Słuchajcie, a jak wejść w to od innej strony - mamy tradycje, gdzie kobiety nigdy nie straciły centralnej roli rytualnej i nikt tego nie musiał odzyskiwać. Myślę o kulcie Westy w Rzymie, o Pythiach w Delfach, o kapłankach Izydy. Co sprawia, że w jednych tradycjach kobiecość sakralna przetrwała, a w innych nie? Czy to kwestia monoteizmu, tekstowości, centralizacji?
Ten wzorzec ma nawet swoją nazwę w religioznawstwie - 'routinizacja charyzmatu' Webera. Założyciel działa charizmatycznie i otwiera przestrzeń, potem instytucja zamyka to, co charyzmat otworzył, bo musi zarządzać dostępem do świętości. Kobiety są zwykle pierwszą ofiarą tego procesu, bo są marginesem władzy, a nie jej centrum. Ale to rodzi pytanie: czy jest tradycja, w której ten proces poszedł w drugą stronę?
