Właśnie o to mi chodziło wcześniej z Tillichem. On chyba próbował rozwiązać dokładnie ten problem, że symbol uczestniczy w rzeczywistości, którą wyraża, więc nie musisz go falsyfikować jak hipotezę naukową. Ale jestem ciekaw, czy ktoś wie, jak teologowie, nie filozofowie, odpowiadali na Bultmanna. Bo to była chyba ogromna dyskusja w XX wieku?
Przepraszam, że się wtrącę z głupim pytaniem, ale co to jest gnoza i dlaczego to jest coś złego? Bo słowo pojawia się już kilka razy i nie wiem, czy mam to rozumieć jako obelgę czy jako opis.
Ojej, tego nie wiedziałam. I co Kościół odpowiedział na te pytania?
To mi przypomina pytanie, które miałem od początku tego wątku. Czy Wcielenie jako dogmat zakłada, że Bóg wybrał konkretny punkt historyczny i konkretne ciało nie przez przypadek? Bo jeśli tak, to każdy szczegół ma znaczenie teologiczne. A to jest ogromne twierdzenie.
I właśnie tu widać, dlaczego Wcielenie jako dogmat, a nie symbol, jest kluczowe dla całej architektury teologicznej. Jeśli Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, to roszczenie do wyjątkowości jest uzasadnione ontologicznie. Jeśli jest symbolem, nawet bardzo głębokim, to Hick ma rację i nie możesz go traktować inaczej niż Buddę czy Krysznę.
Słuchajcie, ja trochę się pogubiłam w tym wszystkim. Mamy Rahnera, Hicka, Chalcedon, kairologię... Czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie to wszystko zostawia zwykłego wiernego, który chodzi do kościoła w niedzielę i nie studiował teologii? Bo wydaje mi się, że większość ludzi wierzy po prostu, że Jezus był Bogiem, i nie zastanawia się nad tymi rozróżnieniami.
Właśnie, to jest dobre pytanie. Ja sam myślę, że dla większości praktykujących chrześcijan te filozoficzne rozróżnienia nie mają znaczenia w codziennej wierze. Wiara działa niezależnie od tego, czy rozumiesz Chalcedon.
To jest akurat argument, który mnie przekonuje bardziej niż cała ontologia Chalcedonu. Że Wcielenie ma sens egzystencjalny, nie tylko metafizyczny. Bóg, który wie, jak boli, to coś innego niż bezosobowy absolut.
Przepraszam, ale ciągle wracam do tego pytania o innych. Mówicie o zbawczej inkarnacji, ale co z ludźmi, którzy żyli przed Jezusem? Abraham, Mojżesz? Czy oni też są "anonimowymi chrześcijanami" wstecznie? To brzmi jeszcze dziwniej.
To jest właśnie to, co mnie uderzyło w tym wątku: że dogmat Wcielenia to nie jest jeden izolowany artykuł wiary, ale coś, co pociąga za sobą cały łańcuch twierdzeń. Jak wyciągniesz jeden element, całość się zmienia. Mam tylko pytanie: czy są tradycje chrześcijańskie, które świadomie wyciągnęły ten element i zbudowały coś spójnego mimo to?
No dobrze, ale ja dalej nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o Świadkach Jehowy i unitarianach, że odrzucają bóstwo Chrystusa. To co oni robią ze wszystkimi fragmentami, gdzie Jezus mówi "ja i Ojciec jedno jesteśmy"? Tłumaczą to jakoś inaczej czy po prostu ignorują?
I tu dochodzimy do sedna problemu, który pojawia się za każdym razem, gdy ktoś próbuje "odblokować" dogmat Wcielenia przez reinterpretację tekstu. Bo pytanie brzmi: czy masz prawo zdecydować, które fragmenty są "autentycznym Jezusem", a które "teologiczną nadbudówką", i na jakiej podstawie to robisz? Tolle czy biblistyka historyczna to nie jest metoda neutralna.
No właśnie to mnie uderzyło. Jak słucham tej dyskusji, to mam wrażenie, że każda tradycja i tak wybiera, co podkreśla, a co zostawia z boku. Tylko jedni mówią, że to robią świadomie, a drudzy twierdzą, że po prostu "trzymają się tekstu".
Może to głupie pytanie, ale czy ta cała dyskusja o dogmacie i symbolu ma jakieś praktyczne znaczenie dla modlitwy? Bo kiedy się modlę, to nie myślę o Chalcedonie. Myślę o czymś, co jest bliskie.
Tylko że tu wchodzi mistyka, i to chyba u każdej tradycji. Sufi modlą się z tym samym przekonaniem o realnej obecności, buddyści mają poczucie kontaktu z czymś transcendentnym podczas medytacji. Czy to oznacza, że wszystkie te doświadczenia są równoważne?
Właśnie i to jest chyba pytanie, które każdy musi jakoś rozstrzygnąć samodzielnie, nie? Bo żadna teologia tego za ciebie nie zrobi. Możesz znać cały Chalcedon na pamięć i nadal nie wiedzieć, czy ktoś słucha.
Hm, ale jak to się ma do innych religii, gdzie też jest jakaś forma "wyjścia bóstwa naprzeciw"? W hinduizmie są awatary, Wisznu schodzi na ziemię wielokrotnie. Czy to jest podobna struktura, czy zupełnie inna logika?
No ale czy ta jednorazowość nie jest właśnie tym, co odróżnia chrześcijaństwo od wszystkich innych systemów? Że to wydarzenie historyczne, z datą, miejscem, konkretnym człowiekiem? Nie mit w sensie powtarzalnego wzorca, tylko coś, co naprawdę się stało?
Tillich to ten od "Boga ponad Bogiem"? Czytałam gdzieś o nim, ale nie rozumiałam, o co mu chodziło. Czy on w ogóle był chrześcijaninem w tradycyjnym sensie, skoro tak przebudowywał te pojęcia?
Ale wracając do sedna tego wątku, bo trochę odpłynęliśmy. Jadzia zaczęła od pytania: dogmat czy symbol? I chyba po tych stu kilkudziesięciu postach widać, że odpowiedź zależy od tego, jaką tradycją stoisz. Czy ktoś tu zmienił zdanie pod wpływem dyskusji? Serio pytam.
To ciekawe, że dogmat wyrósł z debaty, a nie z objawienia gotowej odpowiedzi. Trochę jakby ludzie na sali decydowali, co jest prawdą o Bogu. Rozumiem, że dla wierzących to było prowadzenie Ducha Świętego, ale z zewnątrz to wygląda jak bardzo ludzki proces.
