Zaczął mnie ostatnio mocno męczyć jeden temat i nie wiem, czy ktoś jeszcze nad tym siedział. Mam swoje rytuały, które praktykuję sam od dość dawna i działają tak jak lubię, czyli spokojnie, po mojemu, bez konieczności tłumaczenia co i dlaczego. Ale jakiś czas temu zacząłem uczestniczyć w kilku spotkaniach grupowych i okazało się, że to zupełnie inne doświadczenie. Nie gorsze, nie lepsze, po prostu inne. W grupie jest jakaś dynamika, której sam sobie nie wygeneruję. Ale jednocześnie traciłem ten spokój, który mam kiedy pracuję sam. Zastanawiam się więc, czy ktoś świadomie to rozdziela, tzn. te cele i formy rytuałów zależnie od tego, czy robi to sam czy z innymi? Czy w ogóle warto to rozdzielać, czy może po prostu adaptować?
Rozdzielam i to bardzo świadomie. Są rzeczy, które nigdy nie wyszłyby mi w grupie, bo wymagają bardzo specyficznego skupienia, które się rozpada jak tylko wchodzi drugi człowiek. Z drugiej strony rytuały, które miały dla mnie jakiś wymiar przejścia, musiały być grupowe, bo bez świadków traciły sens. To nie jest kwestia energii czy czegoś niemierzalnego, po prostu pewne rzeczy potrzebują bycia widzianym przez innych, żeby naprawdę się domknęły. Ciekawe, że piszesz o stracie spokoju w grupie. Ja to rozumiem, ale u mnie to wyglądało trochę inaczej, musiałam nauczyć się nie próbować przenieść swojej solowej praktyki 1:1 do grupy. To różne tryby działania.
To co opisuje Teodor ma swoją nazwę w antropologii. Turner pisał o tym w kontekście rytualnych liminoidów, czyli przestrzeni pomiędzy, gdzie jednostka zawiesza swoje codzienne role. Problem w grupie jest taki, że kiedy masz prowadzącego i scenariusz, to liminalność jest zarządzana z zewnątrz, a nie wyłania się organicznie. W tradycjach, które długo utrzymują żywe rytuały zbiorowe, jak choćby obrzędy inicjacyjne w kulturach Bantu, rola prowadzącego jest bardzo precyzyjnie zdefiniowana właśnie po to, żeby nie blokować tego progu, ale go otwierać. Jak bardzo ten prowadzący narzucał tempo i treść?
Ja bym powiedziała wprost, że energia grupowa działa zawsze mocniej, to jest po prostu znany fakt. W numerologii mamy to choćby przy datach urodzin zespołów, gdzie suma wibracji jednostek tworzy zupełnie nową jakość. To samo w rytuale, więcej osób to więcej energii, to oczywiste. Ten dyskomfort Teodora to pewnie kwestia niezsynchronizowania się z grupą, a nie samego formatu.
Wracając do sedna, bo rozmowa zaczyna iść w numerologię, a to inny temat. Przy rytuałach grupowych jest jeden element, o którym mało kto mówi wprost, a moim zdaniem kluczowy, to jest kwestia intencji. W pracy solowej masz jedną intencję, swoją. W grupie masz tyle intencji, ile osób, i nawet jeśli wszyscy deklarują to samo, to każdy wnosi swoje własne filtry, lęki, oczekiwania. Pytanie do Teodora i Eliksiry, czy na tych spotkaniach grupowych był jakiś etap wyrównywania intencji, coś jak wspólne ustalanie celu przed samym rytuałem?
To jest bardzo uczciwe, co mówisz. Myślę, że dużo trudności z rytuałami grupowymi bierze się z tego, że ludzie zakładają, iż sama obecność innych wystarczy do synchronizacji. A tak nie jest. Rytuał grupowy wymaga chyba więcej przygotowania niż solowy, nie mniej. W solowej praktyce twój wewnętrzny stan jest i przeszkodą, i punktem wyjścia jednocześnie, nikt ci nie przeszkadza, ale też nikt nie pomoże. W grupie jest potencjał do czegoś głębszego, ale tylko jeśli ta grupa faktycznie się zestroiła. Jak to wygląda u tych z was, którzy mają regularne doświadczenia z grupami? Macie jakiś rytuał przed rytuałem, coś co pozwala wejść razem?
U mnie w kontekście pracy z energiami miejsca tak, jest zawsze jakiś element wspólnego wejścia w przestrzeń, nie musi to być długie, czasem to jest kilka minut ciszy, czasem wspólne oddychanie, czasem po prostu krótka rozmowa o tym, jak każdy się teraz czuje. To drugie wydaje się banalne, ale właśnie przez to, że jest tak przyziemne, działa, bo wyciąga ludzi z ich codziennej głowy i pokazuje grupie, z czym każdy przyszedł. Potem przynajmniej wiadomo, że ktoś jest zmęczony albo rozdrażniony i nie bierzesz tego na siebie w trakcie.
Obserwuję tę rozmowę i jest jeden wątek, który chciałam dorzucić, bo mnie dotyczy bezpośrednio. Jak próbuję dołączyć do kogoś z moją praktyką, to zawsze jest moment negocjacji, kto robi co, w jakiej kolejności, jakie symbole używamy, co jest dla każdego ważne. I to jest właśnie najtrudniejsze, nie sama praca, ale ta wstępna rozmowa. Czy robicie to jawnie, tzn. wprost ustalając zasady, czy to jakoś wychodzi naturalnie w trakcie?
Przepraszam, że wchodzę, bo jestem tu trochę z boku, ale chciałam zapytać o coś podstawowego. Mówicie o energii grupowej, ale w sensie dosłownym czy metaforycznym? Bo słyszałam, że w niektórych grupach pracuje się z czakrami wszystkich uczestników jednocześnie i że to może się pomieszać. Czy to jest realne ryzyko, że ktoś nieświadomie weźmie na siebie energię innej osoby podczas takiego rytuału?
To jest dokładnie ten problem, o którym wspominałam wcześniej. Jeden uczestnik z silnym stanem emocjonalnym potrafi całkowicie zmienić charakter spotkania, i nie zawsze w złą stronę, ale zmiana jest. W solowej pracy masz tylko siebie do opanowania. W grupie masz tyle zmiennych, ile osób. I to nie jest kwestia złej woli, po prostu ciało reaguje na innych.
Właśnie tego mi brakowało na tym spotkaniu, o którym wspominałem. Był ktoś, kto prowadził, ale chyba nie było nikogo, kto trzymał przestrzeń. Prowadzący szedł przez scenariusz, ale kiedy kilka osób zaczęło reagować emocjonalnie, nie wiem czy cokolwiek z tym robił. Może nie wiedział jak, może uznał, że tak ma być.
I tu jest sedno różnicy między rytuałem a performansem. W performansie prowadzący realizuje plan. W rytuале prowadzący reaguje na to, co się dzieje z ludźmi w czasie rzeczywistym. To są zupełnie inne umiejętności i nie każdy, kto zna scenariusz, umie to drugie.
Ale to chyba właśnie jest wartość rytuału grupowego, że nie jest przewidywalny? Jak wszystko jest zaplanowane i idzie gładko, to czy w ogóle coś się dzieje? Mam wrażenie, że te momenty, kiedy coś wybucha emocjonalnie, to są te najważniejsze, bo coś się naprawdę ruszyło.
Mnie zastanawia jedno, bo chyba nikt jeszcze tego nie powiedział wprost. Czy jest w ogóle możliwe, żeby rytuał grupowy był tak samo osobisty jak solowy? Przy wspólnej pracy z kimś zawsze jest jakiś kompromis, przynajmniej w symbolice, w tempie, w tym, co się mówi głośno a co zostaje w środku. Czy nie jest tak, że grupowy rytuał jest z definicji mniej intymny?
To jest fundamentalne napięcie w antropologii rytuału. Durkheim opisywał doświadczenie zbiorowe w rytuale jako 'effervesce collective', pewnego rodzaju wrzenie społeczne, gdzie jednostka tymczasowo rozpuszcza granicę między sobą a grupą. I to może być głęboko intymne, ale w innym sensie niż intymność solowa. Pytanie, czy te dwa rodzaje są porównywalne, czy po prostu różne.
To mi daje do myślenia, bo chyba nigdy nie szedłem na rytuał grupowy z pytaniem 'do czego należę'. Zawsze przynosiłem swoje osobiste pytania i oczekiwałem, że forma grupowa jakoś to wzmocni. Może dlatego wychodziłem z poczuciem, że coś ominęło.
To jest bardzo uczciwa refleksja. I myślę, że dużo osób wchodzi w grupową praktykę z nastawieniem solowym, czyli szuka odpowiedzi na własne pytania przy pomocy innych. Ale rytuał grupowy ma inną grawitację. On ściąga ku centrum wspólnemu, a nie ku centrum każdego z osobna. Jeśli te dwa kierunki działają jednocześnie, to nic dziwnego, że coś nie daje.
Właśnie, forma jako wspólny mianownik, a nie treść. To ma sens. Przy tarocie grupowym też chyba tak to działa najlepiej, kiedy wszyscy trzymają karty w rękach, ale każdy jest ze swoim. Nie ma potrzeby, żeby intencje były identyczne, wystarczy, że struktura jest ta sama. Ciekawe, czy to jest możliwe do utrzymania przy większych grupach, bo wyobrażam sobie, że przy dziesięciu osobach ta 'przestrzeń osobista w środku formy' jest trudniejsza do zachowania.
To co piszesz, Aksamitna, o formie jako wspólnym mianowniku, to właśnie coś, nad czym siedzę od jakiegoś czasu. Bo z jednej strony rozumiem tę logikę, każdy ze swoim, ale w tej samej strukturze. Z drugiej strony zastanawiam się, czy forma bez wspólnej treści nie jest po prostu... teatrem. Że niby robimy to samo, ale każdy w zupełnie innym miejscu głowy i nie wiadomo, czy to w ogóle jest jeden rytuał, czy kilka równoległych.
To napięcie między formą a intencją jest bardzo stare. W tradycji żydowskiej jest pojęcie 'kawwana', które można przełożyć mniej więcej jako kierunkowość serca albo skupioną intencję przy modlitwie czy rytuale. I przez wieki toczył się spór, czy kawwana jest warunkiem koniecznym, żeby rytuał był ważny, czy wystarczy sam gest, sama forma. Maimonides był dość twardy w tej kwestii, bez kawwana nie ma rytuału. Ale szkoła halachiczna poszła inaczej i stwierdziła, że forma ma własną moc niezależnie od intencji. I do dziś nie ma jednej odpowiedzi.
Przy pracy z runami w grupie spotkałam się z sytuacją, gdzie jedna osoba miała bardzo opór przed całym spotkaniem, przyszła właściwie z przymusu towarzyskiego. I początkowo było czuć to napięcie, ale w pewnym momencie forma ją wciągnęła. Nie przez przekonanie, tylko przez powtarzalność gestów. Więc w tym konkretnym przypadku forma zadziałała pomimo braku wstępnej kawwana, jeśli użyć tego słowa.
Nie wiem, co zostało, bo nie miałam z nią kontaktu potem. Ale w trakcie było widać zmianę. Coś puściło. Czy to jest trwałe, to już inna rozmowa, i szczerze myślę, że to nie tylko zależy od rytuału, ale od tego, co ktoś robi z tym potem.
Zastanawiam się, czy to 'puszczanie' podczas rytuału grupowego jest związane z tym, że jest się obserwowanym. W solowej praktyce jestem sam ze sobą i mogę opierać się do woli. W grupie jest jakieś mimowolne poddawanie się, bo inni też to robią. Trochę jak z ziewaniem, jeden ziewa i reszta też zaczyna. Czy to jest mechanizm, który tu działa?
To co opisuje Olaf ma chyba swoją nazwę w neurologii, neurony lustrzane i ich rola w empatii. Ale w kontekście rytuału grupowego może to być akurat coś, co działa na korzyść. Jeśli widzę kogoś, kto naprawdę jest w tym, co robimy, to moje ciało zaczyna to naśladować zanim świadomy umysł zdecyduje. Przy pracy z miejscami mocno nasączonymi historią też to obserwuję, że kiedy jedna osoba zaczyna coś odbierać, reszta jakby automatycznie zaczyna być bardziej otwarta.
A czy da się w ogóle zapobiec temu, że jedna osoba zdominuje energię grupy? Czy to jest coś, co prowadzący może kontrolować, czy to się po prostu dzieje?
Właśnie to jest ta różnica, o której myślę od początku tej rozmowy. W solowej praktyce nie muszę zarządzać dynamiką. Jestem ze sobą i mogę być w tym tyle, ile chcę. W grupie jest ta odpowiedzialność za siebie nawzajem, żeby nie za bardzo ciągnąć w swoją stronę i jednocześnie żeby coś dostać. I to jest po prostu inna praca. Nie lepsza ani gorsza, ale inne mięśnie.
@Celestyna_ka To bardzo ładna analogia i naprowadza na coś, o czym warto powiedzieć wprost. Jeśli rytuał grupowy tworzy jakość, której nie ma w solowej praktyce, to po co w ogóle porównywać je na jednej osi? To nie jest kwestia, które jest 'lepsze' albo 'głębsze'. To są po prostu pytania do różnych rzeczy. Jedna osoba siedząca sam na sam ze swoją psyche i pięć osób tworzących coś razem, to może być równie ważne, ale nie w taki sam sposób.
