Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, o czym rzadko się mówi wprost - kiedy właściwie przestać? Nie chodzi mi o jednorazowe rytuały, tylko o te, które robimy regularnie, tygodniami albo miesiącami. W pewnym momencie coś się zmienia. Dla mnie to był rytuał z nowym księżycem, który robiłam przez prawie rok. Najpierw czułam coś wyraźnego - skupienie, jakąś ciągłość między kolejnymi cyklami. A potem zaczęłam go robić... bo go robiłam. Siadałam przy świecy, zapalałam kadzidło i czułam się jak ktoś, kto odhacza punkt na liście. Nie wiem, czy to był znak, żeby zupełnie odpuścić, czy tylko zmodyfikować formę. Może ktoś miał podobnie i wie, co wtedy zrobił?
To akurat bardzo częste i myślę, że niedoszacowane. Rytuał, który zmienił się w nawyk, to już nie jest rytuał w żadnym sensie tego słowa. Antropolodzy mają na to nawet swoje określenie - mówią o "ritual degradation", kiedy forma przeżywa treść. Pozostaje choreografia, ale odpada wszystko inne. Pytanie, które bym sobie zadała na twoim miejscu: czy w którymś momencie próbowałaś cokolwiek zmienić w tej formie i sprawdzić, co się stanie? Bo czasem wystarczy przestawić jeden element, żeby wrócić do czegoś żywego.
Ciekawe, bo ja patrzyłem na to zupełnie inaczej. Dla mnie rytuał, który wchodzi w nawyk, nie traci wartości - po prostu zmienia charakter. Staje się czymś bardziej w stylu kotwicy niż celebracji. Ale rozumiem, że to nie każdemu pasuje. Mam pytanie do Simmy - czy zrezygnowałaś w końcu z tego rytuału, czy zmieniłaś coś w środku?
Moim zdaniem to prosto - jak robisz coś od dawna to masz przyzwyczajenie i ciężko odpuścić. Tak samo jak z modlitwą u katolikóf - robią bo robią, nie bo czują. To samo w rytuałach. Ja tam uważam, że jak nie ma efektu to kończyć i koniec, nie ma co filozofowac.
Ja miałam taką sytuację, że robiłam pewien rytuał przez kilka miesięcy i w pewnym momencie zaczęłam się przy nim czuć... nie wiem, jak to nazwać. Nieswojo? Jakby coś było nie tak, ale nie umiałam wskazać co konkretnie. Dopiero kiedy o tym powiedziałam komuś z zewnątrz, ta osoba zapytała mnie, czy to ja chcę to robić, czy robię to, bo kiedyś tego chciałam. I to mnie trafiło. To dwie zupełnie różne rzeczy.
Ciekawa obserwacja z tą "pustką po". Zastanawiam się, czy to nie jest coś, co da się powiązać z cyklem - bo jeśli ktoś robi rytuały powiązane z księżycem albo z konkretnymi dniami w roku, to ta sama forma może działać inaczej zależnie od momentu. Może problem nie tkwi w tym, że rytuał "się skończył", tylko że potrzebuje innego czasu albo kontekstu?
Jest jeszcze jedna rzecz, o której nikt tu nie powiedział - ciało. Nie w żadnym mistycznym sensie, po prostu dosłownie. Jak wchodzisz w rytuał i jesteś spięta, spieszysz się, chcesz żeby się skończyło - to jest informacja. Tak samo jak to, że siedzisz spokojnie i czas się jakoś inaczej układa. Dla mnie to jeden z bardziej wiarygodnych wskaźników, czy coś jeszcze ma sens.
Słucham tej rozmowy i zastanawia mnie jedno: czy ktoś z was miał moment, kiedy świadomie postanowił zakończyć jakiś rytuał - i jak to zrobił? Czy po prostu przestał, czy zrobił z tego osobne zamknięcie?
Z mojego doświadczenia - i nie chodzi mi tu o żadną regułę ogólną - rytuały związane z konkretnym celem mają swój naturalny koniec, kiedy cel się domknął. Trudniejsze są te, które robiło się bez określonego celu, bardziej jako praktykę. Nie mają wbudowanego momentu zakończenia i to właśnie one najłatwiej stają się tym, o czym tu mówicie - czynnością bez życia.
Wchodzę w ten wątek, bo mam dokładnie taki dylemat od jakiegoś czasu. Robię praktykę powiązaną z nowiem i przez ostatnie kilka miesięcy zauważam, że przy niektórych nowiejach coś czuję wyraźnie, a przy innych - kompletna cisza. I nie wiem, czy to ja jestem "wyłączona", czy to akurat ten moment nie jest dla mnie, czy praktyka wyczerpała swój cel. Żadna z tych odpowiedzi nie wydaje mi się pewna.
Ojej, to jest takie głębokie co piszecie 🙂 Nigdy na to tak nie patrzyłam, że cisza w rytuale to może być jakiś komunikat. Zawsze myślałam, że jak nic nie czuję to coś robię źle. A to może po prostu inaczej się to układa?
A jak je odróżnić? Bo szczerze mówiąc nie wiem, czy potrafiłabym powiedzieć po sobie, które to jest. Cisza spokoju brzmi jak coś pozytywnego, ale cisza wyczerpania - co to właściwie oznacza w kontekście rytuału?
Zmienił się i przestałem - to były dwa osobne etapy. Najpierw zacząłem go skracać, bo pełna wersja wydawała mi się... nie tyle ciężka, co po prostu za długa jak na to, co mi dawała. Potem skróciłem go do minimum i w sumie w tym minimum siedzę do dziś, tylko że teraz nie wiem, czy to jeszcze ten sam rytuał, czy już coś zupełnie innego.
Ten wątek o skracaniu jest ciekawy, bo ja robiłam odwrotnie - dokładałam elementy, myśląc że coś ożywię. I nie ożywiłam, tylko zrobiłam z prostej rzeczy jakiś elaborat, który potem musiałam rozmontować. Niekiedy więcej nie znaczy lepiej, i to jest lekcja, którą musiałam przerobić kilka razy zanim do mnie dotarło.
To chyba wynika z takiego myślenia, że rytuał to przepis - i jak coś nie wychodzi, to znaczy, że brakuje składnika. A to błędna analogia. Praktyka to nie jest lista zakupów, gdzie możesz sprawdzić, czy czegoś nie pominęłaś. Czasem problem jest w tym, że w ogóle starasz się ją naprawić, zamiast zapytać, czy jeszcze chcesz ją robić.
Mnie tu trochę irytuje to szukanie dróg dokoła. Jak nie chcesz, to nie chcesz. Czemu trzeba czekać dzień po, żeby to wiedzieć? Intuicja mówi od razu, tylko trzeba jej słuchać a nie zagadywać analiza.
Zastanawiam się, czy mechaniczność nie jest też niekiedy czymś normalnym w cyklu każdej praktyki. W pracy z obrazami snów bywają okresy, gdy wszystko jest suche i nic się nie klei, a potem nagle znów coś się otwiera. Może rytualny odpowiednik też istnieje i po prostu nie umiemy go rozpoznać jako "to tylko etap", zamiast "to koniec"?
Może kryterium nie jest zewnętrzne, tylko wewnętrzne - i polega na tym, że w pewnym momencie już nie zadajesz sobie pytania "czy to koniec", tylko po prostu wiesz. I to "wiem" nie przychodzi po analizie, tylko nagle jest. Przynajmniej u mnie tak było z tym rytuałem, który w końcu zostawiłem całkowicie. Po prostu pewnego dnia nie wróciłem i nie szukałem powodu.
Może za dużo kombinujecie. Jak coś jest skonczone to jest skonczone i tyle. Bez tych analiz co to było zmęczenie a co decyzja. Ciało wie, głowa tylko przeszkadza.
A jak długo czekać zanim się wraca? Bo jak się przerwie za krótko, to może być za wcześnie żeby cokolwiek ocenić.
Bardzo ciekawe to z tym nawykiem - bo ja właśnie zastanawiam się, czy moja poranna praktyka jest nawykiem czy czymś więcej. I jak to sprawdzić? Pelagio, ten "dzień po" test, o którym mówiłaś wcześniej, działa też przy codziennej praktyce, czy za mało przerwy żeby cokolwiek poczuć?
Ulga po przerwie to chyba najczystszy sygnał ze wszystkich. Ja sama go ignorowałam przez długi czas, bo wydawało mi się, że to lenistwo albo wymówka. A to było coś zupełnie innego. W sumie ulga to właśnie ten moment, kiedy ciało jest szybsze od głowy i mówi coś bez owijania w bawełnę.
No to wychodzi że żeby wiedzieć czy skończyć, trzeba przerwy. Żeby wiedzieć czy przerwa dobra, trzeba czasu. Żeby wiedzieć ile czasu, trzeba doświadczenia. To sie nigdy nie kończy heh. Może po prostu życie uczy i tyle.
A jak odróżnić sentyment od autentycznego przywiązania? Bo dla mnie to brzmi bardzo podobnie z zewnątrz. Obydwa powodują, że wracamy, obydwa mogą dawać poczucie ciągłości.
No i co, źle wyszło? Nie. To znaczy że dobrze robiłaś bo w kółce szukałaś. Może te dwa lata były potrzebne. Nie zawsze trzeba wiedziec od razu.
Zastanawiam się, czy w ogóle można z zewnątrz wyznaczyć tę granicę. Dla mnie dwa lata szukania mogłyby być stratą, a dla kogoś innego - potrzebnym procesem. Ale jest coś, co mi pomaga to oceniać: czy w tym czasie coś się dzieje, zmieniało, przesuwało - czy jest po prostu to samo, bez żadnego ruchu. Stagnacja przez długi czas to dla mnie znak, nie cierpliwość.
I tu wchodzi pytanie, które rzadko zadajemy sobie wprost: po czym poznam, że rytuał mnie gdzieś prowadzi? Bo to nie jest zawsze oczywiste. Część praktyk działa bardzo cicho, długo, bez wyraźnych sygnałów. Można je mylnie uznać za martwe, bo nic się nie "pokazuje".
