Ale jak masz zdecydować, co to oznacza, kiedy jesteś w środku tego wszystkiego? Ja jak przestawiałam to zdjęcie ojca, o którym wcześniej pisałam, to nie myślałam: 'teraz zdecyduję, że to oznacza zamknięcie'. Po prostu zrobiłam to i potem mi ulżyło. Decyzja, jeśli w ogóle była, to nieświadoma.
Wrócę do czegoś, co mówił wcześniej Hellan o tej trzeciej fazie van Gennepa - włączeniu. Bo mam wrażenie, że w przypadku pożegnania z miejscem ta trzecia faza jest zupełnie inna niż przy żałobie. Przy żałobie 'włączenie' to powrót do codzienności bez osoby. Przy pożegnaniu z miejscem - co jest tym powrotem? Że zaczynasz traktować nowe miejsce jak dom?
Ale to co Hellan opisuje brzmi bardziej jak koniec bez nowego początku. A rytuały przejścia z definicji prowadzą gdzieś. Jak pożegnanie nie prowadzi do nowego etapu, to czy jest przejściem? Czy po prostu zakończeniem?
To znaczy, że rytuał pożegnania prowadzi do pustki? Bo to brzmi przygnębiająco. Mówię serio, nie ironicznie.
Mam pytanie do całej rozmowy, bo czytam i coś mi chodzi po głowie. Rozmawiamy głównie o pożegnaniach z ludźmi i miejscami. A co z pożegnaniem z wersją siebie? Bo czasem słyszę, że ludzie robią rytuały na koniec jakiegoś okresu życia - wypisują, co chcą zostawić, palą, zakopują. Czy to jest ta sama kategoria?
Rojnik, to jest świetne rozszerzenie tematu i trochę mnie przebudza, bo o tym aspekcie w ogóle nie myślałam pisząc ten wątek. Pożegnanie z wersją siebie - czy tam też musi być ten świadek, o którym mówili Hellan i Ksiezycnaa? Albo czy to jest jeszcze bardziej prywatne z natury, bo świadek tego, że 'już nie jestem taka jak byłam' to chyba tylko ja sama?
To co Rojnik otwiera to jest odrębna kategoria w literaturze - rytuały samotransformacji albo self-passage. I tu jest ciekawa różnica: przy pożegnaniu z osobą czy miejscem jest jakiś zewnętrzny punkt odniesienia - tamta osoba naprawdę odeszła, tamte miejsce naprawdę już nie jest twoje. Przy pożegnaniu z sobą samym granica jest rozmyta. Kto decyduje, że ta stara wersja odeszła?
To co Hellan mówi o self-passage jest o tyle ciekawe, że w zasadzie większość rytuałów inicjacyjnych, które znamy z tradycji, też jest pożegnaniem z wersją siebie - tyle że oprawioną społecznie. Inicjacja w wielu kulturach oznaczała dosłownie symboliczną śmierć dziecka i narodziny dorosłego. Więc to nie jest nowa kategoria, to jest ten sam schemat, tylko pozbawiony wspólnoty, która by go potwierdziła.
Tylko że Turner pisał o rytuałach wspólnotowych, nie? Tam forma była zadana z zewnątrz, ktoś prowadził. Jak sama wymyślasz rytuał i sama go wykonujesz, to skąd ta forma ma taką siłę, żeby przez ciebie przeprowadzić?
Właśnie, bo wróćmy na chwilę do tego, co było na początku tego wątku - czyli do różnicy między pożegnaniem a żałobą. Bo ta rozmowa o self-passage jest ciekawa, ale mam wrażenie, że trochę odpłynęłyśmy. Przy żałobie ta forma z tradycji jest dosyć narzucona - pogrzeb, stypa, pewne okresy. Przy pożegnaniu z wersją siebie nie ma żadnego kulturowego scenariusza. To jest zawsze improwizacja.
no i to może tłumaczyć, dlaczego rytuały pożegnania z wersją siebie są takie różne u różnych osób i trudno je porównywać. Żałoba ma punkty odniesienia, nawet jeśli ich nie przestrzegasz, to wiesz, od czego odchodzisz. A pożegnanie z sobą - każdy robi to inaczej i nie ma jak zmierzyć, czy to zadziałało.
A czy w ogóle da się zmierzyć, czy zadziałało? Bo ja po tym co robiłam z tym zdjęciem ojca - pisałam o tym wcześniej - nie miałam żadnego przełomu w stylu 'teraz jest inaczej'. Zmiany przychodziły powoli, przez kilka tygodni. Jakbym nie wiedziała, że to był moment rytuału, to bym go w ogóle nie rozpoznała jako punktu zwrotnego.
Jest coś takiego w psychologii rytuału co się nazywa 'framing effect' - to że to, jak opisujesz sobie to co robisz, zmienia to co przeżywasz. Nie dlatego że rzeczywistość się zmienia, ale dlatego że twoja uwaga jest inaczej ukierunkowana. Więc Anielka może mieć rację, że z intencją i bez - efekt mógłby być różny, nawet przy tym samym geście.
Ale to trochę sprowadza rytuał do autosugestii, nie? Jakby powiedzieć, że działa bo wierzysz że działa, to jest tylko inaczej powiedziane placebo. Mam wrażenie, że jest coś więcej w rytuale niż tylko ramowanie własnego doświadczenia.
Zostańmy chwilę przy tej sensoryczności, bo to jest coś, o czym nie myślałam. Przy żałobie jest dużo elementów fizycznych - trumna, ziemia, kwiaty, zapach. Przy osobistym rytuale pożegnania często to są tylko papier i ogień albo w ogóle nic materialnego. Czy to może być powód, dla którego prywatne pożegnania są mniej 'zakorzenione' niż żałobne?
A te zamknięte lustra to jest coś, co zawsze mnie zastanawiało - po co? Słyszałam różne wersje, że dusza się może w lustrze zgubić, że to stara tradycja żydowska, ale nie rozumiem, co to ma wspólnego z pożegnaniem. Czy to jest element rytuału żałobnego, czy tylko wierzenie?
To z tymi lustrami jest rzeczywiście ciekawy trop. W tradycji aszkenazyjskiej zasłanianie luster podczas sziwy ma kilka interpretacji - jedna mówi o tym, żeby żałobnicy nie skupiali się na własnym wyglądzie, bo to nie jest czas na próżność. Inna, bardziej ezoteryczna, dotyczy właśnie tego, że lustro jako powierzchnia odbijająca może 'zatrzymać' coś, co powinno odejść. Ale to, co mnie bardziej zastanawia w kontekście tego wątku, to że to jest rytuał skierowany do żywych, nie do umarłego. To żałobnicy mają nie widzieć siebie przez te dni. Co to mówi o funkcji żałoby?
Może właśnie o to chodzi - że pożegnanie nigdy nie jest jednostronne. Kiedy ktoś odchodzi, ty też tracisz jakąś wersję siebie. Tę, która była córką, żoną, przyjaciółką tej konkretnej osoby. I te zasłonięte lustra to może być właśnie o tym - żebyś przez chwilę nie widziała, kim jesteś bez tej relacji. Bo jeszcze nie wiesz.
A skąd wiadomo, że już można? Pytam serio, bo mam wrażenie, że w rytuale żałobnym ten czas jest wyznaczony zewnętrznie właśnie po to, żeby osoba w żałobie nie musiała sama decydować - bo w środku takiego stanu i tak nie ma się dobrego wglądu. Przy prywatnym rytuale pożegnania ten wgląd też jest pewnie zaburzony, a mimo to sama musisz ocenić, kiedy koniec.
