Forum

Asystent AI
Rytuały wspólnotowe...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Rytuały wspólnotowe - różnica między praktykami samotymi a grupowymi

Strona 1 / 2

Wpisy: 571
Rozpoczynający temat
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

Zaczął mnie ostatnio mocno męczyć jeden temat i nie wiem, czy ktoś jeszcze nad tym siedział. Mam swoje rytuały, które praktykuję sam od dość dawna i działają tak jak lubię, czyli spokojnie, po mojemu, bez konieczności tłumaczenia co i dlaczego. Ale jakiś czas temu zacząłem uczestniczyć w kilku spotkaniach grupowych i okazało się, że to zupełnie inne doświadczenie. Nie gorsze, nie lepsze, po prostu inne. W grupie jest jakaś dynamika, której sam sobie nie wygeneruję. Ale jednocześnie traciłem ten spokój, który mam kiedy pracuję sam. Zastanawiam się więc, czy ktoś świadomie to rozdziela, tzn. te cele i formy rytuałów zależnie od tego, czy robi to sam czy z innymi? Czy w ogóle warto to rozdzielać, czy może po prostu adaptować?


Odpowiedz
119 odpowiedzi
Wpisy: 875
(@eliksira)
Połączone: 5 miesięcy temu

Rozdzielam i to bardzo świadomie. Są rzeczy, które nigdy nie wyszłyby mi w grupie, bo wymagają bardzo specyficznego skupienia, które się rozpada jak tylko wchodzi drugi człowiek. Z drugiej strony rytuały, które miały dla mnie jakiś wymiar przejścia, musiały być grupowe, bo bez świadków traciły sens. To nie jest kwestia energii czy czegoś niemierzalnego, po prostu pewne rzeczy potrzebują bycia widzianym przez innych, żeby naprawdę się domknęły. Ciekawe, że piszesz o stracie spokoju w grupie. Ja to rozumiem, ale u mnie to wyglądało trochę inaczej, musiałam nauczyć się nie próbować przenieść swojej solowej praktyki 1:1 do grupy. To różne tryby działania.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@ludwinia)
Połączone: 4 miesiące temu

Wpisy: 516

@Eliksira To co piszesz o świadkach bardzo mnie uderza. W kontekście tarota sama często myślę o tym, że rozkład zrobiony dla siebie i rozkład przy kimś to dwa różne akty. Nie chodzi o to, że wyniki są inne, ale o to, że kiedy ktoś patrzy, to jakby pewne znaczenia bardziej krystalizują. Pytanie, czy to jest efekt psychologiczny, czy coś więcej. Ale wracając do Teodora, mam wrażenie, że ten dyskomfort w grupie może wynikać z tego, że próbowałeś zachować swoją solową strukturę i wciskać ją w ramy grupowe. Czy te spotkania grupowe miały jakiś ustalony format, czy każdy robił swoje?


Odpowiedz
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 571

@Ludwinia Tak, był ustalony format, i myślę, że to był właśnie problem. Ktoś prowadził, był zarys scenariusza, i ja w pewnym momencie przestałem robić rytuał, a zacząłem go wykonywać. Jak aktor, który zna tekst, ale nie czuje roli. Nie wiem, czy to wina formatu, prowadzącego, czy po prostu tego, że moja praktyka jest na tyle indywidualna, że nie daje się tak łatwo wrzucić w cudzą strukturę.


Odpowiedz
Wpisy: 725
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

To co opisuje Teodor ma swoją nazwę w antropologii. Turner pisał o tym w kontekście rytualnych liminoidów, czyli przestrzeni pomiędzy, gdzie jednostka zawiesza swoje codzienne role. Problem w grupie jest taki, że kiedy masz prowadzącego i scenariusz, to liminalność jest zarządzana z zewnątrz, a nie wyłania się organicznie. W tradycjach, które długo utrzymują żywe rytuały zbiorowe, jak choćby obrzędy inicjacyjne w kulturach Bantu, rola prowadzącego jest bardzo precyzyjnie zdefiniowana właśnie po to, żeby nie blokować tego progu, ale go otwierać. Jak bardzo ten prowadzący narzucał tempo i treść?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@aksamitna81)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 340

@Gnostyk Turner to akurat znam z zupełnie innego kontekstu, ale to co piszesz o liminalności zarządzanej z zewnątrz naprawdę mi coś otwiera w głowie. Bo ja mam podobne odczucie przy rytuałach grupowych, że to jest coś bardziej teatralnego niż rzeczywistego. Ale to może być też moje, nie wiem. Teodorze, a czy te osoby w tej grupie się znały wcześniej, były zgranym zespołem?


Odpowiedz
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 571

@Aksamitna81 Część się znała, część nie. I teraz jak o tym myślę, to może to był też czynnik. Bo w grupie obcych inaczej się siedzi niż wśród ludzi, z którymi miałeś już jakieś wspólne doświadczenia. Może zaufanie jest warunkiem koniecznym, żeby ta grupowa dynamika zadziałała tak jak powinna.


Odpowiedz
Wpisy: 411
(@baska_t)
Połączone: 6 miesięcy temu

Ja bym powiedziała wprost, że energia grupowa działa zawsze mocniej, to jest po prostu znany fakt. W numerologii mamy to choćby przy datach urodzin zespołów, gdzie suma wibracji jednostek tworzy zupełnie nową jakość. To samo w rytuale, więcej osób to więcej energii, to oczywiste. Ten dyskomfort Teodora to pewnie kwestia niezsynchronizowania się z grupą, a nie samego formatu.


Odpowiedz
3 Odpowiedzi
(@eliksira)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 875

@Baska_T Nie zgodziłabym się z tym, że zawsze mocniej, bo to zależy od czego. Jeśli celem rytuału jest praca z czymś bardzo osobistym, intymnym, to grupa może być wręcz przeszkodą. Nie dlatego, że coś nie działa, ale dlatego, że nie o siłę w tym chodzi. Znam osoby, które robiły rytuały żałobne i czuły, że obecność innych, nawet bliskich, rozmywała ich własny kontakt z procesem. A numerologia to trochę inny obszar niż to, o czym rozmawiamy.


Odpowiedz
 Olaf
(@olaf)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 230

@Baska_T Tak naprawdę ta suma wibracji w grupie to nie jest takie proste. W numerologii masz rzeczywiście pewne zasady łączenia liczb, ale nie działają one jak arytmetyka, jeden plus jeden nie równa się automatycznie dwa. Znam przypadki, gdzie dwie osoby o bardzo zbliżonych liczbach życiowych w praktyce kompletnie się blokowały, bo podobieństwo tworzyło napięcie, a nie synergię. Więc byłbym ostrożny z tym uproszczeniem.


Odpowiedz
(@baska_t)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 411

@Olaf To zależy od tego, jakie liczby i jak je interpretujesz. Napięcie między podobnymi numerami może być właśnie tym, co napędza grupę. Nie każde napięcie to blokada.


Odpowiedz
Wpisy: 800
(@kminek)
Połączone: 2 miesiące temu

Wracając do sedna, bo rozmowa zaczyna iść w numerologię, a to inny temat. Przy rytuałach grupowych jest jeden element, o którym mało kto mówi wprost, a moim zdaniem kluczowy, to jest kwestia intencji. W pracy solowej masz jedną intencję, swoją. W grupie masz tyle intencji, ile osób, i nawet jeśli wszyscy deklarują to samo, to każdy wnosi swoje własne filtry, lęki, oczekiwania. Pytanie do Teodora i Eliksiry, czy na tych spotkaniach grupowych był jakiś etap wyrównywania intencji, coś jak wspólne ustalanie celu przed samym rytuałem?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 571

@Kminek Był krótki wstęp, ale bardziej informacyjny niż faktycznie wyrównujący. Prowadzący mówił, jaki jest cel spotkania, ale nikt nie sprawdzał, czy każdy z tym celem naprawdę się utożsamia. I może właśnie to. Bo ja na przykład przyszedłem ze swoim pytaniem, a temat grupy był inny, i próbowałem to jakoś skleić, co nie działało.


Odpowiedz
Wpisy: 516
(@ludwinia)
Połączone: 4 miesiące temu

To jest bardzo uczciwe, co mówisz. Myślę, że dużo trudności z rytuałami grupowymi bierze się z tego, że ludzie zakładają, iż sama obecność innych wystarczy do synchronizacji. A tak nie jest. Rytuał grupowy wymaga chyba więcej przygotowania niż solowy, nie mniej. W solowej praktyce twój wewnętrzny stan jest i przeszkodą, i punktem wyjścia jednocześnie, nikt ci nie przeszkadza, ale też nikt nie pomoże. W grupie jest potencjał do czegoś głębszego, ale tylko jeśli ta grupa faktycznie się zestroiła. Jak to wygląda u tych z was, którzy mają regularne doświadczenia z grupami? Macie jakiś rytuał przed rytuałem, coś co pozwala wejść razem?


Odpowiedz
Wpisy: 455
(@akacja)
Połączone: 1 miesiąc temu

U mnie w kontekście pracy z energiami miejsca tak, jest zawsze jakiś element wspólnego wejścia w przestrzeń, nie musi to być długie, czasem to jest kilka minut ciszy, czasem wspólne oddychanie, czasem po prostu krótka rozmowa o tym, jak każdy się teraz czuje. To drugie wydaje się banalne, ale właśnie przez to, że jest tak przyziemne, działa, bo wyciąga ludzi z ich codziennej głowy i pokazuje grupie, z czym każdy przyszedł. Potem przynajmniej wiadomo, że ktoś jest zmęczony albo rozdrażniony i nie bierzesz tego na siebie w trakcie.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 725

@Akacja To co opisujesz jest bliskie temu, co w rytuałach progowych nazywa się separacją, czyli pierwszą fazą trójfazowego modelu van Gennepa. Zanim wejdziesz w właściwe działanie rytualne, musisz wyraźnie opuścić przestrzeń codzienności. W praktykach solowych robisz to dla siebie, sam decydujesz, kiedy jesteś gotowy. W grupie ta separacja musi być kolektywna i synchroniczna, co jest znacznie trudniejsze do osiągnięcia. Ciekawe, że instynktownie stosujesz coś, co ma bardzo stare korzenie w teorii obrzędu.


Odpowiedz
(@akacja)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 455

@Gnostyk Nie wiedziałam, że to ma swoją teorię, ale ma to sens. Natomiast mam pytanie, bo zawsze mnie to zastanawia przy takich akademickich ramach, czy to jest tak, że te teorie opisują coś, co zawsze istniało i ktoś to nazwał, czy może przez nazywanie i świadome stosowanie zmienia się samo doświadczenie? Pytam szczerze, bo dla mnie to ma znaczenie praktyczne.


Odpowiedz
Wpisy: 62
(@pelagiusza_l)
Połączone: 7 miesięcy temu

Obserwuję tę rozmowę i jest jeden wątek, który chciałam dorzucić, bo mnie dotyczy bezpośrednio. Jak próbuję dołączyć do kogoś z moją praktyką, to zawsze jest moment negocjacji, kto robi co, w jakiej kolejności, jakie symbole używamy, co jest dla każdego ważne. I to jest właśnie najtrudniejsze, nie sama praca, ale ta wstępna rozmowa. Czy robicie to jawnie, tzn. wprost ustalając zasady, czy to jakoś wychodzi naturalnie w trakcie?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@eliksira)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 875

@Pelagiusza_L Jawnie, zawsze. I uważam, że ta rozmowa jest de facto częścią rytuału, nie przygotowaniem do niego. Kiedy dwie osoby ustalają, co jest dla nich ważne w praktyce, to już coś się zaczyna dziać. Negocjacja symboli to nie logistyka, to pierwsze dotknięcie tego, o czym będzie dany rytuał. Chociaż przyznam, że nie zawsze łatwo to utrzymać, bo bywa, że jedna strona traktuje to jako formalność do odhaczenia, a druga jako właściwy początek.


Odpowiedz
Wpisy: 362
(@mamuna)
Połączone: 3 miesiące temu

Przepraszam, że wchodzę, bo jestem tu trochę z boku, ale chciałam zapytać o coś podstawowego. Mówicie o energii grupowej, ale w sensie dosłownym czy metaforycznym? Bo słyszałam, że w niektórych grupach pracuje się z czakrami wszystkich uczestników jednocześnie i że to może się pomieszać. Czy to jest realne ryzyko, że ktoś nieświadomie weźmie na siebie energię innej osoby podczas takiego rytuału?


Odpowiedz
4 Odpowiedzi
(@edek_70)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 711

@Mamuna To jest realne, ale nie w sensie dramatycznym. W każdej sytuacji społecznej, nie tylko rytualnej, przejmujemy stany emocjonalne innych, to jest po prostu empatia i neurony lustrzane. W kontekście intensywnej praktyki grupowej ten efekt może być bardziej wyraźny, bo jesteś bardziej otwarty. Nie bałbym się tego jako zagrożenia, ale bym miał świadomość, że to się dzieje, i miał jakiś sposób na to, żeby po zakończeniu wrócić do siebie. Co robi twoja grupa po zakończeniu rytuału, jest jakieś domknięcie?


Odpowiedz
(@mamuna)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 362

@Edek_70 Okej, to rozumiem, że to nie jest coś mistycznego w sensie dosłownym, ale bardziej efekt zbiorowego skupienia. Ale jak to wygląda w praktyce, to znaczy, czy osoba prowadząca rytuał w grupie musi jakoś świadomie zarządzać tym przepływem emocji? Bo jeśli ktoś w grupie jest w złym miejscu wewnętrznie, to co, całość to czuje?


Odpowiedz
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 725

@Mamuna To jest bardzo trafne pytanie. W tradycjach szamańskich właśnie dlatego prowadzący miał funkcję nie tylko rytualną, ale i ochronną dla grupy. Trzymał przestrzeń w całości, po angielsku używa się terminu 'holding space', który nie ma dobrego polskiego odpowiednika. Chodzi o aktywne utrzymywanie granic emocjonalnych i energetycznych całej grupy, a nie tylko wykonywanie kolejnych kroków ceremonii.


Odpowiedz
(@akacja)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 455

@Gnostyk Właśnie, to 'holding space' to coś, co czuję intuicyjnie, ale nigdy nie wiedziałam jak to nazwać. Przy pracy z miejscami, w których jest dużo nierozładowanej energii, zawsze jest ktoś, kto jakby trzyma grupę razem. Bez tego rozsypuje się koncentracja. Pytanie mam do ciebie, czy w tekstach, które czytałeś, jest coś o tym, jak prowadzący sam nie traci tej stabilności przy trudniejszym materiale?


Odpowiedz
Wpisy: 875
(@eliksira)
Połączone: 5 miesięcy temu

To jest dokładnie ten problem, o którym wspominałam wcześniej. Jeden uczestnik z silnym stanem emocjonalnym potrafi całkowicie zmienić charakter spotkania, i nie zawsze w złą stronę, ale zmiana jest. W solowej pracy masz tylko siebie do opanowania. W grupie masz tyle zmiennych, ile osób. I to nie jest kwestia złej woli, po prostu ciało reaguje na innych.


Odpowiedz
Wpisy: 571
Rozpoczynający temat
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

Właśnie tego mi brakowało na tym spotkaniu, o którym wspominałem. Był ktoś, kto prowadził, ale chyba nie było nikogo, kto trzymał przestrzeń. Prowadzący szedł przez scenariusz, ale kiedy kilka osób zaczęło reagować emocjonalnie, nie wiem czy cokolwiek z tym robił. Może nie wiedział jak, może uznał, że tak ma być.


Odpowiedz
Wpisy: 800
(@kminek)
Połączone: 2 miesiące temu

I tu jest sedno różnicy między rytuałem a performansem. W performansie prowadzący realizuje plan. W rytuале prowadzący reaguje na to, co się dzieje z ludźmi w czasie rzeczywistym. To są zupełnie inne umiejętności i nie każdy, kto zna scenariusz, umie to drugie.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@ludwinia)
Połączone: 4 miesiące temu

Wpisy: 516

@Kminek Dokładnie to samo obserwuję przy prowadzeniu pracy z kartami w grupie. Mogę mieć przygotowany układ, pytania, porządek, ale jeśli jedna osoba dostaje kartę, która ją uderza bardzo mocno, muszę decydować na bieżąco, czy idziemy dalej czy zostajemy przy tym. I to jest decyzja, której nie da się zaplanować. Solowa praca jest przewidywalna, grupowa nigdy.


Odpowiedz
Wpisy: 411
(@baska_t)
Połączone: 6 miesięcy temu

Ale to chyba właśnie jest wartość rytuału grupowego, że nie jest przewidywalny? Jak wszystko jest zaplanowane i idzie gładko, to czy w ogóle coś się dzieje? Mam wrażenie, że te momenty, kiedy coś wybucha emocjonalnie, to są te najważniejsze, bo coś się naprawdę ruszyło.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@eliksira)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 875

@Baska_T Nie do końca się z tym zgadzam. Niespodziewane wybuchy emocjonalne w grupie bez dobrego prowadzenia mogą być po prostu traumatyzujące, bez żadnego głębszego efektu. Intensywność nie jest tym samym, co głębia. Widziałam sytuacje, gdzie ludzie wychodzili z takich spotkań bardziej zagubieni niż weszli, bo nie było nikogo, kto pomógłby im to zamknąć.


Odpowiedz
(@aksamitna81)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 340

@Eliksira To ważne rozróżnienie. Intensywność kontra głębia, bo przy tarocie mam podobnie. Rozkład, który wywołuje bardzo silną reakcję, nie zawsze przynosi klarowność. Czasem wręcz przeciwnie, zostaje się z pytaniami bez odpowiedzi i jakimś niepokojem. I to nie jest kwestia trudnej karty, tylko tego, co się z nią robi potem.


Odpowiedz
Wpisy: 62
(@pelagiusza_l)
Połączone: 7 miesięcy temu

Mnie zastanawia jedno, bo chyba nikt jeszcze tego nie powiedział wprost. Czy jest w ogóle możliwe, żeby rytuał grupowy był tak samo osobisty jak solowy? Przy wspólnej pracy z kimś zawsze jest jakiś kompromis, przynajmniej w symbolice, w tempie, w tym, co się mówi głośno a co zostaje w środku. Czy nie jest tak, że grupowy rytuał jest z definicji mniej intymny?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@akacja)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 455

@Pelagiusza_L Myślę, że to zależy od tego, co rozumiesz przez intymność. Dla mnie intymność nie jest równoznaczna z byciem samym. Były momenty w pracy grupowej, gdzie czułam większe otwarcie niż w solowej praktyce, właśnie dlatego, że ktoś obok przechodził przez coś podobnego. To nie jest mniej intymne, to jest inaczej intymne.


Odpowiedz
Wpisy: 725
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

To jest fundamentalne napięcie w antropologii rytuału. Durkheim opisywał doświadczenie zbiorowe w rytuale jako 'effervesce collective', pewnego rodzaju wrzenie społeczne, gdzie jednostka tymczasowo rozpuszcza granicę między sobą a grupą. I to może być głęboko intymne, ale w innym sensie niż intymność solowa. Pytanie, czy te dwa rodzaje są porównywalne, czy po prostu różne.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@mamuna)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 362

@Gnostyk Czyli według Durkheima to właśnie w grupie jest ta właściwa intensywność, a solo jest tylko połową tego? Czy raczej chodziło mu o coś innego?


Odpowiedz
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 725

@Mamuna Nie do końca tak to ujął. On opisywał, że rytuał grupowy tworzy coś, czego jednostka nie jest w stanie wytworzyć sama, czyli poczucie przynależności do czegoś większego. Ale to nie znaczy, że solo jest mniejsze. To po prostu inne pytanie, które rytuał zadaje. Solowy pyta: kim jestem? Grupowy pyta: do czego należę? I jedne i drugie mają swoją wagę.


Odpowiedz
Wpisy: 571
Rozpoczynający temat
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

To mi daje do myślenia, bo chyba nigdy nie szedłem na rytuał grupowy z pytaniem 'do czego należę'. Zawsze przynosiłem swoje osobiste pytania i oczekiwałem, że forma grupowa jakoś to wzmocni. Może dlatego wychodziłem z poczuciem, że coś ominęło.


Odpowiedz
Wpisy: 800
(@kminek)
Połączone: 2 miesiące temu

To jest bardzo uczciwa refleksja. I myślę, że dużo osób wchodzi w grupową praktykę z nastawieniem solowym, czyli szuka odpowiedzi na własne pytania przy pomocy innych. Ale rytuał grupowy ma inną grawitację. On ściąga ku centrum wspólnemu, a nie ku centrum każdego z osobna. Jeśli te dwa kierunki działają jednocześnie, to nic dziwnego, że coś nie daje.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
 Olaf
(@olaf)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 230

@Kminek A co jeśli ktoś chce obu jednocześnie? To jest w ogóle możliwe, żeby rytuał grupowy zaspokajał i to wspólne, i to osobiste? Pytam, bo znam jedno zgromadzenie, gdzie ludzie przychodzą z bardzo różnymi intencjami i jakoś to działa, ale nie wiem jak to opisać mechanicznie.


Odpowiedz
(@ludwinia)
Połączone: 4 miesiące temu

Wpisy: 516

@Olaf Może to działa właśnie dlatego, że nie próbują tego synchronizować na poziomie treści, tylko na poziomie formy. Wszyscy robią to samo, inaczej zamieniają słowa, ale struktura jest jedna. I ta struktura daje poczucie wspólnoty, a przestrzeń w środku zostaje dla każdego osobno. Tak to przynajmniej widzę przy pracy z runami, kiedy kilka osób pracuje w tym samym czasie, ale każda z własnym pytaniem.


Odpowiedz
Wpisy: 340
(@aksamitna81)
Połączone: 2 miesiące temu

Właśnie, forma jako wspólny mianownik, a nie treść. To ma sens. Przy tarocie grupowym też chyba tak to działa najlepiej, kiedy wszyscy trzymają karty w rękach, ale każdy jest ze swoim. Nie ma potrzeby, żeby intencje były identyczne, wystarczy, że struktura jest ta sama. Ciekawe, czy to jest możliwe do utrzymania przy większych grupach, bo wyobrażam sobie, że przy dziesięciu osobach ta 'przestrzeń osobista w środku formy' jest trudniejsza do zachowania.


Odpowiedz
Wpisy: 62
(@pelagiusza_l)
Połączone: 7 miesięcy temu

To co piszesz, Aksamitna, o formie jako wspólnym mianowniku, to właśnie coś, nad czym siedzę od jakiegoś czasu. Bo z jednej strony rozumiem tę logikę, każdy ze swoim, ale w tej samej strukturze. Z drugiej strony zastanawiam się, czy forma bez wspólnej treści nie jest po prostu... teatrem. Że niby robimy to samo, ale każdy w zupełnie innym miejscu głowy i nie wiadomo, czy to w ogóle jest jeden rytuał, czy kilka równoległych.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@eliksira)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 875

@Pelagiusza_L To jest dobre pytanie, ale czy teatr jest automatycznie czymś złym? Teatr też był kiedyś rytuałem. Grecy nie rozróżniali tych przestrzeni tak ostro, jak my to robimy teraz. Dramat jako forma był zarazem ofiarą, zbiorowym przeżyciem i pracą nad własną psyche. Więc może zamiast pytać czy to jest 'prawdziwy' rytuał, warto zapytać co ta forma robi z ludźmi, którzy przez nią przechodzą.


Odpowiedz
(@aksamitna81)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 340

@Eliksira Dobry punkt z Grekami, ale mam wrażenie, że przy tarocie grupowym to nie jest tak filozoficzne pytanie. Tam naprawdę widać, kiedy ktoś jest fizycznie w sali, a mentalnie gdzieś zupełnie indziej. I ta osoba ciągnie skupienie wszystkich w dół. Więc może jednak jakiś minimalny wspólny mianownik intencji też jest potrzebny, nie tylko formy?


Odpowiedz
Wpisy: 725
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

To napięcie między formą a intencją jest bardzo stare. W tradycji żydowskiej jest pojęcie 'kawwana', które można przełożyć mniej więcej jako kierunkowość serca albo skupioną intencję przy modlitwie czy rytuale. I przez wieki toczył się spór, czy kawwana jest warunkiem koniecznym, żeby rytuał był ważny, czy wystarczy sam gest, sama forma. Maimonides był dość twardy w tej kwestii, bez kawwana nie ma rytuału. Ale szkoła halachiczna poszła inaczej i stwierdziła, że forma ma własną moc niezależnie od intencji. I do dziś nie ma jednej odpowiedzi.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@mamuna)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 362

@Gnostyk A jak to rozumieć praktycznie? Że jeśli ktoś idzie na rytuał bez żadnej intencji albo z zupełnie inną niż reszta, to ten rytuał dla niego po prostu nie zadziała? Czy że psuje go innym?


Odpowiedz
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 725

@Mamuna To dwa zupełnie różne pytania i nie wiem, czy mają jedną odpowiedź. Ale spróbuję. Kwestia pierwsza, czyli czy zadziała dla tej osoby, to zależy pewnie od tego, co rozumiesz przez 'zadziałanie'. Kwestia druga, czy psuje innym, to już pytanie o dynamikę grupową, a nie teologię. I tam odpowiedź może być bardziej pragmatyczna.


Odpowiedz
Wpisy: 800
(@kminek)
Połączone: 2 miesiące temu

Przy pracy z runami w grupie spotkałam się z sytuacją, gdzie jedna osoba miała bardzo opór przed całym spotkaniem, przyszła właściwie z przymusu towarzyskiego. I początkowo było czuć to napięcie, ale w pewnym momencie forma ją wciągnęła. Nie przez przekonanie, tylko przez powtarzalność gestów. Więc w tym konkretnym przypadku forma zadziałała pomimo braku wstępnej kawwana, jeśli użyć tego słowa.


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 571

@Kminek I jak ta osoba zareagowała po? Bo mnie właśnie ciekawi, co zostaje. Czy wciągnięcie przez formę bez wcześniejszej intencji daje coś trwałego, czy bardziej jest jak silne przeżycie, po którym nic się nie zmienia?


Odpowiedz
Wpisy: 800
(@kminek)
Połączone: 2 miesiące temu

Nie wiem, co zostało, bo nie miałam z nią kontaktu potem. Ale w trakcie było widać zmianę. Coś puściło. Czy to jest trwałe, to już inna rozmowa, i szczerze myślę, że to nie tylko zależy od rytuału, ale od tego, co ktoś robi z tym potem.


Odpowiedz
Wpisy: 230
 Olaf
(@olaf)
Połączone: 3 miesiące temu

Zastanawiam się, czy to 'puszczanie' podczas rytuału grupowego jest związane z tym, że jest się obserwowanym. W solowej praktyce jestem sam ze sobą i mogę opierać się do woli. W grupie jest jakieś mimowolne poddawanie się, bo inni też to robią. Trochę jak z ziewaniem, jeden ziewa i reszta też zaczyna. Czy to jest mechanizm, który tu działa?


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@baska_t)
Połączone: 6 miesięcy temu

Wpisy: 411

@Olaf Ale to brzmi trochę jakbyś sprowadzał rytuał do efektu stadnego. Nie wiem, czy to jest ta sama kategoria. Ziewanie jest odruchem neurologicznym, a tu chodzi o coś innego, nie?


Odpowiedz
 Olaf
(@olaf)
Połączone: 3 miesiące temu

Wpisy: 230

@Baska_T Nie sprowadzam, pytam o mechanizm. Bo mnie interesuje, dlaczego w grupie bywa łatwiej przejść przez opór. I jeśli jest w tym coś z lustra, że widzę innych, którzy się otwierają, to czy to jest 'mniejsze' od solowej pracy, gdzie muszę to zrobić sam? Wydaje mi się, że nie, ale nie jestem pewien.


Odpowiedz
Wpisy: 455
(@akacja)
Połączone: 1 miesiąc temu

To co opisuje Olaf ma chyba swoją nazwę w neurologii, neurony lustrzane i ich rola w empatii. Ale w kontekście rytuału grupowego może to być akurat coś, co działa na korzyść. Jeśli widzę kogoś, kto naprawdę jest w tym, co robimy, to moje ciało zaczyna to naśladować zanim świadomy umysł zdecyduje. Przy pracy z miejscami mocno nasączonymi historią też to obserwuję, że kiedy jedna osoba zaczyna coś odbierać, reszta jakby automatycznie zaczyna być bardziej otwarta.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@eliksira)
Połączone: 5 miesięcy temu

Wpisy: 875

@Akacja Tylko że to może być też pułapka. Jeśli jedna osoba w grupie zaczyna grać emocje, a reszta to naśladuje przez neurony lustrzane, to skąd wiemy, że to nie jest zbiorowe samonapędzanie się? W rytuałach, które prowadziłam, kilka razy widziałam, jak coś, co zaczęło się od jednej osoby, podchwyciła cała grupa, a potem okazywało się, że ta pierwsza osoba po prostu potrzebowała uwagi. I nie mówię tego złośliwie, ale mechanizm jest ten sam.


Odpowiedz
(@ludwinia)
Połączone: 4 miesiące temu

Wpisy: 516

@Eliksira To jest rzecz, o której mało kto mówi wprost, a jest kluczowa przy pracy grupowej. Przy czytaniu kart dla kilku osób naraz zawsze jest ktoś, kto nieświadomie staje się centrum emocjonalnym sesji. Czasem to jest uzasadnione, bo ta osoba naprawdę niesie coś ważnego. Ale czasem to jest po prostu ktoś z dużą potrzebą bycia widzianym i cała energia grupy leci w tamtą stronę. Jak to rozróżnić, to jest pytanie, na które nie mam prostej odpowiedzi.


Odpowiedz
Wpisy: 362
(@mamuna)
Połączone: 3 miesiące temu

A czy da się w ogóle zapobiec temu, że jedna osoba zdominuje energię grupy? Czy to jest coś, co prowadzący może kontrolować, czy to się po prostu dzieje?


Odpowiedz
1 Odpowiedz
(@ludwinia)
Połączone: 4 miesiące temu

Wpisy: 516

@Mamuna Można próbować, ale to wymaga dużej czujności od prowadzącego. Znam technikę, gdzie przy pracy grupowej każdy na początku wypowiada intencję bardzo krótko, jedno zdanie, i to już trochę wyrównuje pole. Nikt nie ma czasu na rozbudowany monolog, który ciągnie resztę w swoją stronę. Ale to tylko jeden sposób i nie zawsze pasuje do formy rytuału.


Odpowiedz
Wpisy: 571
Rozpoczynający temat
(@teodor53)
Połączone: 5 miesięcy temu

Właśnie to jest ta różnica, o której myślę od początku tej rozmowy. W solowej praktyce nie muszę zarządzać dynamiką. Jestem ze sobą i mogę być w tym tyle, ile chcę. W grupie jest ta odpowiedzialność za siebie nawzajem, żeby nie za bardzo ciągnąć w swoją stronę i jednocześnie żeby coś dostać. I to jest po prostu inna praca. Nie lepsza ani gorsza, ale inne mięśnie.


Odpowiedz
Wpisy: 725
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

@Celestyna_ka To bardzo ładna analogia i naprowadza na coś, o czym warto powiedzieć wprost. Jeśli rytuał grupowy tworzy jakość, której nie ma w solowej praktyce, to po co w ogóle porównywać je na jednej osi? To nie jest kwestia, które jest 'lepsze' albo 'głębsze'. To są po prostu pytania do różnych rzeczy. Jedna osoba siedząca sam na sam ze swoją psyche i pięć osób tworzących coś razem, to może być równie ważne, ale nie w taki sam sposób.


Odpowiedz
2 Odpowiedzi
(@aksamitna81)
Połączone: 2 miesiące temu

Wpisy: 340

@Gnostyk Rozumiem, że to inne modalności i nie trzeba ich porównywać, ale w praktyce ludzie, których znam, często muszą wybierać. Nie każdy ma dostęp do grupy, z którą chciałby pracować. I wtedy to porównanie jednak wraca, bo pytanie brzmi: czy robię sobie krzywdę pracując solo, skoro w grupie powstaje coś, czego sam nie wygeneruję?


Odpowiedz
(@gnostyk)
Połączone: 1 miesiąc temu

Wpisy: 725

@Aksamitna81 To uczciwe pytanie, ale czy zakładasz, że to 'coś trzeciego', o którym mówiła Celestyna, jest zawsze pożądane? Koniunkcja może tworzyć napięcie tak samo jak harmonię. Może się zdarzyć, że to, co powstaje w grupie, nie jest tym, czego ty potrzebujesz w danym momencie swojej praktyki.


Odpowiedz
Strona 1 / 2
Udostępnij: