Właśnie nad tym siedziałem przez chwilę. Bo z jednej strony jest ta jakość grupowa, której nie da się zastąpić, a z drugiej strony pracowałem przez długi czas tylko solo i miałem wrażenie, że to dawało mi coś, czego nie mam w grupie, mianowicie pełną odpowiedzialność za każdy moment. Nikt inny nie podniesie mnie z rozkojarzenia. W grupie zawsze jest jakiś bufor.
Teodor, ale ten bufor to chyba nie jest zły? Chodzi mi o to, że nie zawsze jesteśmy w miejscu, gdzie chcemy tę pełną odpowiedzialność. Czasem potrzeba czegoś, co niesie trochę za nas.
To co opisuje Eliksira przypomina mi coś z teorii systemów. Kiedy wchodzisz do systemu, stajesz się jego częścią i zaczynasz podlegać jego właściwościom, a nie tylko wnosić swoje. W numerologii często mówi się o tym przy analizie dat grupowych, urodzin kilku osób razem, że liczby ich wspólnych cykli tworzą nową jakość, której żadna z tych liczb z osobna nie ma. To dosłownie nie jest suma.
Ta analogia z latarkami jest niezła, ale mam jedno zastrzeżenie. Przy pracy z czakrami w grupie zauważyłam, że te 'latarki' czasem oświetlają to samo miejsce z różnych kątów i zamiast precyzji masz zagęszczenie. I wtedy jest pytanie, czy to jest pełniejszy obraz, czy raczej trochę chaotyczny.
To co mówi Kminek o wzajemnym wyczuciu, to jest coś, czego nie da się zaplanować przed pierwszym wspólnym rytuałem. Przy kartach z grupą to samo, pierwsze spotkanie jest zawsze sondą. Dopiero po nim wiesz, czy ta grupa ma szansę zbudować wspólny język, czy będzie się ślizgać po powierzchni.
Może zostawić, tak. Szczególnie jeśli ktoś poczuł się odsłonięty albo niezrozumiany. Ale mam też przykład grupy, która miała bardzo trudne pierwsze spotkanie, dużo napięcia, jedna osoba wyszła wcześniej, i potem te same osoby wróciły i zbudowały jedną z lepiej działających grup, jakie widziałam. Jakby to napięcie oczyściło coś od razu.
Czytam tę dyskusję od jakiegoś czasu i mam takie wrażenie, że sporo mówicie o tym, co się dzieje w grupie, ale mniej o tym, co potem. Co zostaje z rytuału grupowego, kiedy każdy wraca do swojej solowej codzienności? Bo z tego co rozumiem, te dwie rzeczy nie są odizolowane, wpływają na siebie.
To co mówi Celestyna, ma swój odpowiednik w tradycji kabalistycznej, w idei 'reszimu', czyli śladu, który pozostaje po wycofaniu się wyższego światła. Rytuał grupowy może być czymś w rodzaju intensywnego styku, który modyfikuje strukturę duchową uczestników, a ta modyfikacja działa dalej już indywidualnie. Nie jest to jednak automatyczne, wymaga jakiejś formy integracji.
Ja bym tutaj wrzucił trochę chłodniejsze spojrzenie. Przez lata obserwowałem grupy, które robiły rytuały i traktowały samo spotkanie jako cel, bez żadnej integracji. I te osoby zazwyczaj szukały kolejnego spotkania jak następnej dawki przeżycia. Nie twierdzę, że to złe, ale warto zdawać sobie sprawę, że intensywne grupowe przeżycie bez refleksji potem to trochę jak sen, który pamiętasz przez godzinę po przebudzeniu, a potem znika.
@Celestyna_ka A jak to się ma do tego, co Teodor pisał na początku o pełnej odpowiedzialności? Bo jeśli integracja zawsze jest solo, to znaczy, że ta odpowiedzialność i tak wraca do jednostki, niezależnie od tego, czy rytuał był grupowy?
Dokładnie o to mi chodziło i cieszę się, że to wróciło do tego punktu. Bo zastanawiałem się, czy w rytuałach grupowych jest jakaś zbiorowa odpowiedzialność, czy to tylko iluzja. Jeśli każdy i tak sam integruje i sam ponosi konsekwencje, to co właściwie jest grupowe poza samym momentem wykonywania?
Mogę się tutaj wtrącić? Bo myślę, że to jest trochę fałszywa dychotomia. Grupowe nie musi znaczyć, że odpowiedzialność jest rozmyta. Możesz być w grupie i być w pełni odpowiedzialny za siebie. Pytanie brzmi raczej, czy obecność innych zmienia to, co się w ogóle otwiera podczas rytuału. A moje doświadczenie mówi, że tak, i to niezależnie od tego, kto potem integruje.
Czytam to i mam pytanie, może trochę proste, ale chce zrozumieć. Mówicie o otwieraniu czegoś w grupie, czego solo byś nie otworzyła. To jest tylko kwestia odwagi, czy naprawde w grupie jakis próg jest niższy i łatwiej o tym 'wejście głębiej'? Bo jeśli drugi, to dlaczego?
To co mówi Baska to jest coś, o czym rzadko się mówi głośno, a według mnie jest kluczowe przy pracy w grupach z kartami. Przy rozkładach solo masz przyzwolenie na interpretację, która jest dziką i kompletnie subiektywną. W grupie ta dzikość gdzieś się chowa, bo jest jakiś niejawny standard tego, co wolno powiedzieć. I to jest strata, bo często ta nieokiełznana interpretacja idzie prosto w sedno.
Słucham tej rozmowy o jakości grupy i zastanawiam się, czy to jest coś, co w ogóle można ocenić z zewnątrz, zanim się wejdzie do środka. Czy jest jakiś sposób, żeby sprawdzić, czy dana grupa ma ten rodzaj uczciwości zanim się zainwestuje w pierwsze spotkanie?
Wracając do wcześniejszego pytania Edka o integrację w formie grupowej, bo mi ta kwestia nie daje spokoju. W tradycji hermetycznej jest pojęcie 'laboratorium' jako przestrzeni, w której to, co duchowe, staje się materialne przez powtarzalną pracę. I wydaje mi się, że integracja grupowa jest możliwa, ale wymaga zupełnie innej formy niż samo rytualne spotkanie. Coś w rodzaju wspólnego przetwarzania, ale ustrukturyzowanego, nie swobodnej rozmowy o przeżyciach.
Mam wrażenie, że ta rozmowa dotyka czegoś, o czym zacząłem ten temat, ale od innej strony. Zacząłem od pytania o różnicę między solowym a grupowym, a dochodzimy do tego, że ta różnica nie kończy się na samym rytuale, tylko ciągnie się dalej w tym, co z tym zrobimy. I może właśnie to jest główna linia podziału, nie to, czy coś jest solo czy w grupie, ale czy jest po tym jakakolwiek praca czy tylko następne spotkanie.
Ta obserwacja Teodora o tym, że różnica ciągnie się dalej niż sam rytuał, to jest dokładnie to, co opisuje Elias Gewurz w komentarzach do Kibaliona, choć on pisał o tym w kontekście inicjacji. Twierdził, że żaden rytuał grupowy nie jest nigdy naprawdę skończony w momencie zakończenia ceremonii, bo każdy uczestnik zabiera ze sobą inną warstwę tego samego zdarzenia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ludzie wychodzą z grupowego rytuału z przekonaniem, że przeżyli to samo co inni. Rzadko kiedy tak jest.
Przepraszam, może głupie pytanie, ale co to znaczy 'wychodzić ze stanu' po ryutale grupowym? Chodzi o jakis konkretny stna skupienia, czy co? Bo przy runach robię zazwyaczj zamknięcie, ale nigdy nie myslałem o tym w ten sposób.
Słucham tego i mam pytanie do Teodora, bo on zaczynał ten wątek i chciałem się upewnić, że dobrze rozumiem. Czy od początku chodziło ci głównie o tę odpowiedzialność i to, co dzieje się po rytuale, czy bardziej o samą mechanikę podczas? Bo te dwa aspekty dają się dyskutować osobno i mam wrażenie, że trochę przeskakujemy.
Dobre pytanie, szczerze to sam nie wiedziałem, że chodzi mi o oba. Zaczęłem od praktycznej obserwacji, że to samo działanie inaczej mi idzie solo niż grupowo, i chciałem rozumieć dlaczego. A potem wyszło, że to nie jest tylko kwestia mechaniki w trakcie, ale całego kontekstu przed i po. I ta rozmowa mi to wyraźnie pokazała, że ta granica między 'w trakcie' a 'po' jest umowna.
Wtrącę się, bo mam skojarzenie sprzed kilku miesięcy. Byłam na spotkaniu tarotowym w małej grupie, cztery osoby, i robiliśmy rozkłady na wzajemnie. I to co Teodor mówi o tym, że coś inaczej idzie grupowo, to ja to czułam przy każdej karcie, którą ciągnęłam dla kogoś innego. Jakby rozkład robiony dla grupy miał inny ciężar gatunkowy niż ten sam rozkład zrobiony solo. Trudno to opisać inaczej.
Ten wątek o cenzurowaniu impresji to jest coś, z czym się mocno identyfikuję. Robiłam przez długi czas rozkłady w parach i w pewnym momencie zorientowałam się, że moje interpretacje grupowe są grzeczniejsze od solowych. Nie kłamałam, ale omijałam rzeczy. I zastanawiam się, czy to jest problem grupy, czy raczej mój brak odwagi albo precyzji językowej.
@Celestyna_ka To jest ciekawe jako obraz, ale jak to przełożyć na praktykę? Bo mnie interesuje konkretna sytuacja, kiedy wchodzisz do grupy, w której te 'pola między' już istnieją, bo ludzie znają się od dawna, a ty jesteś nowa. Czy to jest jakaś bariera, czy neutralne?
Właśnie to opisuje jedna z zasad różokrzyżowców dotyczących pracy kręgowej, mianowicie że każdy nowy uczestnik wymaga co najmniej jednego pełnego cyklu pracy wyłącznie jako obserwator, zanim zacznie aktywnie uczestniczyć w rytuale. Nie dlatego, że jest gorszy, ale dlatego, że te wzorce między uczestnikami są jak partytury, których nie możesz przeczytać na zimno. Musisz je najpierw słuchać.
Nie wiem, czy Gnostyk odpowie, ale z mojego doświadczenia to zależy od częstotliwości pracy grupy. Jeśli grupa spotyka się co nów i pełnię, to jeden cykl to jakieś dwa spotkania, ale to jest minimum. Dla mnie bardziej liczy się nie czas, tylko czy nowa osoba zdążyła poczuć, jak ta konkretna grupa pracuje w różnych stanach, nie tylko w tych łatwych i celebracyjnych, ale też w tych, gdzie coś nie idzie albo jest tarcie między uczestnikami. To jest ten test.
