Sam zadałem to pytanie na początku i po tej całej dyskusji mam wrażenie, że twardszego stanowiska po prostu nie ma - i że właśnie o to chodzi. Granica między rytuałem liturgicznym a magicznym była ruchoma i zależała od tego, kto ją rysował i w którym momencie.
Chcę dopytać o coś bardzo konkretnego, bo ta dyskusja jest dla mnie trochę za abstrakcyjna. Czy istniały w średniowieczu miejsca - kościoły, kaplice, jakieś miejsca przy relikwiach - gdzie ludzie dosłownie przychodzili z konkretnymi prośbami, tak jak dziś się idzie do znachorki? I czy Kościół to oficjalnie sankcjonował?
A może o to właśnie chodzi że nie wiemy? To znaczy - i średniowieczni pielgrzymi, i współcześni odwiedzający miejsca mocy, i klerycy z grimoarami, wszyscy działali i działają w ciemno, tylko każdy ma inną narrację tłumaczącą dlaczego to powinno działać.
To jest dobre ujęcie, ale chcę dodać jedno zastrzeżenie. Narracja nie jest neutralnym opakowaniem - ona kształtuje doświadczenie. Ktoś kto przychodzi do relikwii z wiarą w konkretnego świętego przeżywa to inaczej niż ktoś kto przychodzi z otwartością na 'cokolwiek tu jest'. I może ten mechanizm - nie tylko miejsce, ale całe zanurzenie w opowieści - był prawdziwą mocą rytuałów ceremonialnych.
Ale to rodzi mi problem z magią ludową, o której mówiliśmy wcześniej. Znachorka nie miała żadnej rozbudowanej teologii - używała paru słów po łacinie których nie rozumiała i jakiegoś gestu. Jaką 'narrację systemu' ona aktywowała? Własną? Klientki? Bo ktoś tam jednak coś czuł, skoro wracali.
Czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i mam wrażenie, że wszyscy krążymy wokół czegoś bardzo podstawowego, a nikt tego wprost nie powiedział: że może podział na 'magię' i 'religię' jest naprawdę tylko kwestią tego, kto ma władzę w danej chwili. I że gdyby nie Kościół jako instytucja, te same działania byłyby albo wszystkie religijne, albo wszystkie magiczne.
Almandynka trafia w coś ważnego, ale zostaje mi jedno pytanie bez odpowiedzi: jeśli władza definiuje granicę, to jak wytłumaczyć że ta granica przetrwała tak długo? Jakby była tylko polityczna, powinna się zmieniać z każdą zmianą władzy. A jednak coś w tym podziale na 'czystą' i 'nieczystą' praktykę wydaje się wracać niezależnie od epoki i miejsca.
Hipolit54 zadał dobre pytanie na koniec. Ale ja bym to odwrócił: może granica przetrwała nie mimo zmiany władzy, tylko dlatego że władza za każdym razem ją na nowo odtwarzała - tylko innymi słowami. Inkwizycja rysowała ją inaczej niż sobory wczesnośredniowieczne, a te inaczej niż Kościół karoliński. Treść się zmieniała, ale potrzeba granicy pozostawała. I to chyba jest odpowiedź.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku, ale jednak w temacie - skoro klerycy mieli dostęp do grimoarów i to było w pewnych kręgach tolerowane, to jak to wyglądało praktycznie? Czy taki ksiądz robił rytuał przy ołtarzu, po mszy, czy gdzieś zupełnie osobno? Bo to strasznie wpływa na to jak to sobie wyobrażam.
Rozpadało się. I właśnie dlatego mamy zapisy procesów. Ale dla tych, u których się nie rozpadało - mam wrażenie że działał tu mechanizm znany z innych tradycji: compartmentalization, czyli oddzielne 'szuflady' dla różnych praktyk. W sufizmie masz szariat i tarikat - zewnętrzne prawo i wewnętrzną ścieżkę. Tu podobnie, tylko bez oficjalnej sankcji.
Może głupie pytanie, ale dlaczego to musiało być tajne? Znaczy - jeśli klerycy wierzyli że działają w ramach chrześcijańskiego autorytetu, wzywall byty w imię Boga i tak dalej, to czemu nie mogli tego robić otwarcie? Co konkretnie było nie do obrony publicznie?
Przepraszam że wchodzę z zupełnie innej strony, ale to co piszecie o miejscach i rytuałach bardzo mnie uderzyło. Wcześniej ktoś mówił o pielgrzymkach i konkretnych prośbach przy relikwiach - i ja się zastanawiam, czy to miało jakiś odpowiednik dla osób, które nie mogły podróżować? Czy istniało coś w rodzaju 'pielgrzymki w miejscu', jakiś rytuał domowy?
Reginka04 trafia w coś co mnie też nurtuje od początku tego wątku - bo tytuł mówi o magii ceremonialnej i księżach, ale cały czas wracamy do pytania o miejsce i obecność. Czy magia ceremonialna w ogóle mogła działać na odległość? Czy wymóg fizycznej lokalizacji - konkretnej piwnicy, konkretnego rozstaju dróg o północy - był częścią systemu tak samo jak w pielgrzymce?
To jest kluczowe rozróżnienie i myślę że właśnie tu zaciera się granica między magią a sakramentem. W sakramencie skuteczność zależy od stanu wewnętrznego - kapłan w stanie grzechu ciężkiego odprawia ważną mszę, ale sam grzeszy. W magii ceremonialnej post jest wymogiem technicznym, jak właściwy węzeł w żeglarstwie. Zupełnie inna logika. Czy kleryk w nocy z grimoarem myślał jak teolog czy jak rzemieślnik? Pewnie różnie, zależnie od człowieka.
Czekajcie, bo mam pytanie może trochę z tyłu - skoro te przygotowania przed rytuałem były tak rozbudowane, to czy kleryk robił to sam, czy miał kogoś do pomocy? Bo krąg magiczny, odpowiednie przedmioty, konkretna godzina - to brzmi jak przedsięwzięcie logistyczne, nie solo-projekt.
To brzmi prawie jak loża. Mała zamknięta grupa, wspólna wiedza, wzajemna ochrona przed denuncjacją. Zastanawiam się czy to nie był jeden z powodów, dla których wiedza z grimoarów przetrwała - bo była chroniona przez grupę ludzi którzy mieli coś do stracenia wzajemnie. Samotny mnich z rękopisem łatwiej się wpadało.
Ciekawe jest też to z jakimi kopiami mamy teraz do czynienia. Dużo zachowanych grimoarów to wielokrotne odpisy - każdy kopista coś zmieniał, dodawał, tłumaczył po swojemu. Więc nawet jeśli oryginał był klerykański, to po kilku pokoleniach mógł wyglądać zupełnie inaczej. Jak to się ma do tej autentyczności rytuału? Czy kleryk z piętnastowiecznym odpisem trzynastowiecznego tekstu robił 'to samo' co autor oryginału?
Reginka04 dotknęła czegoś ważnego i chyba właśnie tu wraca temat z tytułu - bo pytanie o odpis grimoaru i pytanie o modlitwę z domu zamiast pielgrzymki są trochę podobne strukturalnie. W obu przypadkach pytamy: czy odległość od źródła - przestrzenna albo tekstualna - niszczy skuteczność? Kleryk z odpisem i ktoś modlący się zdalnie do miejsca świętego mają ten sam problem: brak bezpośredniej transmisji.
