To mi przypomina coś z kabały, pojęcie ibbur, które jest rodzajem tymczasowego połączenia z duszą sprawiedliwego. Zupełnie inny kontekst, ale ta sama idea: świętość miejsca albo postaci może otwierać coś, nawet bez formalnego przygotowania. Czy ktoś wie, jak sufi nazywają taki kontakt przez miejsce?
Słyszałam termin tawassul, chodzi o szukanie bliskości z Bogiem przez pośrednictwo świętego. To jest trochę kontrowersyjne w islamie, salafici to odrzucają, ale w tradycji sufickiej jest centralne. Mazary są właśnie miejscami, gdzie ta bliskość jest dostępna dla każdego, nie tylko dla inicjowanych.
No i tu mam pytanie, bo to jest centralny problem dla mnie w sufizmie. Ekstaza przez miłość do Boga, przez świętego, przez muzykę. Czy to jest faktycznie droga do Boga, czy raczej droga do bardzo intensywnego stanu emocjonalnego, któremu nadajemy boską etykietę? Jak to w ogóle rozróżnić od wewnątrz?
To jest chyba ten moment, gdzie nie da się tego rozstrzygnąć logicznie. Albo wchodzisz w doświadczenie i sprawdzasz od wewnątrz, albo stoisz z boku i analizujesz. A analizując, zawsze zostaniesz z tym pytaniem bez odpowiedzi. Mnie to nie przeszkadza, ale ciekawa jestem, czy ktoś miał takie doświadczenie i potem był absolutnie pewien, że to nie był tylko stan emocjonalny?
Pewność jest chyba złym kryterium. Nawet wielcy mistycy, Rumi, Ibn Arabi, Mechthild z Magdeburga, pisali o momentach zwątpienia po ekstazie. Może właśnie ta niepewność, to pytanie 'czy to było prawdziwe', jest częścią ścieżki, a nie dowodem, że nic się nie wydarzyło. Wróćmy na chwilę do sedna, bo zaczęliśmy od sema i tańca. Czy ktoś wie, czy dervishi też mają po rytuale takie pytania, czy wewnętrzna tradycja zakonu daje im jakiś model, jak rozumieć to, co czuli?
No ale to jest trochę inaczej niż to mówisz. Mechthild czy Jan od Krzyża mieli zwątpienie po ekstazie, zgoda, ale działali w określonych ramach doktrynalnych, kościelnych, zakonnych. Ich zwątpienie było interpretowane przez spowiedników, przełożonych. Ametystka była w Konya sama, bez żadnego kontenera. To nie jest to samo.
Nie ciszę. Było głośno, ludzi dużo, turystów sporo. Ale w środku była taka warstwa skupienia, jakby dźwięki były gdzie indziej. I ta przestrzeń przy sarkofagu ma w sobie coś ciężkiego w dobrym sensie. Nasyconego. Nie umiałam potem powiedzieć, czy to było 'moje' czy miejsca.
To rozróżnienie, czy coś jest 'moje' czy 'miejsca', jest dla sufickiej epistemologii naprawdę kluczowe. Oni by powiedzieli, że samo to pytanie wskazuje, że byłaś wystarczająco otwarta, żeby nie przypisać doświadczenia sobie z miejsca. To jest już rodzaj adabu, właściwej postawy wobec tego, co się dzieje. Ale Latawica, mam pytanie: czy sema, ta rytualna forma sema z wirowaniem, jest dostępna dla odwiedzających jako coś więcej niż spektakl?
To jest dla mnie centralny punkt tej dyskusji. Czy ekstaza mistyczna jest czymś, co się dostaje, czy czymś, co się odkrywa, że już jest? Bo od odpowiedzi na to chyba zależy, jak oceniamy całą rolę rytuału, struktury, zakonu. Jeśli to odkrywanie, to może Ametystka w Konya robiła dokładnie to samo, co murid po latach praktyki, tylko inną drogą?
