Mam ostatnio taki temat w głowie, który chodzi za mną od dłuższego czasu i nie wiem, czy ktoś tu miał podobnie. Chodzi o rytuały, które dostało się w spadku po rodzinie - dosłownie i w przenośni. U mnie to głównie babcia, która miała swój zestaw praktyk i robiła pewne rzeczy w bardzo konkretny sposób. Zapalenie świecy w określonym miejscu, okrążenie stołu przed wigilią, sypanie soli w progi przy przeprowadzce. Nigdy nie tłumaczyła dlaczego, po prostu "tak się robi". I ja przez lata robiłam to samo, w ogóle się nie zastanawiając. Ale w pewnym momencie zaczęłam się pytać: czy to co robię, rzeczywiście coś dla mnie znaczy, czy po prostu odtwarzam schemat, bo go znam? Bo jest spora różnica między robieniem czegoś z pełną świadomością intencji a robieniem czegoś, bo babcia tak robiła i jakoś głupio nie robić. Ciekawi mnie, jak wy to rozgraniczacie albo czy w ogóle rozgraniczacie.
To jest akurat temat, który znam z autopsji. Mój ojciec miał własne rytuały, część z nich przejął po swoim ojcu, i przez długi czas byłem przekonany, że to jest po prostu "moja tradycja", że to należy do mnie. A potem okazało się, że niektóre z tych rzeczy kompletnie mi nie leżą - robię je mechanicznie, bez żadnego zaangażowania. I tu właśnie pojawia się pytanie, które mnie nurtuje: czy rytuał bez intencji nadal jest rytuałem, czy tylko gestem? Bo z tego co czytałem na ten temat, w wielu tradycjach - choćby w kontekście rytualnych praktyk wedyjskich - sama czynność wykonana poprawnie ma wartość niezależnie od stanu umysłu wykonawcy. Ale to jest podejście zupełnie inne od tego, do czego większość z nas jest przyzwyczajona w zachodnich praktykach.
Mnie właśnie to "ustawianie się w środku" bardzo do czegoś odnosi. Mój dziadek przed każdym rytuałem siadał na chwilę w ciszy, nic nie mówił, po prostu siedział. Dopiero po kilku minutach wstawał i zaczynał. Nigdy nie zapytałem go o to za życia i teraz trochę żałuję, bo nie wiem, czy to był element rytuału, czy po prostu jego własna potrzeba skupienia. I taki brak wiedzy o tym, co stoi za daną czynnością, jest dla mnie największym problemem przy dziedziczonych praktykach. Odtwarzasz formę, ale nie wiesz, czy ta forma była ważna sama w sobie, czy była tylko oprawą dla czegoś innego.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, bo mnie to dotyczy całkiem konkretnie: co robicie, kiedy rodzina aktywnie oczekuje, że będziesz kontynuować te praktyki, i to nie jest tylko kwestia tradycji, ale dosłownie ciśnie na ciebie, żebyś robiła dokładnie tak, jak zawsze? Mam na myśli taką sytuację, gdzie modyfikacja czy pominięcie elementu rytuału jest traktowane niemal jak obraza. Nie mówię o sytuacji hipotetycznej.
Tutaj jest podstawowy błont który popełniacie - rytuał przodków to jest żywa rzecz, ona cały czas ewoluuje, i każde pokolenie ZAWSZE coś dodawało od siebie albo modyfkowało. Tak działały wszystkie tradycje szamańskie i animistyczne. Więc ten mit o niezmienności jest po prostu błędny. Masz prawo robić po swojemu bo tradycja na tym polega żeby żyć a nie być skansenem.
Weszłam w ten wątek i teraz nie wyjdę 🙂 Bo Eliade to jest akurat temat, przy którym mam mieszane uczucia. On opisał to naprawdę dobrze, ale też był mocno krytykowany za to, że tworzył zbyt uniwersalne schematy i przykrawał konkretne tradycje do swojej teorii. Więc zanim zaczniemy tłumaczyć rodzinną presję przez Eliadego, może warto zapytać - czy ta tradycja w ogóle ma jakieś głębsze korzenie, czy po prostu ktoś w rodzinie kiedyś zaczął coś robić i to stało się "tradycją" w ciągu jednego pokolenia? Bo to też się zdarza.
Czytam to wszystko i trochę inaczej to widzę, może dlatego że jestem z innego pokolenia. Moja mama nigdy mi nie tłumaczyła dlaczego robimy pewne rzeczy, po prostu robiłam razem z nią i z czasem to do mnie docierało. Nie przez wykład, tylko przez robienie. I teraz, jak patrzę na to co robiłam przez lata, to rozumiem więcej niż gdybym dostała wyjaśnienie na początku. Więc może to pytanie "dlaczego" nie jest zawsze konieczne na początku?
Zastanawiam się nad czymś. Piszecie o tradycji, o przekazie, o tym co babcia robiła. Ale co z sytuacją, kiedy rytuały były w rodzinie traktowane wprost jako magia, i nikt się z tym nie obnażał, bo to nie było akceptowane społecznie? Mam na myśli takie rzeczy, które robiło się po cichu, o których nie rozmawiało się głośno nawet w domu. I teraz nie mam od kogo się dowiedzieć, bo te osoby już nie żyją.
Wchodze tutaj bo akurat cisza wokół rodzinnych rytuałów to jest coś o czym mogłabym dużo pisać. Moja rodzina była z pogranicza mazowiecko-podlaskiego i tam mieszało się naprawdę dużo różnych wpływów, prawosławnych, katolickich, i tych starszych rzeczy których nikt już nie nazywał wprost. Prababcia chodziła do kościoła ale też miała swoje zioła, swoje dni kiedy pewne rzeczy wolno a kiedy nie. I to się nie wykluczało, tylko żyło obok siebie. A teraz to co ją pytam córkę prababci - moją babcię - to ona mówi że to były "przesądy" i że ona w to nie wierzy. Ale sama to robiła. To jest ta warstwowość przekazu, która jest naprawde skomplikowana.
Słuchajcie a czy ktoś tu próbował przywracać rytuały rodzinne które zanikły? Nie odtwarzać jeden do jednego tylko na nowo zbudować coś w oparciu o to co się wie? Ja próbowałem i wiem że to działa, bo czujesz tą ciągłość z przodkami nawet jeśli forma jest trochę inna. Tu nie chodzi o poprawność historyczną tylko o intencję połączenia.
to pytanie o tożsamość rytuału to jest coś, o czym myślę od jakiegoś czasu. Bo z jednej strony masz ciągłość intencji, z drugiej ciągłość formy, i one nie zawsze idą razem. W tradycjach wedyjskich mówi się o sampradaya - przekazie z ust do ust, z serca do serca - i tam właśnie ciągłość osobowa jest ważniejsza niż dosłowna forma. Ale my nie mamy tej żywej linii przekazu w większości przypadków. Więc rekonstruujesz coś na podstawie fragmentów i własnego odczucia. I tu jest moment, w którym szczerość wobec siebie jest chyba najważniejsza - czy to jest kontynuacja, czy to jest coś nowego nazwanego starym imieniem?
Słucham tego i chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówimy o dwóch różnych problemach jednocześnie i trochę nam się mieszają. Jeden to pytanie o autentyczność - czy moja rekonstrukcja to "ta sama" tradycja. Drugi to pytanie o skuteczność czy sens praktyki - czy coś, co zrekonstruowałam, w ogóle działa na mnie, daje mi to, czego szukam. To są różne pytania i można na nie odpowiedzieć niezależnie. Można mieć nieautentyczną rekonstrukcję, która jest dla ciebie głęboko znacząca. I można mieć autentyczny przekaz, który jest dla ciebie całkowicie pusty.
Chcę tu wejść z czymś, co może trochę zmienić perspektywę tej dyskusji. Bo mówimy o rekonstrukcji i autentyczności tak, jakby to był problem nowy. Ale Maurice Bloch, antropolog który badał rytuały przejścia, zwracał uwagę na to, że rytuał zawsze zawiera element "udawania starości" - nawet nowo wynaleziony rytuał jest prezentowany jako odwieczny. Ta pozorność ciągłości jest wbudowana w samą strukturę rytuału. Więc pytanie "czy to autentyczne" może być nieco źle postawione, bo każda tradycja w jakimś momencie zaczęła się jako czyjaś inwencja.
Słucham tej rozmowy o antropologach i teoriach i myślę o swojej mamie, która nigdy w życiu nie słyszała o żadnym Bloch i Turner, a robiła te rzeczy z pełnym przekonaniem. I to przekonanie było chyba ważniejsze niż to, czy forma była autentyczna czy nie. Ona nie miała wątpliwości, więc te praktyki dla niej po prostu działały. A ja mam te wątpliwości i czasem się zastanawiam, czy właśnie dlatego mam mniejsze poczucie że to coś daje - nie dlatego że forma jest zła, ale dlatego że cały czas się pytam zamiast po prostu robić.
i to może być właśnie to, czego brakowało w przekazie rodzinnym - mama i babcia robiły to z pewnością, bo nie miały innej opcji, bo nigdy nie było przestrzeni na pytanie. I ta pewność wyglądała jak wiara albo jak moc, a tak naprawdę mogła być po prostu brakiem alternatiwy. To nie jest zarzut wobec nich, po prostu inne czasy i inne pytania.
Ta "pewność bez alternatywy" to jest coś co mnie bardzo zatrzymuje. Moja babcia miała sąsiadkę która robiła te same rzeczy ale trochę inaczej i babcia wiedziała o tym, ale obydwie uważały że ta druga robi "trochę nie tak". Czyli jakaś alternatywa była, tylko nie była traktowana jako legitymizowana. Może ta pewność nie wynikała z braku wiedzy o innych opcjach ale z tego, że "nasze" było oczywiscie właściwe a "nie nasze" było trochę podejrzane.
Ta dynamika "nasze jest właściwe" ma jeszcze jeden wymiar, który chcę tu dodać, bo myślę że rzadko się o tym mówi wprost. W badaniach nad pamięcią zbiorową - Halbwachs to opisał dość precyzyjnie - rodzina funkcjonuje jako wspólnota pamięci, gdzie każde odchylenie od normy jest odczuwane jako zagrożenie dla spójności grupy, nie tylko dla rytuału. Czyli kiedy mama mówi "tak się nie robi", to ona niekoniecznie broni skuteczności praktyki. Ona broni tożsamości rodziny. To są dwie różne rzeczy i myślę, że to rozróżnienie bardzo pomaga w takich konfliktach.
Słucham tej rozmowy i coś mi nie daje spokoju. Mówicie o "inicjowaniu drugiego etapu" jakby to było naturalne przejście, ale co jeśli tego drugiego etapu w ogóle nie ma czym wypełnić? Mam na myśli - jeśli wiedza o sensie rytuału zginęła dwa pokolenia temu i dosłownie nikt żywy jej nie ma, to co my właściwie inicjujemy? Rekonstrukcję wyobrażonego sensu, który niekoniecznie ma coś wspólnego z oryginalnym? I czy to jest problem czy nie?
Ale poczekajcie, bo trochę się zgubiłam w tej rozmowie o Bellu i normach historycznych. Wróćmy na chwilę do tego co Paradoxa i Adept mówili o praktyce. Ja mam konkretne pytanie: czy ktokolwiek z was próbował rozmawiać z rodziną nie o tym czy rytuał jest autentyczny, ale właśnie o tej presji? Bez wchodzenia w temat samej praktyki, tylko o tym że presja jest niekomfortowa. I jak to poszło.
