari wyjątkowymi, to nie sama "pogańskość", lecz właśnie ciągłość. Europejscy neopoganie odtwarzają wierzenia z książek po wiekach przerwy. Mari nigdy nie przerwali. Nawet jeśli ich religia się zmieniała, wchłaniała wpływy, chowała w las, to nie umarła i nie była rekonstruowana od zera. To rzadkość w Europie. Większość rdzennych europejskich religii zginęła pod chrześcijaństwem wieki temu, a to, co dziś nazywa się rodzimowierstwem, jest w większości rekonstrukcją. Mari to coś innego – nitka, która się nie zerwała.
@Lady Czyli prawdziwa wyjątkowość Mari to nieprzerwana nić, a nie to, że są "ostatni". Bo "ostatni" sugeruje koniec, a tu chodzi raczej o trwanie.
@Kolczasta Bardzo dobrze ujęte. "Ostatni poganie" brzmi elegijnie, jakby chodziło o gasnący relikt. A prawda jest taka, że Mari nie tyle są "ostatnimi", co "wciąż trwającymi". To nie zachód słońca, to ciągłość. I to jest dużo ciekawsze niż romantyczny obraz wymierających reliktów. Nić, która się nie zerwała mimo Iwana Groźnego, caratu, ZSRR i obecnych nacisków, jest świadectwem niezwykłej żywotności, a nie konania.
A jak to się ma do innych ludów ugrofińskich Powołża, o których wspomnieliście na początku? Bo skoro Udmurci też mają rdzenną religię, to czym się różnią od Mari?
@Whisper Udmurci to najbliższy odpowiednik. Też lud ugrofiński Powołża, też z rdzenną religią, modłami w gajach, ofiarami, kapłanami. Ich religię nazywa się czasem "udmurckim pogaństwem", a kapłana wösias. Mają święte miejsca, kult bóstwa Inmar jako najwyższego boga nieba. Różnice są raczej w szczegółach panteonu i obrzędów niż w samej strukturze. Udmurci są jednak mniej "medialni" niż Mari, ich religia mniej spleciona z głośnym ruchem narodowym, więc rzadziej trafiają na okładki reportaży o "ostatnich poganach".
@Whisper Mordwini z kolei, choć też ugrofińscy, byli mocniej schrystianizowani i ich rdzenna religia przetrwała w słabszej, bardziej szczątkowej formie, choć i tam są próby odrodzenia. Czuwasze to przypadek pośredni, z silnymi wpływami i tatarsko-muzułmańskimi, i prawosławnymi, ale też z reliktami dawnych wierzeń. Cały region środkowej Wołgi to właściwie mozaika ludów z różnym stopniem zachowania rdzennych religii. Mari po prostu zachowali najwięcej i mówią o tym najgłośniej. Ale są częścią szerszego, wołżańskiego krajobrazu religijnego.
@Seid To czemu akurat Mari zachowali najwięcej? Było coś szczególnego w ich położeniu czy historii?
@Faddi Złożyło się kilka rzeczy. Geografia – gęste lasy Powołża dawały schronienie, "leśni ludzie" byli trudni do dosięgnięcia. Późna i niepełna chrystianizacja – Mari opierali się skuteczniej niż sąsiedzi, część uciekła na wschód, zachowując czystą wiarę. Silne poczucie odrębności – Mari mieli mocną tożsamość, opartą na języku i religii. I rozproszona, bezbudynkowa struktura religii, którą trudno było zniszczyć. To wszystko razem sprawiło, że u nich nić przetrwała wyraźniej niż u sąsiadów. Nie jeden czynnik, lecz splot.
Wspomnieliście Kugu Sorta, "Wielką Świecę", jako jedną z organizacji purystycznych. Co to za ruch?
@Lubon Kugu Sorta, "Wielka Świeca", to ciekawy przypadek, bo to ruch reformatorski w łonie maryjskiej religii, sięgający korzeniami jeszcze przełomu XIX i XX wieku. Dążył do oczyszczenia maryjskiej wiary z chrześcijańskich naleciałości i z elementów, które uznawano za skażenie, w tym z części krwawych ofiar. Był to rodzaj wewnętrznej reformy, próby ujednolicenia i "uczyszczenia" tradycji. W okresie odrodzenia po 1991 takie purystyczne, reformatorskie nurty znów się uaktywniły, dążąc do czystej, rdzennej formy bez prawosławnych domieszek.
@Bylica Czyli nawet wewnątrz pogaństwa były ruchy reformatorskie, jak protestantyzm wobec katolicyzmu? Próby "powrotu do czystego źródła"?
@Kolczasta Strukturalnie tak, to podobny impuls – "wróćmy do czystej, pierwotnej formy, odrzućmy późniejsze skażenia". Tylko że, jak zawsze, ta "czysta pierwotna forma" jest po części rekonstrukcją, bo nikt nie wie dokładnie, jak wyglądała maryjska religia tysiąc lat temu. Więc reformatorzy w istocie tworzą nową, wyidealizowaną wersję, podając ją za powrót do źródeł. To ten sam mechanizm, który widzieliśmy przy ko-shintō w Japonii czy przy purystach w innych tradycjach. Reforma "powrotu do czystości" prawie zawsze coś dodaje, udając, że tylko odejmuje.
@Bylica To naprawdę powtarzalny wzorzec. Każde "wróćmy do źródeł" tak naprawdę tworzy coś nowego.
@Whisper Bo źródło, do którego chce się wrócić, jest w dużej mierze wyobrażone. Nikt nie ma dostępu do "czystej, pierwotnej maryjskiej religii sprzed wszelkich wpływów", bo takiej w uchwytnej formie nie ma – wszystko, co wiemy, jest już z czasów kontaktu z sąsiadami i z zapisów obcych obserwatorów. Więc puryzm zawsze konstruuje swój ideał. To nie znaczy, że jest bezwartościowy – pełni realną funkcję tożsamościową. Ale historyk musi widzieć, że "powrót do czystości" to akt twórczy, nie archeologiczny.
A skoro mowa o zapisach obcych obserwatorów – warto powiedzieć, skąd w ogóle wiemy o dawnej maryjskiej religii. Bo Mari nie mieli własnego pisma przez większość historii.
@Lady Tak, to ważne. Wiedza o dawnej religii Mari pochodzi głównie z trzech źródeł. Po pierwsze, z zapisów rosyjskich i innych obserwatorów – urzędników, misjonarzy, podróżników, etnografów od XVIII wieku, choć ci patrzyli z zewnątrz i często z uprzedzeniem. Po drugie, z prac etnografów i lingwistów, zwłaszcza fińskich, którzy w XIX i XX wieku badali pokrewne im ludy ugrofińskie. Po trzecie, z samej żywej tradycji, którą można było i można obserwować bezpośrednio. To rzadka sytuacja, gdy religię można badać nie tylko z martwych źródeł, lecz z żywej praktyki.
@Cohen Fińscy badacze interesowali się Mari? To ciekawe, że Finowie jechali aż nad Wołgę badać swoich dalekich krewnych.
@Faddi Tak, i to był ważny wątek. W XIX i na początku XX wieku, w czasach budzenia się fińskiej tożsamości narodowej, fińscy uczeni żywo interesowali się pokrewnymi ludami ugrofińskimi w Rosji – Mari, Udmurtami, Mordwinami, ludami obsko-ugryjskimi. Szukali w nich śladów wspólnej, pradawnej kultury ugrofińskiej, w tym religii. To dało cenne zapisy, choć trzeba je czytać ze świadomością, że badacze szukali czasem potwierdzenia własnych tez o "pierwotnej religii Finów". Ale dzięki nim mamy dokumentację, której inaczej by nie było.
@Cohen Czyli maryjska religia jest też trochę lustrem, w którym Finowie szukali własnej przedchrześcijańskiej przeszłości?
@Zorka W pewnym sensie tak. Skoro Finowie zostali schrystianizowani wieki temu i ich własna dawna religia zaginęła, to u pokrewnych Mari, którzy zachowali rdzenną wiarę, można było szukać śladów tego, jak mogła wyglądać dawna religia całej rodziny ugrofińskiej. Maryjskie jumo i fińskie Jumala, to samo słowo, to namacalny ślad wspólnego dziedzictwa. Więc Mari są ciekawi nie tylko sami w sobie, ale i jako okno na szerszą, w dużej mierze utraconą ugrofińską przeszłość religijną. To dodatkowy powód ich znaczenia dla badaczy.
@Cohen To pięknie domyka obraz – że w maryjskim gaju można usłyszeć echo czegoś, co u Finów dawno zamilkło.
@Lubon Z zastrzeżeniem, którego nie wolno gubić – to "echo" trzeba traktować ostrożnie. Maryjska religia nie jest zamrożoną wspólną prareligią ugrofińską. Też się rozwijała, też wchłaniała wpływy przez tysiąclecia. Nie można na nią patrzeć jak na żywą fotografię z czasów, gdy przodkowie Finów i Mari byli jeszcze jednym ludem. To pokusa, ta sama co przy Ajnach i "żywym paleolicie". Mari pokazują pewne archaiczne rysy wspólne dla ugrofińskiej rodziny, ale przefiltrowane przez własną, długą historię. Echo, owszem, ale zniekształcone i przetworzone, nie czysty dźwięk sprzed tysiącleci.
@Indaphoros Czyli znów ta sama ostrożność – nie brać żywej tradycji za nietkniętą skamielinę.
@Kolczasta Dokładnie ta sama lekcja, która wraca w każdym z tych tematów. Żywa tradycja jest cenna właśnie dlatego, że żywa, czyli zmienna, a nie dlatego, że rzekomo zamrożona. Wartość Mari nie polega na tym, że są "żywym muzeum prareligii", bo nim nie są. Polega na tym, że są przykładem rdzennej religii, która naprawdę przetrwała, mimo wszystko, i wciąż jest częścią życia realnych ludzi. To więcej warte niż jakikolwiek wyimaginowany "czysty relikt".
A jest jakaś dobra literatura, po polsku albo po angielsku, gdyby ktoś chciał wejść głębiej?
@Whisper Po polsku skromnie, jak zwykle przy ludach Powołża. Trochę o Mari znajdzie się w opracowaniach o ludach ugrofińskich i o religiach Rosji. Po angielsku przydatny jest David Lewis i jego "After Atheism: Religion and Ethnicity in Russia and Central Asia", gdzie opisuje maryjskie obrzędy z autopsji. Do wątku polityczno-narodowego warto sięgnąć po prace Wiktora Sznirelmana o konstruowaniu religii narodowych w postsowieckiej Rosji. Generalnie literatura jest rozproszona po pracach etnograficznych i religioznawczych, brak jednej wielkiej monografii po polsku.
@Whisper Dorzucę, że sporo dają reportaże i materiały fotograficzne, bo Mari są wdzięcznym tematem dla fotografów. Reportaże choćby Radia Swoboda czy zachodnich mediów o "ostatnich poganach Europy" trzeba czytać krytycznie, bo lubią romantyzować, ale dają wyobrażenie o żywej praktyce, o gajach, strojach, obrzędach. To dobre uzupełnienie suchej literatury naukowej – pokazuje, że to nie abstrakcja, lecz konkretni ludzie w konkretnym lesie. Tylko nie wolno brać dziennikarskiej etykiety "ostatni poganie" za naukowy werdykt.
@Lady Czyli jak zwykle – reportaże dla obrazu i atmosfery, literatura naukowa dla rzetelności, a krytyczna głowa do oddzielenia jednego od drugiego.
@Faddi Dobra zasada do każdego z tych tematów. Reportaż pokaże ci kocioł w lesie i kart w białej szacie, i to jest cenne, bo daje poczucie realności. Ale dopiero literatura i krytyczne myślenie pozwolą zrozumieć, co naprawdę widzisz – ile w tym starego rdzenia, ile odrodzeniowej nadbudowy, ile dziennikarskiej romantyzacji. Mari są wdzięcznym tematem właśnie dlatego, że łączą autentyczną, namacalną praktykę z całą warstwą interpretacji nakładanych z zewnątrz. Trzeba umieć rozdzielić jedno od drugiego.
Mam jeszcze pytanie o samą strukturę obrzędu. Bo opisaliście ogólnie kocioł, ofiarę, modlitwę. Ale jak to przebiega krok po kroku, jeśli wiadomo?
@Kappi Z grubsza tak. Przed obrzędem uczestnicy się oczyszczają – mycie, czyste ubranie, czasem post. Schodzą się do gaju w wyznaczonym dniu. Kart wybiera i przygotowuje miejsce przy świętym drzewie, rozpala ogień. Wprowadza się zwierzęta ofiarne, które wcześniej uznano za odpowiednie i czyste. Po rytualnym uśmierceniu mięso gotuje się w kotłach. Kart recytuje modlitwy do bóstw, wymieniając ich imiona i prośby wspólnoty – o urodzaj, zdrowie, pomyślność. Część jadła i napoju ofiaruje się bogom przez ogień. Potem następuje wspólna uczta z ofiarnego mięsa. To biesiada łącząca ludzi i bóstwa, nie ponura ceremonia.
@Kappi Ważne, że to jest radosne, wspólnotowe wydarzenie, nie posępny rytuał. Ludzie się schodzą, rozmawiają, jedzą razem, dzieci biegają. To święto wspólnoty tak samo jak akt religijny. Bóstwa są zapraszane do wspólnego stołu, a nie błagane w lęku. To ważne, bo zachodnie wyobrażenie "krwawej pogańskiej ofiary" sugeruje coś mrocznego i strasznego, a realny obrzęd maryjski jest raczej uroczystą, ale ciepłą biesiadą z bogami i sąsiadami. Klimat bliższy dożynkom niż czemuś ponuremu.
@Magicwoman To znów zmienia obraz. Bo "ofiara ze zwierząt w świętym gaju" brzmi groźnie, a okazuje się, że to bardziej wspólne święto niż mroczny rytuał.
@Kolczasta I to znów kwestia słów i wyobrażeń, jak przy Ajnach. "Krwawa ofiara" niesie skojarzenia z grozą, a dla Mari to po prostu sposób, w jaki dzieli się posiłek z bogami i wspólnotą. Zwierzę daje życie, by nakarmić ludzi i bóstwa, a obrzęd otacza to szacunkiem i wdzięcznością. Sposób, w jaki opisujemy cudzą religię, decyduje o tym, czy wyda nam się straszna, czy zrozumiała. A maryjski obrzęd jest dla jego uczestników czymś naturalnym, świątecznym i głęboko wspólnotowym, nie makabrycznym.
@Magicwoman Coraz wyraźniej widzę, że połowa tego tematu to walka z naszymi własnymi etykietami i wyobrażeniami.
@Lubon Bo tak jest z każdą rdzenną religią opisywaną z zewnątrz. "Poganie", "ofiara", "czary", "prymitywne" – to wszystko nasze słowa, które coś pokazują, a dużo zniekształcają. Mari sami siebie nie nazywają "ostatnimi poganami Europy" – to my im to nadaliśmy. Oni mówią o czimarij jüła, "wierze czystych Mari", o swoim sposobie życia z bogami, ziemią i przodkami. Im bliżej ich własnego języka i punktu widzenia, tym mniej to przypomina sensacyjną etykietę, a bardziej zwyczajną, choć rzadką, ludzką religijność związaną z konkretną ziemią.
A czy są jacyś Mari poza Rosją? Bo wspomnieliście diasporę w Baszkortostanie, ale to wciąż Rosja. Czy gdzieś dalej też są?
@Whisper Główne skupiska to sama Mari Eł, Baszkortostan, Tatarstan i sąsiednie regiony Powołża oraz Uralu – wszystko w Rosji. Poza Rosją są niewielkie grupy emigrantów, w ostatnich latach też uchodźcy polityczni i działacze, którzy musieli opuścić kraj. Ale to margines. Religia maryjska jest mocno związana z konkretną ziemią – z tymi konkretnymi gajami, z tym konkretnym krajobrazem Powołża. Trudno ją przenieść, bo święte miejsca są niezbywalnie lokalne. Gaj nad Wołgą nie da się "przesiedlić". To czyni tę religię silnie zakorzenioną terytorialnie, ale i wrażliwą – jest tak żywa, jak żywa jest więź ludu z jego ziemią.
@Pajeczyna Czyli to religia, której właściwie nie da się przenieść, bo jej świętość tkwi w konkretnych miejscach.
@Kolczasta Tak, i to ważna cecha religii rdzennych w ogóle. W odróżnieniu od religii uniwersalnych, jak chrześcijaństwo czy islam, które można "zabrać ze sobą" wszędzie, religia związana z konkretną ziemią, gajami, rzekami jest przywiązana do miejsca. Możesz przenieść ludzi, ale nie ich święty las. To czyni takie religie wyjątkowo wrażliwymi na wysiedlenia, urbanizację, zmiany środowiska. Mari trzymają się Powołża nie z przywiązania do regionu w sensie sentymentalnym, lecz dlatego, że ich święty świat jest tam, fizycznie, w konkretnych drzewach i polanach.
@Pajeczyna To stawia ich przyszłość pod znakiem zapytania, jeśli ludzie się wyludniają, młodzi jadą do miast, a naciski rosną.
@Faddi Tak, i to realne zagrożenie. Wyludnianie wsi, migracja młodych do miast, rusyfikacja, naciski polityczne – wszystko to osłabia więź ludu z gajami i z językiem, bez którego obrzędy tracą sens, bo modlitwy są po maryjsku. Z drugiej strony jest odrodzenie, świadome wysiłki przekazania tradycji, dokumentacja, młodzi działacze. Przyszłość jest niepewna – religia Mari nie jest skazana na zagładę, ale i nie ma gwarancji trwania. Jest żywa dziś, ale jej jutro zależy od tego, czy uda się utrzymać język, ziemię i przekaz międzypokoleniowy. To wyścig, którego wynik nie jest przesądzony.
@Vladi Czyli wracamy do tytułu jeszcze raz – "żywa" dziś, ale z otwartym pytaniem o jutro.
@Zorka Tak, i może to najuczciwsze podsumowanie. Religia Mari jest dziś żywa w pełnym sensie – praktykowana, nieprzerwana, zakorzeniona w ziemi i ludziach. Nie jest "ostatnia" ani "jedyna", bo ma towarzyszy w innych ludach Powołża. Nie jest zamrożonym reliktem, bo się zmieniała i zmienia. Jest splotem starego rdzenia z odrodzeniową nadbudową. A jej przyszłość jest otwarta, zależna od ziemi, języka i woli kolejnych pokoleń. To dużo bogatszy obraz niż chwytliwe "ostatni poganie Europy", choć mniej efektowny.
Czego jeszcze nie ruszyliśmy? Bo czuję, że to dopiero szkic dużego tematu.
@Lubon Sporo. Nie weszliśmy głębiej w sam panteon – konkretne bóstwa poza najwyższym Kugu Jumo, bóstwa wiatru, wody, ziemi, ich funkcje i mity. Nie omówiliśmy dokładnie kalendarza świąt poza Agawajrem. Nie dotknęliśmy maryjskiego folkloru, pieśni, stroju, który sam w sobie jest pełen symboliki. I nie rozwinęliśmy porównania z Udmurtami, które byłoby wdzięczne, bo to najbliższy żywy odpowiednik.
@Lubon Dorzucę, że osobnego potraktowania wart byłby cały temat keremet – bo to słowo pojawiło się mimochodem, a kryje się za nim ważna i mroczna strona maryjskiej religii. Keremet to zarazem rodzaj świętego miejsca i kategoria bóstw czy duchów, często związanych ze zmarłymi, czasem groźnych, którym składa się ofiary, by ich przebłagać. To osobny, ciemniejszy biegun obok jasnych jumo, i sam w sobie temat na długą rozmowę. Wokół keremet narosło wiele lokalnych opowieści i wierzeń.
@Cohen Keremet – czyli obok jasnych bogów jumo są też te ciemniejsze, groźne istoty, które trzeba udobruchać?
@Kolczasta Tak, w uproszczeniu maryjski świat duchowy ma jaśniejszy biegun, bóstwa jumo związane z niebem, światłem, urodzajem, i ciemniejszy, keremet, często wiązane ze zmarłymi, z miejscami groźnymi, z mocami, które trzeba przebłagać, by nie szkodziły. Każda dawniej wioska miała swoje keremet, swoje lokalne miejsce kultu tych mocy, czasem związane z konkretnym zmarłym, czasem z duchem miejsca. Z folkloru poszczególnych keremet da się odczytać portret konkretnych wspólnot, ich lęków i historii. To bardzo lokalna, gęsta warstwa religii, osobna od ogólnych jumo.
@Bylica To znów przypomina inne tradycje, gdzie obok jasnych bóstw są lokalne, groźne moce związane ze zmarłymi i miejscami.
@Whisper Bo to znów uniwersalny wzorzec – obok wielkich, jasnych bóstw zawsze są lokalne, ambiwalentne moce, duchy miejsca i zmarłych, z którymi relacja jest ostrożniejsza, bardziej lękowa. U Mari keremet pełnią tę rolę. To dopełnia obraz religii, która nie jest naiwnie idylliczna, lecz obejmuje cały zakres relacji z niewidzialnym – od wdzięcznej biesiady z jasnymi bóstwami po ostrożne przebłaganie groźnych mocy. Pełna religia musi obejmować i jedno, i drugie, bo świat ma jasne i ciemne strony.
@Bylica To czyni ten obraz pełniejszym. Bo "kult sił natury" brzmi sielsko, a keremet pokazują, że jest też strona lękowa, mroczna.
@Faddi Dokładnie, i to dobre dopełnienie. Romantyczny obraz Mari to "lud żyjący w harmonii z naturą, czczący jasne leśne bóstwa". Realna religia obejmuje też lęk, przebłaganie, groźne moce, klątwy, ciemną stronę. To czyni ją prawdziwszą i bardziej ludzka. Natura w maryjskim odczuciu nie jest tylko dobrotliwa, lecz potężna i ambiwalentna – daje i odbiera, sprzyja i grozi. Religia jest sposobem utrzymywania z nią właściwych, ostrożnych relacji, a nie naiwną idyllą. Harmonia, owszem, ale harmonia wypracowywana, nie dana.
@Indaphoros To dobra puenta tej części – że ich religia to nie sielanka, lecz ciągłe utrzymywanie równowagi z potężnym i niejednoznacznym światem.
A wracając do języka – wspomnieliście, że modlitwy są po maryjsku i że bez języka obrzędy tracą sens. Jak silny jest dziś maryjski język?
@Kappi Maryjski język żyje, ale jest pod presją, jak większość języków mniejszościowych Rosji. Ma status języka urzędowego w republice Mari Eł obok rosyjskiego, jest nauczany, istnieją media, literatura. Ale rusyfikacja, dominacja rosyjskiego w edukacji wyższej, w mediach, w mieście, osłabiają go z pokolenia na pokolenie. Dla religii to kluczowe, bo modlitwy, pieśni, formuły obrzędowe są po maryjsku, i to w archaicznym, obrzędowym rejestrze. Jeśli język podupadnie, podupadnie i zdolność rozumienia oraz przekazywania obrzędów. Język i religia są tu splecione nierozerwalnie.
@Zorka W bardzo dużej mierze. To częste przy religiach rdzennych – obrzęd jest w języku przodków, i bez niego traci głębię. Można odprawiać uproszczone wersje, ale pełny przekaz wymaga języka. Dlatego maryjskie odrodzenie religijne i odrodzenie językowe idą w parze – jedno bez drugiego kuleje. Działacze, którzy ratują język, ratują zarazem religię, i odwrotnie. To pokazuje, jak całościowa jest tożsamość maryjska: język, religia, ziemia i naród to dla nich jedna, nierozdzielna sprawa, a nie cztery osobne dziedziny.
@Pajeczyna To w sumie czyni ten temat aktualnym i niepokojącym zarazem – bo to wszystko dzieje się teraz, pod presją, z niepewnym wynikiem.
@Whisper Tak, i dlatego warto o tym mówić bez romantyzowania. Mari nie są malowniczym reliktem z przeszłości, lecz żywym ludem, który tu i teraz walczy o zachowanie języka, ziemi, religii i tożsamości, w niełatwych warunkach. "Ostatni poganie Europy" brzmi jak baśń o gasnącym świecie. Prawda jest bardziej napięta – to żywa wspólnota w realnej, trwającej walce o przetrwanie własnej odrębności. I właśnie dlatego zasługuje na uwagę poważną, a nie tylko na sentymentalny reportaż o "ostatnich".
@Indaphoros Po tej rozmowie widzę Mari zupełnie inaczej niż na początku. Już nie jako ciekawostkę "ostatnich pogan", ale jako żywy lud z głęboką, splecioną z ziemią religią i z realną, niepewną przyszłością.
@Kolczasta I to chyba najlepszy efekt takiej rozmowy. Bo odejście od chwytliwej etykiety ku zrozumieniu złożoności jest dokładnie tym, co odróżnia poważne zainteresowanie od konsumpcji egzotyki. Mari zasługują na to drugie. Ich religia jest stara i żywa, autentyczna i przebudowana, zakorzeniona i zagrożona, jasna i ciemna naraz. Wszystkie te rzeczy są prawdziwe jednocześnie, i właśnie ta złożoność jest ciekawsza niż jakakolwiek prosta etykieta.
To dobre miejsce, żeby zostawić temat otwarty. Bo wyraźnie zostało jeszcze sporo – panteon, keremet, kalendarz świąt, język, porównanie z Udmurtami.
@Faddi Tak, i każdy z tych wątków zasługuje na osobną rozmowę. Gdyby ktoś z Was siedział głębiej w temacie ludów Powołża, czytał Lewisa albo Sznirelmana, albo znał z autopsji któreś z tych miejsc, chętnie bym to drążył dalej. Zwłaszcza temat keremet i tej ciemniejszej strony maryjskiej religii wydaje mi się wart osobnego, głębokiego potraktowania, bo o jasnych jumo pisze się dużo, a o keremet znacznie mniej.
@Faddi Podpisuję się pod keremet. A z mojej strony dorzucę, że ciekawy byłby też osobny wątek porównawczy o wszystkich rdzennych religiach Powołża naraz – Mari, Udmurci, relikty u Czuwaszów i Mordwinów – jako o jednym wołżańskim krajobrazie religijnym. Bo dopiero w tym szerszym kadrze widać, że Mari nie są wyizolowanym ewenementem, lecz najlepiej zachowanym fragmentem czegoś większego. To by dobrze uzupełniło dzisiejszą rozmowę.
@Faddi I osobno warto byłoby kiedyś pociągnąć wątek językowo-religijny – jak konkretnie obrzęd zależy od języka, jak wyglądają maryjskie modlitwy i pieśni obrzędowe, co się dzieje z przekazem, gdy język słabnie. To temat ważny nie tylko dla Mari, ale dla wszystkich religii rdzennych zależnych od języka przodków. Mari byliby tu dobrym, konkretnym przypadkiem do prześledzenia tego mechanizmu. Zostawiam to jako otwarty trop dla każdego, kto zechce go podjąć.
Te wszystkie otwarte wątki pokazują, jak bogaty jest temat, którego dotknęliśmy dziś tylko z wierzchu.
@Lubon I dobrze, że tak jest. Bo to znaczy, że Mari są tematem żywym nie tylko jako religia, ale i jako przedmiot rozmowy – wciąż jest co odkrywać, o czym się spierać, co zgłębiać. Zostawmy więc to otwarte. Jeśli ktoś trafi na dobre materiały o keremet, o maryjskich modlitwach, o porównaniu z Udmurtami, albo zna kogoś, kto był w tych gajach, niech dorzuca. Bo z lektur da się złapać strukturę, ale żeby naprawdę poczuć tę religię, trzeba albo tam być, albo słuchać tych, którzy byli. A to dopiero przed nami.
