Mam ten sen od kilku lat i jakoś nie mogę przestać o nim myśleć. Wchodzę do swojego domu, który znam - no, przynajmniej myślę, że go znam. I nagle otwiera się drzwi do jakiegoś pokoju, który normalnie tam nie ma. Wchodzę i jest kolejny. Potem kolejny. Każdy większy od poprzedniego, jakby dom był zrobiony z gumy albo czas w środku działał inaczej. Raz skończyłam w sali wielkości kościoła, z sufitem tak wysoko, że go nie widziałam. Zupełnie nie wiem co to oznacza. Czy ktoś miał coś podobnego?
To jeden z tych snów, które naprawdę dają do myślenia. Dom w symbolice onirycznej to najczęściej metafora nas samych - każde piętro, każdy pokój to jakiś aspekt psychiki albo duszy. Jeśli pokoje się rozszerzają i pojawia się ich więcej niż powinno, to może znaczyć, że odkrywasz w sobie coś, czego wcześniej nie znałaś. Ale chcę dopytać - te pokoje są przyjemne, przerażające, neutralne? Bo to dużo zmienia interpretację.
Taki sen kojarzy mi się z tym, co w symbolice numerologicznej i archetypowej wiąże się z nieskończonością przestrzeni wewnętrznej. Dom bez dna, bez granic - to może być obraz duszy, która jeszcze nie poznała własnej pojemności. Ciekawe, czy w tym śnie jest jakieś uczucie ciągnienia, żeby iść dalej, czy raczej niepokój?
To uczucie, że 'nie powinnam tam być', to jest według mnie kluczowe. Często mamy takie sny właśnie wtedy, kiedy w życiu coś się otwiera, jakaś możliwość, a my się wahamy czy wejść. To może być metafora decyzji? Mam pytanie do Ciebie - czy coś w Twoim życiu ostatnio się zmieniło albo stoisz przed jakimś ważnym wyborem?
Moim zdaniem dom w snach to po prostu podświadomość i te nowe pokoje to wyparte wspomnienia albo zdolności, których jeszcze nie używasz. Im dalej idziesz w śnie, tym głębiej w swoje własne zasoby. Rozszerzanie się przestrzeni to pozytywny znak - wzrost. Słyszałem też, że tego rodzaju sny są częstsze u osób, które zaczynają jakąś praktykę duchową. Masz coś takiego?
Ja mam pytanie może trochę z boku - czy w tych pokojach są jakieś drzwi, przez które nie przechodzisz? Takie zamknięte? Bo mi się raz śniło coś podobnego i był jeden pokój z zamkniętymi drzwiami i przez lata zastanawiałam się co za nimi jest. Nigdy we śnie nie weszłam. Nie wiem czy to ma znaczenie, ale mnie to nurtuje.
Wróćmy do rozszerzających się pokojów, bo to jest specyficzny motyw. Nie chodzi tylko o to, że są nowe pokoje - to by była inna symbolika. Tu przestrzeń aktywnie rośnie, jakby reagowała na obecność śniącego. Widziałam opisy podobnych doświadczeń w kontekście podróży astralnych - jakby świadomość przekraczała normalny obszar. Czy kiedykolwiek miałaś wrażenie, że jesteś w tym śnie bardziej przytomna niż zwykle?
To co opisujesz z tą intensywnością zmysłów i wyraźnością - to brzmi jak granica między zwykłym snem a czymś głębszym. W tradycji runologicznej przestrzeń jest jednym z fundamentalnych pojęć - Hagalaz to właśnie nieopanowana, rozrastająca się przestrzeń, coś, co przekracza kontrolę, ale niekoniecznie wrogie. Ale powiedz mi jeszcze - czy w tym śnie jest jakiś punkt, od którego przestajesz być pewna drogi powrotnej?
Tylko uważajcie, żeby nie wpaść w pułapkę i nie przyklejać zbyt szybko jednej etykietki. Rozszerzająca się architektura senna to może być mnóstwo rzeczy i nie zawsze jest to miłe i duchowe odkrycie siebie. Czasem takie sny towarzyszą stanom wyczerpania, przeciążenia - psychika pokazuje, że za dużo naraz się dzieje. Nie mówię, że tak jest w tym przypadku, ale pytam wprost - jak śpisz ogólnie, czy masz inne nieregularności senne?
To co mówisz o spokoju po przebudzeniu jest dla mnie wskazówką. Sny, które zostawiają spokój, nawet jeśli były dziwne w trakcie, mają inną wagę niż te, które budzą z lękiem. Zastanawiam się czy próbowałaś kiedyś do tego snu wrócić świadomie - to znaczy, zanim zasnęłaś, nastawić się na niego, żeby pójść dalej niż poprzednio?
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie, może głupie - te pokoje mają okna? Bo mnie zastanawia co by było widać za oknem w takim nieskończonym domu. Czy tam w ogóle jest zewnętrze?
Pomyślałam teraz i... w pierwszych pokojach są okna, normalnie wychodzące na ogród. Ale im dalej, tym mniej. Ten ostatni, ten ogromny - tam nie ma okien w ogóle. Ani drzwi wyjściowych. Ale jakoś zawsze wracam, choć nie pamiętam jak.
Ten moment, kiedy nie pamiętasz jak wróciłaś - to jest bardzo charakterystyczne dla pewnego rodzaju snów progowych. Przejście jest, ale umysł go nie rejestruje, bo być może dzieje się na granicy świadomości. Powrót bez pamięci powrotu. Ktoś jeszcze miał takie doświadczenie? Nie tylko w kontekście architektury, ale generalnie - znikanie ze snu bez wybudzenia?
Ten powrót bez pamięci powrotu... ja miałam kiedyś coś podobnego, ale w zupełnie innym śnie. Jakby pewne przejścia były po prostu niedostępne dla świadomej pamięci. Ale właśnie dlatego mam pytanie do Bozenki - czy w ogóle próbowałaś kiedyś zapisywać ten sen zaraz po przebudzeniu? Czy jest jakiś detal, który z każdym powtórzeniem jest inny, a co zawsze zostaje takie samo?
Zapisywałam, ale nie systematycznie. Teraz żałuję. Z tego co pamiętam - ogród za pierwszymi oknami jest zawsze ten sam, taki trochę zaniedbany, z jabłonią. I schody, przez które przechodzę z jednego poziomu na drugi, zawsze drewniane i skrzypią. Ale liczba pokojów jest za każdym razem inna. Raz jest ich może pięć, raz mam wrażenie że idę przez nie godzinami.
ta jabłoń w ogrodzie to szczegół, który mnie zatrzymał. Jabłoń w symbolice sennej to nie jest przypadkowy obraz - pojawia się w kontekście wiedzy, wyboru, ale też korzeni i rodzinnej ciągłości. Czy ten ogród wygląda jak ogród z twojego dzieciństwa, czy jest zupełnie obcy?
To co Bozenka opisuje z tą jabłonią i uczuciem 'powinnam znać' - to jest charakterystyczne dla snów, które mają związek z pamięcią duszy, niekoniecznie z pamięcią tego życia. W tradycji platońskiej dusza przed wcieleniem przechodzi przez zapomnienie, ale pewne obrazy zostają jak cień. Ogród, który rozpoznajesz, choć go nie znasz, to może być właśnie taki ślad. Ale nie chcę za bardzo odpływać od samej architektury, bo te pokoje wciąż mnie bardziej zastanawiają.
A czy te pokoje mają między sobą jakiś porządek? Chodzi mi o to czy zawsze idziesz w głąb, czy możesz też cofnąć się i znowu odkryć inny korytarz? Bo mnie zastanawia, czy to jest architektura liniowa, taka jak tunele, czy bardziej jak labirynt, gdzie masz wybory.
To jednokierunkowość jest moim zdaniem kluczowa. W kabale jest takie pojęcie zejścia do głębi - katabaza - i tam też nie ma powrotu tą samą drogą. Wychodzisz inaczej niż weszłaś, przez inne przejście albo w ogóle nie pamiętasz wyjścia. Brzmi znajomo? Ten brak pamięci powrotu może być właśnie tym - nie ma powrotu, bo wyjście odbywa się przez inny poziom.
To jest właśnie to co mnie zawsze zastanawia w takich snach - że architektura łamie fizykę i śniący to akceptuje bez zdziwienia. Jakby ta przestrzeń miała własne reguły i my je po prostu znamy. Czy jak się budzisz, to te geometryczne niemożliwości cię dziwią, czy dopiero po chwili sobie uświadamiasz że to nie mogło tak wyglądać?
Słyszałam kiedyś takie określenie - 'architektura emocjonalna'. Że w snach przestrzeń buduje się z tego co czujemy, a nie z fizycznych praw. Pokój pod pokrojem wejściem z boku to może być po prostu uczucie, że jedna sprawa jest 'pod spodem' innej, ale dochodzisz do niej przez coś zupełnie osobnego. Bozenka, czy te pokoje o dziwnej geometrii jakoś szczególnie emocjonalnie wyróżniają się spośród innych?
Czekajcie, bo mi się tu coś zaczyna łączyć. Bozenka idzie zawsze w jedną stronę, bez cofania. Sen intensywniej wraca przy ważnych momentach życia. I jest ten jeden pokój - kościelny, poza czasem, bez okien, do którego dochodzi się przez geometrycznie niemożliwe przejście. To brzmi jakby ten konkretny pokój był celem całej tej wędrówki, a reszta to jakby przedpokoje do niego. Czy ten pokój kościelny jest na końcu każdego snu, czy tylko czasem?
To co mówisz zmienia trochę obraz całości. Jeśli ten kościelny pokój jest stały, a reszta zmienna - to on jest kotwicą. Przestrzeń rośnie wokół niego, ale on sam nie rośnie. Czy cokolwiek jest w tym pokoju? Meble, światło, przedmioty? Czy jest absolutnie pusty?
Mnie to też bardzo zastanawia. Bo jeśli reszta pokojów zmienia liczbę i układ, a ten jeden zostaje taki sam - to jest jakiś stały punkt w całej tej zmiennej architekturze. W symbolice run Hagalaz oznacza właśnie niezmienność w środku chaosu, ziarno pod lodem. Ale nie chcę nakładać gotowych schematów zanim Bozenka nie opowie co jest w tym pokoju.
Dobra, bo widzę że kilka osób czeka - ten kościelny pokój nie jest pusty. Jest w nim coś w rodzaju ławy albo skrzyni, trudno mi powiedzieć, bo jest za ciemno żeby dobrze widzieć. I jest luz, takie mętne, rozlane po ścianach. Nie pochodzi z okna ani z lampy, po prostu jest. I jest cicho, ale nie tak jak gdy jest cicho - raczej jakby dźwięk tam nie istniał w ogóle.
Skrzynia albo ława i światło bez źródła - to dwa bardzo wyraźne symbole. Czy ta skrzynia jest zamknięta? Czy próbowałaś kiedyś do niej podejść, otworzyć ją, dotknąć?
Zatrzymuję się przy tym 'raczej wpisane w pokój'. To znaczy że ty wchodzisz do tego miejsca jako gość, nie jako gospodarz. Ale jednocześnie wracasz tam od lat. To kto jest gospodarzem tego pokoju?
