Obserwuję tę wymianę między Hellanem a Albinkiem i chcę zapytać - czy ta różnica w definicji ma jakieś praktyczne znaczenie? Znaczy, jeśli coś działa, to czy ważne jak to nazwiemy?
W runach jest coś podobnego do tego rozróżnienia. Galdr - śpiew run - wymaga głosu, czyli fizycznego działania. Samo myślenie o runie nie jest galdr. Myślę że to jest ta sama zasada - żeby rytuał był rytuałem, musi być jakaś granica między 'przed' i 'po', i musi być jakiś gest, dźwięk, działanie, które tę granicę tworzy.
A co jeśli ktoś jest z natury bardzo w głowie i fizyczne gesty są dla niego sztuczne? Mam taką znajomą, która mówi, że wszelkie zewnętrzne rytuały czuje jako odgrywanie, nie przeżywanie. Czy taka osoba może w ogóle robić rytuały pożegnania skutecznie?
To pytanie Topielicy jest właściwie pytaniem o to, skąd bierze się symboliczna moc gestu. I nie ma na to jednej odpowiedzi. Część tradycji powie, że gest działa niezależnie od subiektywnego odczucia wykonującego - sam akt ma znaczenie. Inne powiedzą, że bez intencji gest jest pusty. To napięcie jest obecne w dyskusjach o rytuałach od bardzo dawna.
Słucham tej wymiany i mam wrażenie, że cały czas krążymy wokół pytania, którego nikt wprost nie zadał - czy rytuał pożegnania ma coś robić z relacją do osoby czy miejsca, z którym się żegnamy, czy ma coś robić z nami? Bo to dwa różne cele i może dlatego formy są takie różne.
o, to jest dobre pytanie. Bo jak sobie przypomnę różne pożegnania, które robiłam - raz chodziło mi bardziej o tamtą osobę, raz bardziej o siebie. I za każdym razem forma była inna. Może to właśnie dlatego tak trudno znaleźć jeden schemat.
Mam takie skojarzenie - w tradycji shintoistycznej jest coś, co nazywa się kuyō, czyli rytuały odprawiane za przedmioty, zwierzęta, ale też za relacje, które się skończyły. Tam cel jest wyraźnie podwójny: uwolnienie tego, co odchodzi, i oczyszczenie siebie z przywiązania. Może to jest właśnie ten brakujący element - że zachodnie myślenie o pożegnaniu skupia się albo na jednym, albo na drugim, a nie na obu jednocześnie?
To co Rojnik opisuje o tym tofu i igle - to jest właśnie ten typ gestu, który Topielica miała problem poczuć jako inny od myślenia. Tu jest bardzo konkretny, fizyczny akt z bardzo konkretnym symbolem. Nie musisz 'czuć magii' - symbol robi swoją robotę.
Właśnie, i to jest coś, co w runach też jest ważne - sam symbol niesie znaczenie, nie tylko twoja interpretacja w danym momencie. Dlatego Algiz jako runa ochrony działa inaczej niż myślenie 'chcę ochrony'. Ale wracając do pożegnania - czy ktoś tu kiedyś szukał konkretnego symbolu do rytuału pożegnalnego? Nie żałobnego, właśnie pożegnalnego?
To co Anielka opisuje to jest właśnie punkt, w którym psychologia i praktyka rytualna się spotykają. Nieuświadomiona intencja to nie brak intencji - to intencja, która jeszcze nie znalazła języka. Rytuał często jest właśnie tym językiem, który ona znajduje.
Ale czy to nie oznacza, że niemal każde znaczące działanie przy stracie może być pożegnaniem? Gotowanie tej kawy przez Sliwkę, zdjęcie Anielki, te karty. Gdzie jest granica między rytuałem a po prostu radzeniem sobie?
To rozróżnienie Albinka między procesem a cięciem bardzo mi pasuje do tego, co czuję w różnicy między żałobą a pożegnaniem. Żałoba jest procesem z natury - rozłożona w czasie, bez wyraźnego końca. Pożegnanie - nawet jeśli jest elementem żałoby - jest momentem. I chyba właśnie dlatego może być rytuałem w tym precyzyjnym sensie.
Czyli wychodzi na to, że żałoba może zawierać wiele małych pożegnań? Pożegnanie z wyobrażeniem przyszłości z tą osobą, pożegnanie z codzienną rutyną, pożegnanie z konkretnym miejscem. I każde z nich może być osobnym rytuałem albo nie być nim wcale. To trochę zmienia sposób myślenia o całości.
To co Dominisia napisała o wielu małych pożegnaniach - to mi dużo daje. Bo właśnie tak to czuję, tylko nie umiałam tego nazwać. Kiedy wyjeżdżałam z miasta, w którym mieszkałam przez siedem lat, nie miałam żadnego jednego momentu 'to jest pożegnanie'. Były dziesiątki małych momentów. Ostatni raz w tej kawiarni, ostatni raz tą trasą, ostatni raz z tymi ludźmi. I żadnego z nich nie zrobiłam świadomie jako rytuał. Ale każde z nich coś robiło. Czy to znaczy, że żałoba za miejscem jest bardziej rozbita na fragmenty niż żałoba za człowiekiem?
Zaczęłam ten wątek z pytaniem, czy pożegnanie różni się od żałoby, i teraz widzę, że idzie nam coraz bardziej w stronę tego, że rytuał pożegnania potrzebuje jakiegoś punktu zakotwiczenia - osoby, miejsca, daty, gestu. Bez tego jest tylko tęsknota, nie pożegnanie. Czy to jest wniosek, który wszyscy czujecie, czy ja to za bardzo upraszczam?
Nie za bardzo upraszczasz, ale bym to odwrócił. Nie chodzi o to, że rytuał potrzebuje punktu zakotwiczenia. Chodzi o to, że punkt zakotwiczenia jest tym, co zmienia doświadczenie w rytuał. To nie jest warunek wstępny - to jest efekt. Kiedy coś traktujesz jako punkt, to wtedy staje się rytuałem.
Mam wrażenie, że ta dyskusja kręci się wokół czegoś, co w antropologii rytuału nazywa się 'liminalnością' - progiem. Van Gennep to opisał ponad sto lat temu i do dziś jest aktualne. Rytuał przejścia zawsze ma trzy fazy: oddzielenie, próg, włączenie. Pytanie o pożegnanie vs żałobę to tak naprawdę pytanie, na której z tych faz się skupiamy. Żałoba to głównie próg - jesteś między. Pożegnanie to oddzielenie - moment wyjścia ze starego statusu.
To co Hellan mówi o tej trzeciej fazie - że nikt nie potwierdza - to mnie bardzo uderzyło. Bo jak myślę o tym zdjęciu ojca, które przestawiłam, to nikt tego nie widział. Zrobiłam to sama. I może dlatego przez długi czas nie czułam, że to 'się stało'. Że przeszłam przez coś. Dopiero rozmawiając tutaj zaczynam to traktować jak punkt.
No i tu dochodzimy do czegoś konkretnego - czy forum może być tym świadkiem? Serio pytam, bo kilka razy widziałam, że ludzie opisują swoje rytuały tutaj właśnie po to, żeby ktoś to 'przyjął'. Nie po radę, tylko żeby powiedzieć 'zrobiłam'.
Tu mam sprzeciw do Ksiezycnaa. Świadek to nie to samo co potwierdzenie. Możesz mieć tysiąc świadków i nadal nie czuć, że jesteś 'po'. Żałoba po kimś bliskim często tak wygląda - wszyscy widzieli pogrzeb, wszyscy 'wiedzą', a ty i tak wiszysz między. Więc ten element społeczny jest ważny, ale nie wystarczający.
Wracam do tego, co mówiła Filomena o zamiataniu z domu - bo mi to dało do myślenia w kontekście całej tej rozmowy o progach. Ta tradycja jest dokładnie tym, o czym Hellan mówi jako 'oddzielenie'. Masz jasny gest, który mówi: to się kończy. Dom oddaje coś, ty oddajesz coś domowi. Nie ma niejasności co do tego, że to jest granica. I to nie jest żałoba - tam nie ma straty w sensie dramatycznym. Jest zakończenie.
To jest obserwacja, która coś we mnie otwiera. Że może rytuały pożegnalne są trudniejsze do zbadania właśnie dlatego, że są mniej spektakularne od żałobnych - a przez to rzadziej opisywane. Kto pisze o tym, że zamiatał dom przy wyprowadzce? A kto pisze o żałobie? Mamy całe biblioteki o śmierci i skąpe notatki o reszcie pożegnań.
To co Dominisia napisała o spektakularności jest dla mnie kluczem do czegoś, co mnie od dawna nurtuje. Rytuały żałobne mają oprawę - ciemne ubrania, kwiaty, trumna, cała choreografia społeczna. Rytuały pożegnalne są niewidoczne. I może właśnie dlatego tak rzadko w ogóle uznajemy je za rytuały. Bo jak coś jest niewidoczne, to sami sobie mówimy, że 'po prostu coś zrobiliśmy', nie że 'odprawiliśmy rytuał'.
Ale to chyba nie jest takie proste, że żałoba ma scenariusz. Znam osoby, które miały pogrzeb i całą tę oprawę, i w ogóle się nie poczuły po. I znam kogoś, kto pożegnał partnera po rozstaniu - spalił zdjęcia, wyrzucił rzeczy - i powiedział, że to było dla niego zamknięcie. Więc chyba nie jest tak, że forma zewnętrzna decyduje.
Spalenie zdjęć to jest coś, co się pojawia w bardzo wielu osobistych opisach. Zastanawiam się, czy to jest tak głęboko zakorzenione, że ludzie dochodzą do tego niezależnie od siebie, czy gdzieś to przeczytali i nieświadomie skopiowali. Bo ta forma jest naprawdę bardzo powszechna.
Rojnik, to mnie też ciekawiło. Bo piszesz o tym jak o czymś, do czego ludzie dochodzą samodzielnie - ale z drugiej strony ogień jako element zamknięcia jest we wszystkich kulturach. Może to nie jest kopiowanie, ale coś głębszego - że ogień jako metafora niszczenia i oczyszczenia jest po prostu ludzkim odruchem?
Ogień niszczy materialny ślad, ale zostawia popiół i wspomnienie spalania. To nie jest pełne wymazanie. Pytanie, czy to o to chodzi - żeby wymazać, czy żeby zamienić formę. Zdjęcie znika, ale akt spalenia zostaje. I zostaje jako rytuał, nie jako przedmiot.
