Myślę, że jest taki sam, tylko działa przez inną warstwę. Świadomy rytuał daje ci możliwość wzmocnienia tego progu i modyfikowania go, kiedy przestaje działać. Nieświadomy działa, ale gdy przestaje - nie wiesz, co naprawić. To jest różnica praktyczna, nie jakościowa.
A co robisz kiedy twój własny rytuał przestaje działaać? Bo u mnie to się zdarza - po kilku tygodniach coś się robi zbyt automatyczne i już nie czuję żadnego progu. Rutyna zjada rytuał.
Rozumiem co Tekla mówi, ale mam wątpliwość co do tego "wskaźnika". Bo wyczerpanie po długim dyzurze może blokować jakiekolwiek odczucie zmiany, nawet jeśli coś realnie się dzieje. Czyli jak mam ocenić, czy rytuał zadziałał, jeśli mój punkt odniesienia jest mocno zaburzony zmęczeniem?
Właśnie to potwierdzam ze swoich notatek. Mam okresy, gdzie rytuał działa wyraźnie i okresy, gdzie jest jak chodzenie w błocie. I kiedy nałożyłam to na tranzyt Księżyca, to zobaczyłam korelacje, które mnie samą zaskoczyły. Ale tu mam pytanie do Tekli - czy zmieniasz formę rytuału przy takim "wyczerpaniu", czy całkowicie go porzucasz na jakiś czas i wracasz do zera?
Ciepła woda z cytryną - to mnie zastanawia. Kwasowość, zapach, temperatura, wszystko naraz :/ To jest dokładnie ten rodzaj bodźca, który ciało wyłapuje bez angażowania myślenia. Mam wrażenie, że w pracy opiekuńczej szczególnie dobre są rytuały oparte na kontrastach sensorycznych, właśnie dlatego, że kontrast jest trudniejszy do zignorowania niż coś, co staje się tlem.
Tu jest pewne nieporozumienie, moim zdaniem. Oczyszczenie nie musi polegać na wyciszeniu. Część tradycji opisuje je jako przepłukanie - wpuszczenie czegoś nowego, żeby stare miało gdzie odejść. Kontrast sensoryczny może tworzyć właśnie tę przepustowość. wiesz co pobudzenie i oczyszczenie nie są przeciwieństwami.
no i zdjęcie roli - to rozumiem w sensie psychologicznym, ale jak to wyglądda w rytualne? Bo wydaje mi się, że symbolika odgrywana w rytualne to jedno, a faktyczna zmiana stanu emocjonalnego to drugie i nie zawsze one idą razem.
Mam pytanie, które może brzmieć naiwnie, ale naprawdę nie wiem jak to rozwiązać u siebie - co robić, gdy nie ma żadnego fizycznego miejsca na taki próg? mieszkam z rodziną, dyżury kończę późno, nie mam kąta, który byłby tylko mój. Czy rytuał progu da się zrobić bez dedykowanego miejsca?
Wracam do tego, co pisała Ludwinia o koleżance z butami - i to jest chyba odpowiedź na pytanie Kastora. Jeśli działanie jest powtarzalne i ciało je pamięta, to działa bez świadomości. Mózg i tak przetwarza wzorzec bo taki jest mechanizm warunkowania. Problem jest inny: bez świadomości nie możesz modulować tego działania kiedy przestaje wystarczać.
Właśnie, i to jest paradoks tej całej rozmowy. Zaczynamy od pytania jak się czyścić z pracy, a dochodzimy do tego, że prawdziwy problem to nie brak rytuału, tylko brak zasobów do jego świadomego wykonania. I tu się kręcimy w kółko, bo żeby mieć te zasoby, trzeba już nie być wyczerpana. Czy ktoś ma na to jakieś wyjście inne niż "zacznij od wakacji"?
Tor do pamięci mięśniowej - to bardzo trafne. I to może być odpowiedź na wcześniejsze pytanie Kastora o intencję. Jśeli wyuczysz wzorzec w dobrych warunkach, to w złych ciało idzie tym wzorcem bez potrzeby angażowania świadomości. nie jest to idealne, ale jest lepsze niż nic. ojej pytanie ile powtórzeń w dobrych warunkach potrzeba, żeby to zostało.
Słuchajcie, mam wrażenie, że cała ta rozmowa kręci się corza bardziej wokół mechanizmuw, a mniej wokół tego, co faktycznie odprowadza z człowieka to, co zgarniamy w pracy z ludźmi. no dobra bo mechanizm warunkowania to jedno, ale czy sądzicie, że bez intencji symbolicznej to nadal jest rytuał? Bo może to po prostu rutyna?
Ale czy to nie upraszcza sprawy za bardzo? Bo jeśli każda rutyna może stać się rytuałem przez sam fakt powtarzania, to co w ogóle wyróżnia rytuał od nawyku mycia zębów? Przyznam, że nie wiem jak to rozgraniczyć i wydaje mi się, że tutaj ludzie trochę mieszają pojęcia 🙂
Dobra, ale skąd wiadomo, że ta "cicha świadomość" nie jest tylko retrospektywnym tłumaczeniem czegoś co jest zwykłym odpoczynkiem w aucie? Serio pytam, bo brzmi to trochę jak nakładanie ramy na coś, co i tak by działało bez tej ramy. no ale Nie mówię, że rytuały nie działają, tylko zastanawiam się, czy ta symbolika jest potrzebna, czy po prostu lubimy myśleć, że robimy coś z sensem.
Właściwie to potwierdza to, co pisała wcześniej Basieńkaa o otwarciu okna - rytuał nie robi czegoś zamiast ciebie, on zmienia warunki, w których to coś może zajść. I tu wracam do swojego pytania, które chyba zaginęło w dyskusji - czy wy w ogóle czujecie różnicę między okresami kiedy robicie rytuał regularnie, a kiedy go zaniedbujecie? Bo ja mam na to dane z własnych notatek i są dość wyraźne, ale ciekawi mnie, jak to wygląda u innych, którzy pracują opiekuńczo.
Mam podobne obserwacje. Przy dłuższej przerwie od jakiegokolwiek rytuału zamknięcia dnia zaczynałem nosić ze sobą obrazy z pracy w sposób, którego nie chciałem. Nie chodzi o to, że myślałem o pracy - to normalne. Chodzi o to, że te myśli miały inną jakość. Były lepkie 🙂 I rytuał nie jest receptą na to, żeby nie myśleć o pracy, ale coś w tej "lepkości" odpuszcza.
To "lepkie" jest dobrym słowem. Dokładnie tak to czuję. Mam pytanie do Trzygłowa albo Ludwini - kiedy wracacie do rytmu po przerwie, jak długo trwa zanim znowu zaczyna działać? eh, Bo zastanawiam się, czy trzeba od nowa budować ten wzorzec, czy ciało szybciej wraca do czegoś, co już kiedyś działało.
To, co opisuje Ludwinia, to jest zjawisko, o którym rzadko się mówi przy okazji rytuałów oczyszczających - że powrót do praktyki po kryzysowym zawieszeniu może być trudniejszy niż samo zaczynanie. I myślę, że dlatego część osób, które naprawdę potrzebują rytuału, rezygnuje właśnie wtedy, gdy wreszcie próbuje wrócić. Bo nie wiedzą, że to nie jest sygnał, że coś idzie źle - to jest sygnał, że coś w końcu zaczęło się poruszać. Pytanie do Ludwini - czy coś konkretnego pomogło ci w tamtym momencie przejść przez ten próg?
To jest bardzo mądre podejście i chyba mało kto o tym myśli przy planowaniu rytuału - że trzeba mieć też wersję minimum. Nie na co dzień, ale na wypadek kryzysu. Wersję, która jest na tyle mała, że da się ją zrobić nawet w najgorszym dniu, i jednocześnie zachowuje rdzeń. Inaczej przy pierwszej prawdziwej fali zmęczenia cały system pada i trzeba budować od zera.
Wersja minimum to dobra idea, ale jak ją zaplanować, skoro nie wiadomo z góry, co w trudnym momencie w ogóle będzie wykonalne? mam na myśli to, że przy naprawdę złym dniu nawet parę minut skupienia może być nie do osiągnięcia. Jak wybrac ten jeden element któóry przetrwa?
I tu wracamy do tego, co mówiłam o notatkach - bez prowadzenia ich przez jakiś czas naprawdę trudno zobaczyć, który element niesie ciężar, a który jest tylko oprawą. Sama byłam przekonana przez długi czas, że ważna jest konkretna świeca, a potem okazało się, że równie dobrze mogło jej nie być, bo to zapis dźwiękowy, który jej towarzyszył, był tym, co naprawdę przestawiało coś w moim ciele. Bez notatek bym tego nie wyłapała.
