oj Pracuję jako ratownik medyczny od ponad dziesięciu lat i przez długi czas myślałem, że wystarczy mi weekend w górach żeby się zresetować. Ale to nie działa tak, że wyjeżdżasz i wracasz czysty. Wracasz z tymi samymi obrazami, tymi samymi rozmowami w głowie. Zacząłem szukać czegoś, co działa na głębszym poziomie, niekoniecznie duchowym w klasycznym sensie, ale takiego, co zmienia stan. Rytuał jako forma demarkacji między pracą a życiem. Ostatecznie trafiłem na bardzo prosty schemat: zakończenie służby + fizyczne oczyszczenie + zamknięcie intencją. Brzmi banalnie, ale diabeł tkwi w szczegółach. Ktoś tu pracuje w podobnym zawodzie i ma swój sposób na to?
Ten wątek to coś, na co czekałam od dawna. Sama pracuję w hospicjum i przez lata próbowałam różnych rzeczy. Co dla mnie w końcu zadziałało to rozdzielenie przestrzeni fizycznej od rytualnej. hmm, nie robię niczego "oczyszczającego" w domu, bo dom ma być miejscem, do którego wracam, nie miejscem, gdzie zostawiam resztki dnia. Mam jedno miejsce na zewnątrz, przy drzewie jeśli to brzmi dziwnie to trudno, gdzie dosłownie stoję przez kilka minut i pozwalam żeby coś się rozluźniło. Potem wchodzę do domu. Prosta sprawa, ale zmieniła mi dużo.
Ciekawe co piszesz o tej demarkacji, bo ja długo szukałam na to słowa. To nie jest tak, że robisz rytuał i czujesz się lepiej, to bardziej chodzi o sygnał dla własnego układu nerwowego. Granica. Mój mąż jest chirurgiem i śmiał się z moich świec i kadzideł, ale teraz sam ma coś w rodzaju swojego rytuału po dyżrze, tylko nie chce tego tak nazywać. Nazywa to "schładzaniem". To samo zresztą.
To co piszecie o połączeniu działania fizycznego z intencją to jest właśnie serce każdego skutecznego rytuału, niezależnie od tradycji. W nordyckiej praktyce jest coś, co można by przyrównać do "utiseta", czyli dosłownie "siedzenie na zewnątrz", ale w zupełnie innym kontekście. Chodzi o wyjście z codziennej przestrzeni i celowe czekanie. nie na nic konkretnego po prostu stworzenie przerwy. Dla kogoś pracującego w wysokim stresie to może być bardziej użyteczne niż cokolwiek innego, bo nie wymaga żadnego sprzętu ani skupienia.
To co Jarosław pisze to jest bardzo typowe, mózg w trybie wysokiego napięcia nie wyłącza się na żądanie. Dlatego moim zdaniem sam czas nie jest tym, co decyduje o efekcie. Decyduje przejście przez próg. Dosłowne, fizyczne. Wejście przez drzwi, przejście przez bramę, przekroczenie progu. Badania Richarda Wismana i kilku innych pokazały, że zmiana otoczenia fizycznego resetuje kontekst poznawczy, nie do zera, ale wyraźnie. Rytuał progowy jest jednym z najstarszych i nie bez powodu.
Przy pracy w domu próg trzeba stworzyć sztucznie. Wiem, że brzmi to jak podejście do siebie jak do laboratoryjnego szczura, ale działa. Niektórzy wychodzą z domu i wchodzą z powrotem tylko po to, żeby mieć ten moment przekroczenia. Inni zapalają świecę na początku pracy i gaszą ją na końcu. Fizyczny akt zamknięcia. ale wracając do sedna tematu, bo przy pracy w domu to jeszcze inna historia mnie bardziej interesuje ta "brudna energia" po pracy przy ludziach w trudnych stanach 😉 Ratownik, pielęgniarka, terapeuta. To jest coś innego niż stres z excela.
Zgadzam się z rozróżnieniem, ale muszę zapytać: jak odróżniasz własne zmęczenie od tego "przejętego"? Bo to jest moje główne zastrzeżenie do tego pojęcia. Łatwo wszystko złe przypisać energii z zewnątrz i nie przyjrzeć się co jest własne.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie techniczne, bo jestem wzrokowcem i lubię konkrety: czy ktoś ma jakiś przedmiot, który jest elementem tego rytuału zamknięcia? Nie pytam dla ozdoby, tylko o coś co faktycznie działa jako marker. Sama używam czarnego turmalinu kiey wychodzę z domu do pracy ale nie wiem czy dobrze go stosuję przy powrocie.
Patrzę na tę rozmowę i jestem ciekawy jednej rzeczy: czy ktoś próbował czegoś na bazie dźwięku? mam na myśli nie muzykę relaksacyjną w tle, ale celowe użycie dźwięku jako elementu rytuału. Dzwon, gong, cokolwiek. Słyszałem że w niektórych tradycjach buddyjskich dźwięk dzwonu oznacza koniec sesshin i jest traktowany właśnie jako cięcie między stanami.
W runach mamy podobną zasadę. Ramy są stałe, ale intencja jest każdorazowo świeża. Może to jest właśnie ta odpowiedź na wątpliwość Hortensji. ojej no struktura daje bezpieczeństwo i wyzwalacz dla stanu, a to co się zmienia to co wnosi życie do tej struktury. Przy detoksie po pracy to mogłoby znaczyć tyle, że robisz zawsze te same kroki, ale każdorazowo z pełną obecnością co się w tobie dzieje, zamiast na autopilocie.
To co Rena napisała o runach naprowadza mnie na coś, o czym chciałem zapytać od jakiegoś czasu. jeśli struktura ma być stała, to jak długo tę strukturę budujesz zanim ona zaczyna naprawde działać jako wyzwalacz? no i Bo rozumiem zasadę, ale zastanawiam się ile powtórzeń potrzeba żeby mózg zaczął to rozpoznawać automatycznie. Ktoś to obserwował u siebie?
Trzy tygodnie to akurat zgadza się z tym, co jest opisywane w literaturze na temat warunkowania klasycznego. Pawłow nie pracował z ezoteryczną intencją, a mechanizm ten sam. Ale mam inne pytanie do Nastki: czy to trzy tygodnie codziennie niezależnie od tego, czy był stresujący dzień czy nie? Bo wyobraź sobie, że budujesz ten rytuał właśnie w spokojniejszym okresie, a potem przychodzi naprawdę ciężki tydzień. czy to nie psuje tej kalibracji 😉
Czytam to i nagle rozumiem dlaczego mój rytuał zadziałał od razu, a przez długi czas myślałam że mam szczęście albo talent. Weszłam w to po wyjątkowo trudnym miesiącu, gdzie każdy wieczór był ciężki. o matko Mózg po prostu dostał dużo materiału do nauki. Nie wiedziałam, że to mogło mieć znaczenie.
Nie sądzę, że to jest to samo. Odruch można zbudować do czegokolwiek, nawet do złego nawyku. Intencja rytuału decyduje o tym, co ten odruch "otwiera". Można mieć idealnie skondycjonowany mózg, który na widok świecy automatycznie przechodzi w stan gotowości do spania, i to jest inne niż to, co próbuję opisać. Ja mówię o czymś, co aktywnie przepracowuje to, co przyniosłem z pracy, a nie tylko wyłącza jeden tryb i włącza inny.
To jest dokładnie to rozróżnienie, które mi brakowało w tej rozmowie. Są rytualy zamknięcia i są rytuały przepracowania. Pierwsze to próg, drugie to praca po przekroczeniu progu. Czy ktoś łączy oba w jedno czy robi je osobno?
A jak rozpoznajesz, który dzień jest który 🙂 Bo ja mam z tym problem. no i Często myślę, że "dam radę samym progiem", a potem o drugiej w nocy okazuje się, że jednak nie.
Właśnie tak to u mnie działa z tym obsydianem. Stoję przy progu, trzymam kamień, i po chwili wiem czy to koniec czy dopiero początek wieczoru. wiesz co, Niektórzy śmieją się z kamieni, ale ten moment stania i obserwowania tego co we mnie zostało to jest diagnoza, a nie dekoracja.
To jest brdzo stara intuicja, żeby mieć przy progu coś, co absorbuje albo sygnalizuje. wiele kultur miało obiekty przy wejściu, które pełniły właśnie tę funkcję. Nie tylko odpędzały "złe energie" jak to się zwykle tłumaczy, ale też dawały moment zatrzymania. Kamień przy progu to prawie archetypowy obraz.
W kontekście run Algiz jest często kojarzona właśnie z tą funkcją ochrony przy progu, ale ochrony rozumianej jako świadome ustawienie granicy między jednym stanem a drugim. Nie jako mur, tylko jako membrana. Myślę że to różnica ważna dla tego wątku, bo membrany przepuszczają to co potrzebne i zatrzymują to co nie.
Przepraszam że wchodzę, ale mam pytanie do Reny. Mówisz o Algiz jako membranie, ale jak to przełożyć na praktykę? Rysować runę? Wizualizować? Mam wrażenie, że to brzmi dobrze w teorii, ale nie wiem jak to zastosować przy wyjściu z biura 🙂
Ta kwestia "nie musisz wierzyć żeby działało" jest czymś, o czym myślę przy każdym rytuałem. Znam kilka osób, które zaczęły czysto behawioralnie, bez żadnej warstwy symbolicznej, i to im działało. I kilka osób, które miały głębokie przekonanie a żaden rytuał nie chwytał. ehh Wiara pomaga ale nie jest warunkiem koniecznym. Konsekwencja jest.
ojej no, to jest chyba najważniejsza rzecz powiedziana w tym wątku. I mam wrażenie że jest tak właśnie dlatego, że rytuał operuje na poziomie ciała i nawyku, a nie wyłącznie na poziomie przekonań intelektualnych. Mózg nie pyta czy wierzysz w świecę. On pyta czy zapalasz ją regularnie w tym samym kontekście.
I tu właśnie jest clou całej tej rozmowy, moim zdaniem. Mózg nie operuje na wierze, operuje na powtarzalności i skojarzeniach sensorycznych. ale to nie znaczy, że warstwa symboliczna jest zbędna. Ona może pogłębiać ten odruch, nadawać mu kierunek. Pytanie jest inne: co robisz po tym, jak próg już przekroczony? Bo jeśli rytuał zamknięcia to tylko wyłącznik, to co jest tym, do czego wracasz?
No właśnie, i tu jest coś, co mnie trochę irytuje w tej całej rozmowie. Skupiamy się na wyjściu z pracy, ale ta praca wchodzi też w nas inaczej niż przez próg. Zostaje w ciele. Napięcie w karku, szczękościsk, płytki oddech. Żaden gest przy drzwiach tego nie rozładuje. Rytuał musi mieć jakiś komponent somatyczny, inaczej to jest tylko teatr.
A co konkretnie rozumiecie przez komponent somatyczny? Bo to morze być dużo rzeczy. Zimna woda, oddech, ruch, konkretne ułożenie ciała. każde z tego działa inaczej. Czy chodzi o jakiś jeden element czy sekwencję?
U mnie to jest sekwencja i nie mogę jej przerwać w środku, bo wtedy czuję że coś zostało otwarte i niezamknięte. Najpierw mycie rąk po łokcie, potem obsydian, potem herbata w konkretnej filiżance. Każdy element ma swoje miejsce. Jeśli ominę mycie rąk i zacznę od herbaty, to nie działa tak samo. Nie wiem czy to jest placebo czy struktura jest naprawdę ważna, ale jakoś nie chcę sprawdzać.
Ale jak to odróżnić? Serio pytam. jeśli jestem przekonany że kolejność ma znaczenie, to mózg może sam tworzyć poczucie zawieszenia przy przerwaniu, bo tego oczekuje. Skąd wiadomo że struktura działa sama z sieibe, a nie przez oczekiwanie?
