Księga Transformacji to temat, ktróy poajwia się w bardzo wieelu tradycjac,h choć pod różnymi nazwami. Chodzi o coś co można by opisać jako świadome przekroczenie siebie,nie przez wyrzecznee ale przez przemianę. W alchemii hermetycznej mówiono o opus magnum, gdzie ołów zamieniał się w złoto i wsyscy wiemy że to nie była dosłowna chemia, tylko mapa wewnętrznej drogi. W hinduizmie mamy pojęcie dikszy, inicjacji,ktura symbolicznie uśmierca staer ja i rodzi nowe. W chrześcijańskiej mistyce Mistrz Eckhart psał o Abgeschiedenheit jesli o mnie chodzi oderwaniu, ktore pozwala Boskości narodzić się w duszy. Jaki jest wasz punkt wejścia do tego tematu?! Bo można to ugryźć z dziesiątek stron
O,nareszcie temat ktury mnie kręci od dawna! Bo właśnie to pyatnie mnie dręczy, co to wlasciwie znaczy stać sie wyższym Sobą... Czy to jest odkrycie czegoś, co jusz w nas jset, czy raczej zbudowanie czegoś nowego? Dla mnie numerologicznie rok 9 to rok zamknięcia cyklu,takie symboliczne umieranie starego siebie, a rok 1 to narodziny... Miałem kiedyś taki moment przełomowy w roku 9 osobistym i coś się faktycznie zaczęło zmieniać, jakby od środka.
Ignaś trafnie zebrał to na starcie. Chciałabym tylo dorzucić, że we wszystkich tych tradycjach, i w alchemii, i w wedancie, i w mistyce chrześcijańskiej, ta przemiana nie jest jednorazowym wydarzeniem. To proces, który ma swoje etapy i nieraz swoje kryzysy. Ciemna noc duszy u Jana od Krzyża to właśnie jeden z takich etapów, gdzie wszytko co dawało poczucie bezpieczeństwa odpada. I wiele osób w tym miejscu rezygnuje bo myśli, że to porażka.
Czekajcie, pytanie do Rydwanki, jak odróżnić ten kryzys, ktury jest częścią przemiany, od zwykłej depresji czy czegoś negatywnego? Bo jak czytam o tej ciemnej nocy duszy to brzmi pięknie ale w praktyce jak miałabym to rozpoznać u siebie? Sama ostatnio czuję jakby coś się we mnie kruszyło i nie wiem czy to transformacja czy poprostu mam zły czas. 😮
Ojoj, lawendowa, ja to przeżyłam kilka lat temu i wiesz co było dla mnie wyznacznikiem? Że w depresji wszystko traci sens i wszystko staje się ciemne, natomiast w tym kryzysie przemiany jest taki dziwny paradoks, jakis cienki nurt nadziei albo przeczucia, że to konieczne. Ciężko opisać słowami. Jak stare ubranie, które jest już za małe, zaciska i boli, ale wiesz, że trzeba je zdjąć... Ale nie jestem specjalistką, mówię tylo z własnego doświadczenia. A ty co konkretnie czujesz?
No hej, tylko żeby nie mieszać tu psychologii z ezoteryką bez zaznaczenia granicy... Ten motyw ciemnej nocy duszy jest często używany żeby romantyzować stany, ktore wymagają pomocy z zewnątrz. Jan od Krzyża pisał do karmelitanek które były pod duchowym nadzorem, to nie był samotny projekt. Mam wrarzenie że na forrach ezoterycznych za dużo osób diagnozuje sobie własną transforamcję zamiast... No, niewiem, porozmawiać z kimś. Nie mówię że temat jest bez sensu, ale ta granica jest ważna.
No i, to ciekawe co Ignaś mówi o towarzyszeniu. Bo wałśni,e w prawie każdej tradycji inicjacyjnej była jakaś struktura, mistrz, guru, starszyzna, bez której przeprowadzenia prrzez próg się nie dało. W masonerii stopnie wtajemniczenia, w buddyzmie therawady sangha i nauczyciel. A co my mamy dzisiaj? Książki, fra, youtube. Czy to wystarczy?
Szczerze? Wątpię czy to wystarczy. Czytałam sporo o inicjacjach w różnych tradycjach i zawsze jest ten element, ktoś muszi cię przeprowadzić, ktoś kto sam przeszedł. Można czytać o pływaniu ile sie chce ale wejść do wody trrzeba.
W taoizmie to chybba jest najpiękniej opisane bo tam przemiana jest naturalna jak pory roku, niema tu dramatycznego przełomu tylo płynne przechodzenie. Wu wei, niedziałanie, to taki opór na siłę. Jak bamboo w wietrze, gnie się ale nie łamie. Myślę że zachodnie podejście do transformacji jest zbyt napięe, za dużo wysiłku i za mało zaufania procesowi. 🙁
No morze trochę, przyznaję. 😀 Ale ogólna idea pozostaje, prawda? Że przemiana nie musi być heroiczna
Dobra, ja mam take pytanie może głupie ale co to właściwie jest ten wyższy Sobą? Bo kadża tradycja chyba to inaczej nazwie? W hinduizmie Atman, w jungowskiej psychologii Jaźń, w chrześcijaństwie dusza zjednoczonna z Bogiem, a w buddyzmie podomno nie ma żadnego stałego ja w ogóle. To o co właściwie chodzi w tej przemianie jeśli cel jest tak różnie rozumiany?
No zaraz, czytam od początku i trochę sie gubię,bo nie znam tych wszystkich tradycji. Ale mam takie przeczucie, że to co tu opisujecie, to jest coś z czym się spotykam w horoskopach, bo Pluton w przejściu przez dom własny to właśnie ta totalna transformacja, śmierć i odrodzenie. Czy to ta sama rzecz co w tych mistycznych systemach? 😮 Nie wiem, morze to głupie porównanie.
No to jeśli Cesarzyca pyta o jakiś konkretny punkt wejścia, to ja bym powiedziała, że praca z cieniem to jedno, ale nie każdy muszi od razu wchodzić w junga. Dla mnie przełomem było coś znacznie prostszego, zaczęłam zapisywać sny... Serio, przez pół roku tylko to. I nagle zaczęłam widzieć wzorce, które same mnie prowadziły. Jakby psychika sama wiedziała co pokazywać i kiedy. Czy to jusz jest przemiana? Nie wiem. Ale coś się ruszyło na pewno. xD
Właśnie! Pytam bo sama tez próbuję z dziennikiem snów i nie bardzo wiem czy robię to dobrze. Czasem zapisuję, czasem nie, zależy czy zdążę przed wstaniem. Zastanawiałam sie czy to w ogole ma sens jeśli sie pamięta tylko fragmenty.
O rety, ale tu wchodzimy w takie new-age-owe hbby, a nie w temat przemiany wyższego Sobą. Zapisywanie snów to spoko praktyka ale żeby to było transformacyjne, to muszi być coś co z tymi snami dalej robisz, jakaś praca, analiza, rytuał. Samo zapisywanie to jak zbieranie kwitow bez ich czytania.
Wrzucam się bo mi tu coś gryzie... Mówimy o przemianie wyższego Sobą i zaczęliśmy od alchemii, druidów, wedanty, a teras skończyliśmy na dziennikach snów i afirmacjach. Nie mówię że to złe, ale to jednak inne poziomy rozmowy. Czy ktoś mógłby powiązać te wątki? Bo chyba się trochę rozjechało. Takie mam odczucie. :/
To co Ignaś pisze o rozpadaniu mi bardzo pasuje, ale mam pytanie, czy to rozpadanie musi być bolesne? Czy można to przejść łagodnie? Bo trochę się boję te wszystkie opisy ciemnej nocy duszy, tak czy siak kryzysu, to brzmi strasznie i zastanawiam się czy wlasnie dlatego wiele osób nie chce tej przemiany.
@Andromena, to jest naprawdę centralne pytanie dla tego tematu. I uczciwa odpowiedź jest taka, że nie zawsze musi być dramatycznie. Są tradycje, np. właśnie taoizm jak Halszeczka wcześniej wspominała, gdzie przemiana jest bardziej jak erozja skały wodą. Długo, cicho,ale skutecznie. Natomiast w tradycjach inicjacyjnych te przejścia były celowo wywoływane i nadzorowane, właśnie dla tego, że poza strukturą to samo doświadczenie potrafi człowieka pogrążyć zamiast przetransformować.
No wllasnie, dobrze że Rydwanka to powiedziała bo chciałam wrócić do tego taoistycznego wątku... Myślę że to rozróżnienie między transformacją nagłą a powolną jest ważniejsze niż rozróżnienie między tardycjami. I to chyba zależy też od człowieka, są ludzie którzy potrzebują uderzenia żeby się obudzić, a są tacy dla których drogi jest powolne przebudzanie. 😛
Ale to co Halszeczka mówi, czy to nie jest trochę tak że sami sobie tłumaczymy czemu jeddno jest lepsze od drugiego? Takie post-hoc racjonalizowanie. Skąd wiemy że powolna przemiana to taoizm a nie zykłe unikanie konfrontacji? Pytam seio bo sam mam tendencję do tlumaczenia sobie inercji jako mądrości. Moze u kogos innego wyglada to inaczej
Przyznam szczerze, o, numerologia i tarot w jednym, mój żywioł 🙂 ale szczerze to nigdy nie myślałam o tej 13 w kontekście przemiany duchowej że tak to ujmę zawsze mi się kojarzyła z pechiem i tyle. Czy to znaczy że pech to tak na prawde sygnał przemiany?? Hm. To by tłumaczyło parę rzeczy z mojego zycia haha
A tak w ogóle, karta Śmierci w tarota to jeden z najbardziej błędnie odczytywanych archetypów... Dosłownie wszyscy sie boją tej karty a ona rzadko kiiedy oznacza fizyczną śmierć. To jest właśnie kaarta radykalnej zmiany, zakończenia jednego etapu... I co ciekawe, jakoś tak często pojawia się w rozkładach kidy ktoś jest na progu czegoś nowego ale się nie chce puścić tego starego. Tak jakby talia wiedziała.
Mam takie naiwne pytanie może ale jak talia kartonowych kart może cokolwiek wiedzieć? Mówię to bez złośliwości na prawde chcę zrozumieć, bo to brzzmi dla mnie jak projekcja. Że my sami wiemy i karty tylo nam to odzwierciedlają?
A czy ta przemiana o której mówimy może sie wydarzyć bez żadnej z tych praktyk? Bez taroту, bez zapisywania snów, bez mistrza? Bo znam kilka osób które przeszły przez jakieś ciężkie doswiadczenia życiowe i kompletnie się zmieniły jako ludzie, stały się głębsze, mądrzejsze, spokojniejsze. I żadna z nich nie słyszała o solve et coagula ani o ciemnej nocy duszy.
Oczywiście że tak. I właśnie to jest chyba jedno z najważniejszych spostrzeżeń w tym teemacie. Tradycje praktyki, symbolika, one oppisują coś co jest procesem naturalynm, wbudowanym w ludzką pychikę i egzystencję. Nie tworzą przemiany, one ją rozpoznają i nadają jej mapę... ludzie przzechhodzili przez to zanim ktokolwiek cokoliek nazwa. Pytanie jest inne,czy mając mapę przechodzisz pzez to samo mądrzej, z mniejszą stratą. I ja skłaniam sie ku tak ale nie jest to pewnik
To co Ignaś napisał na końcu mocno mi siedzi w głowie, że tradycje nie tworzą przemiany tylo ją rozpoznają. Ale mam z tym pewien opór. Bo jeśli ktoś przechodzi przez ciężkie doświadczenie i się zmienia bez żadnej praktyki, bez żadnej symboliki, to jak odróżnić że to była prawdziwa transformacja wyższego Sobą a nie po prostu że trochę dorósł albo się zahartował? Gdzie jest ta granica? 😉
No ale jeśli wszytko jest przemianą to to słowo przestaje cokolwiek znaczyć. Jak każde dojrzewanie, jesli o mnie chodzi każde trudne przeżycie, każda zmiana nawyku jest transformacją wyższego Sobą, to po co w ogole mamy te wszystkie tradycje i systemy. I to jest moj główny problem z tym tematem od początku
