A ten rytuał to trzeba robić kazdego wieczoru żeby to miało sens, czy wystarczy od czasu do czasu? Bo mnie zawsze stresuje jak myślę o jakiejś codziennej rutyie że jak raz zapomnę to wszystko idzie się paść.
Ja miałam przez jakiś czas bardzo konsekwentną wieczorną praktykę - co do minuty prawie - i w pewnym momencie zamiast wejść w stan skupienia zaczęłam po prostu spełniać obowiązek. Siadałam, robiłam to co zawsze, ale głowa była gdzie indziej. I zastanawiam się czy ta mechaniczność nie jest gorsza niż brak rytuału. Czy ktoś miał podobny moment kiedy rytuał "skostniał"?
Dobra, ale to trochę rozmywa całe pojęcie. Jak wszystko może być rytuałem jeśli tylko się tak pomyśli, to po co w ogóle rozróżniać? Mycie zębów też może "nabrać znaczenia". Przy tym podejściu nie ma już żadnej różnicy między czymkolwiek a rytuałem sensu stricto.
Nie wszystko - ale tak, intencja zmienia charakter czynności. Mycie zębów można wykonać jako świadome zamknięcie dnia, jako gest oczyszczenia przed wejściem w noc. Nie twierdzę że musisz - ale jeśli ktoś to robi z taką intencją, to ta czynność realnie inaczej wpływa na stan przed snem. Nie metaforycznie, dosłownie - skupienie uwagi na prostej czynności cielesnej obniża aktywność w sieciach kojarzonych z przeżuwaniem myśli. Więc to ma fizyczne przełożenie.
Dziękuję że to napisałaś Helenko, bo to mnie trochę odpina od presji żeby "robić to dobrze". Ja się zawsze martwię że źle medytuję albo źle ustawiam intencję i przez to rezygnuję zanim zacznę. A tu wychodzi że wystarczy że cokolwiek zostało.
A to ma jakiś sens neurologiczny czy to jest bardziej przekonanie które działa przez placebo? Pytam bo sam nie śpię dobrze i zastanawiam się czy warto w ogóle robić te eksperymenty czy po prostu kupić lepszy materac.
To pojęcie ma jest ciekawe i trochę zmienia perspektywę. Bo ja zawsze myślałam o rytuale wieczornym jako o czymś co trzeba "zrobić" - sekwencja kroków, koniec. A tu chodzi raczej o jakość momentu między, a nie o sam moment. Czy dobrze rozumiem?
Dobra, ale jak się wchodzi w ten stan? Bo to brzmi trochę jak coś czego albo się ma albo się nie ma. Ja jak próbuję "być uważna" to zaczynam pilnować czy jestem dość uważna i to jest spirala bez wyjścia.
Długość i regularność to dwie osobne zmienne i często miesza się jedno z drugim. Krótka codzienna praktyka daje inne efekty niż długa weekendowa i niekoniecznie ta pierwsza jest lepsza dla każdego. Zależy od tego co chcesz osiągnąć - jeśli chodzi o ciągłość w pracy z treścią snów to codzienna krótsza ma więcej sensu. Jeśli ktoś chce bardziej wejść w jakiś konkretny stan raz na jakiś czas to może woleć dłuższe podejście z większą ilością czasu.
Kwestia pamięci snów i intencji to są połączone naczynia, bo regularne zapisywanie - nawet jednego słowa po przebudzeniu - stopniowo zmienia to jak mózg traktuje sny. To nie jest żadna magia, to jest po prostu trening uwagi. Ale wracając do pytania Dziewanki - intencja przed snem może mieć bardzo różne formy i nie ma jednej poprawnej. Ja przez długi czas pisałam jedno zdanie w zeszycie tuż przed zgaszeniem światła. Nie pytanie, nie życzenie, tylko stwierdzenie o tym co chcę zobaczyć albo zrozumieć. Efekty przychodziły nieregularnie, ale regularność samego zapisywania była ważniejsza niż treść.
A ten zeszyt przy łóżku to coś co faktycznie zmienia nawyk czy to kolejna rzecz którą się zaczyna i po tygodniu leży zapomniana? Pytam bo mam już chyba trzy takie zeszyty o których istnieniu przypomniałam sobie dopiero jak szukałam czegoś na półce.
To jest zresztą zgodne z tym co wiadomo o cyklach snu - najdłuższe fazy REM, podczas których sny są najbardziej rozbudowane, przypadają na drugą połowę nocy, więc przebudzenia przed świtem są statystycznie bardziej płodne pod kątem pamięci. Ale piszę to żeby podkreślić że jeśli ktoś ma problem z zapamiętywaniem snów, to często jest kwestia pory budzenia, a nie braku snów w ogóle.
No i znowu wracamy do punktu wyjścia - fizjologia robi robotę, a reszta jest oprawą. Nie mówię że oprawa nie ma wartości, ale wydaje mi się że my tu przez cały czas rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach i mieszamy je ze sobą jakby były jednym.
Tylko że to nie odpowiada na pytanie które mnie interesuje najbardziej - od czego w ogóle zacząć. Można gadać o ma, intencjach, fazach REM i architekturze snu, ale jak ktoś nie wie jeszcze co ma robić te piętnascie minut przed spaniem to wszystko to jest abstrakcja. Czy jest jakiś sensowny punkt startowy?
A czy to nie jest zwykłe warunkowanie pawłowskie? Dzwoni dzwonek, pies się ślini. Kadzidełko płonie, mózg zasypia. Nie rozumiem po co owijać to w filozofię rytuału skoro mechanizm jest banalny.
A dwa tygodnie to jest jakaś umowna granica czy ma jakieś uzasadnienie? Pytam bo zawsze słyszałam o dwudziestu jeden dniach na zmianę nawyku i teraz nie wiem któremu wierzyć.
