Mamy z koleżanką taki problem, że robimy razem rytuały od jakiegoś czasu, ale ostatnio doszłyśmy do momentu, gdzie kompletnie się rozjeżdżamy w podejściu. Ona jest bardzo ściśle związana z tradycją wicca, gdzie kolejność gestów, słów, zamknięcie kręgu - to wszystko musi być dokładnie tak jak w źródle. Ja z kolei działam bardziej intuicyjnie, dobieram elementy pod siebie, zmieniam kolejność jeśli coś mi nie leży. I zaczyna to być problem, bo nie możemy razem nic zrobić bez tego, że jedno z nas ma poczucie, że to idzie "nie tak". Czy ktoś w ogóle chodził przez coś podobnego? Bo zaczyna to być bardziej o tym, kto ma rację, niż o samym rytuale.
To jest jeden z tych klasycznych konfliktów, które pojawiają się prawie w każydm duo pracującym razem. I szczerze, nie ma tu prostej odpowiedzi, bo obie strony mają rację w swoim systemie. Twoja koleżanka pewnie wychodzi z założenia, że forma rytuału nie jest ozdobnikiem, tylko strukturą, która niesie intencję. W wicca to nie jest kaprys, to rzeczywiście jest tak budowane, że każdy krok ma swoje miejsce. Ale twoje podejście też nie jest błędne, intuicyjne podejście ma swoje solidne zaplecze. Pytanie jest inne: czy wy obie wiecie, DLACZEGO każda z was robi tak jak robi? Bo często sprzeczka nie jest o rytuał, tylko o to, że obie zakładają że ta druga "robi bez sensu".
Dodam coś z innej strony, bo pracowałem w grupie gdzie mieliśmy podobny pat. Problem w takich sytuacjach często nie leży w samej technice, tylko w tym, czemu każda ze stron przypisuje ważność konkretnego elementu. Jeśli twoja koleżanka nie potrafi ci powiedzieć, dlaczego zamknięcie kręgu musi być w danej kolejności, a tylko wie, że "tak trzeba", to to jest inny problem niż wtedy, gdy ona rozumie mechanizm i go broni. i tak samo w drugą stronę. Jakiej tradycji ona się trzyma? Bo wicca to dość szeroka etykieta.
Czekaj, bo mnie tutaj ciekawi coś innego. Piszesz, że "dla ciebie działa", ale co konkretnie masz na myśli? Chodzi ci o to, że masz poczucie spójności wewnętrznej podczas rytuału, czy o efekty na zewnątrz? Bo to trochę zmienia obraz sytuacji, jeśli chodzi o to, co właściwie jest między wami punktem spornym.
No właśnie, to jest dobre pytanie bo w sumie jak dwie osoby robią razem rytuał z dwóch różnych systemów, to co tak naprawdę robią? Który system jest aktywny? Albo żaden albo oba na raz, co brzmi jak chaos. Nie mówię tego złośliwie, naprawdę mi się to kręci w głowie.
Ja mam trochę inne pytanie do Dziuni, bo zastanawia mnie czy wy w ogóle rozmawiałyście otwarcie o tym co każda z was wnosi do rytuału i czego oczekuje. Bo czasem to nie jest problem metody, tylgo tego że każda robi rytuał trochę dla siebie i tyle. oj tam, jak to wygląda u was?
To co opisujesz jest w literaturze rytualnej dość dobrze opisanym problemem, szcczególnie w kontekście pracy grupowej. W tradycji ceremonialnej jest pojęcie "group mind", coś co w bardziej współczesnych ujęciach nazywa się też egregorem grupy. Żeby wspólna praca miała sens, uczestnicy muszą budować jeden wspólny konstrukt, a nie równoległe. I teraz twój opis sugeruje, że wy tego kroku nigdy nie zrobiłyście. nie mówię, że macie wybrać jeden system, ale że potrzebujecie umowy co do tego, czym ten wspólny rytuał JEST. to może być naprawdę proste, dosłownie rozmowa przed rytuałem, ale ona musi się odbyć.
No i to jest właśnie serce problemu, prawda? Nie metoda, tylko to kto ma poczucie, że rytuał "należy" do nich. Ciekawe, jak to można w ogóle rozwiązać, jeśli obie macie silne poczucie swojej praktyki. Czy jest tu jakaś przestrzeń do tego, żeby zbudować coś, co nie jest "jej" ani "twoje", tylko naprawdę wspólne?
Na to właśnie wyszło we wspomnianej przeze mnie grupie. Rozwiązaniem było wyznaczenie wspólnego rytuału "od zera", czyli żadna strona nie wnosi gotowego systemu, tylko obie razem budują coś nowego na określoną okazję. To oczywiście wymaga, żeby obie strony były gotowe to zrobić, a w przypadku kogoś z inicjacją gardneriańską to może być trudniejsze, bo ona nie zawsze ma przestrzeń do takiej improwizacji w ramach swojej praktyki. Ale poza kowenem, w prywatnym kontekście, może już tak.
Ale jak wy konkretnie robicie taki rytuał "od zera"? Tzn. od czego zaczynacie, żeby to nie było znowu tak, że jedna proponuje i wyznacza ton, a druga czuje się gościem?
No właśnie, i to jest bardzo uczciwe rozpoznanie. Bo "otwarty i żywy" kontra "ustrukturyzowana liturgia" to nie jest spór o detale, to jest spór o ontologię rytuału. Czy rytuał działa przez precyzję powtórzenia czy przez autentyczność obecności. To są dwie różne filozofie i obie mają poważne uzasadnienie w tradycjach. Pytanie brzmi, czy jest jakieś miejsce, gdzie te dwie filozofie mogą współistnieć w jednym działanió, czy to jednak jest ściana.
Mam teraz pytanie do Dziuni, bo trochę zgubiłam wątek. Czy ty i twoja koleżanka w ogóle chcecie robić rytuały razem regularnie, czy to była raczej jednorazowa sytuacja i ten konflikt metody wyszedł przy okazji? Bo to zmienia trochę to, czy warto inwestować w budowanie tej wspólnej struktury, czy lepiej po prostu wiedzieć, że pewne rzeczy robicie osobno.
eee, To jest dobre pytanie. Chyba chcemy razem, ale nigdy tego wprost nie ustalałyśmy. Robimy pewne rzeczy wspólnie od jakiegoś czasu i to jakoś naturalnie szło, aż do momentu kiedy pojawiło się coś konkretnego do zrobienia i nagle okazało się, że nasze podejścia są niekompatybilne. Więc może problem jest głębszy, tzn. nigdy nie ustalałyśmy po co właściwie robimy to razem, a nie osobno.
Czytam tę rozmowę i mam jedno spostrzeżenie, które może być niepopularne. Czy ktoś rozważał, że być może te dwie tradycje po prostu nie powinny być mieszane i że to nie jest porażka tylko odpowiedź sama w sobie? Nie mówię tego złośliwie. Znam pary, małżeństwa nawet, gdzie każda osoba ma odrębną praktykę i traktuje to z szacunkiem. Razem celebrują pewne rzeczy, ale core praktyki są osobne. To też jest moedl.
ojej no, Nigdy o to wprost nie pytałam, ale teraz jak o tym myślę, to ona nigdy nie zaproponowała żebym np. uczestniczyła w czymś, co jest częścią jej praktyki kowensowej. Robiłyśmy zawsze rzeczy na boku, coś "ekstra". Więc może ona sama intuicyjnie tę granicę trzymała, a ja o tym nawet nie wiedziałam.
O, to jest interesujące. Czyli może to co wy robicie razem nigdy nie miało być pełnoprawnym wspólnym rytuałem, tylko takim równoległym towarzyszeniem sobie? I dopiero teraz, kiedy chciałyście coś konkretnego zrobić, ten brak ustaleń wyszedł na wierzch?
Ale to by oznaczało, że przez cały czas nie miałyście jasności co do tego, czym właściwie jest wasza wspólna praktyka. To mnie zastanawia, czy ten konflikt metody jest symptomem, a nie przyczyną. Tzn. czy gdybyście miały to jasno nazwane od początku, to w ogóle doszłoby do tego impasu?
A co cię powstrzymuje przed powiedzeniem tego wprost tzn. "nie wiem jak to nazwać"? Czasem wyjście od przyznania się do tej bezradności jest lepszym początkiem niż jakikolwiek gotowy skrypt rozmowy.
Mam takie przeczucie, że problem z nazawniem tego leży też w tym, że wy obie pewnie zakładałyście, że rozumiecie siebie nawzajem w kwestiach podstawowych 🙂 no ale, I to jest chyba najczęstszy powód, dla którego takie rozmowy nigdy nie padają - bo wydają się zbędne. po co definiować coś, co "i tak wiadomo"?
No i to jest moment, w którym wychodzi różnica między wspólnotą zainteresowań a wspólnotą praktyki. Można czytać te same książki, chodzić na te same warsztaty, lubić te same świece i kamienie - i nadal mieć kompletnie różne rozumienie tego, czym rytuał w ogóle jest i po co się go robi. To nie jest sprawa poziomu, to jest kwestia tego, co ktoś w to wniósł z domu, ze swoich pierwszych doświadczeń, ze swojej tradycji.
Ale właśnie nie wiem, które z nich mamy teraz. Bo ta konkretna sytuacja, która wywołała ten konflikt, to jest coś, co nam obu zależy. I chcemy to zrobić razem, to nie było tak, że jedna zaproponowała i druga niechętnie przystała. Obie chciałyśmy, tylko potem okazało się, że każda wyobrażała to sobie inaczej.
To akurat brzmi jak rzeczy, które mogą współistnieć w jednym rytuale, nie? medytacja i recytacja na początku, potem część działaniowa. Nie widzę tu fundamentalnej sprzeczności na poziomie formy, chyba że chodzi o coś więcej niż kolejność.
No i koło się zamknęło. Znowu jesteśmy przy filozofii rytuału, czyli tam gdzie byliśmy dobre kilkanaście postów temu 🙂 Ale Dziunia, słyszysz co Tolek mówi? Pytanie brzmi: czy dla twojej koleżanki forma jest warunkiem koniecznym, czy nośnikiem? Bo to by wiele tłumaczyło, skąd ta sztywność z jej strony.
To "zadziała nieodpowiednio" jest ważniejsze niż "nie zadziała". Bo to sugeruje, że ona nie boi się pustego rytuału tylko złego rytuału. A to jest już bardzo konkretna teologia praktyki.
I właśnie to chyba powinno być punktem wyjścia waszej rozmowy, jeśli w ogóle do niej dojdzie. Nie "jak połączyć nasze formy", tylko 'czego ty się obawiasz gdy myślisz o zmianie formy i czego ja się obawiam gdy myślę o sztywnej strukturze'. To są dwa różne lęki i może jak obie je powiecie głośno, to znajdziecie coś co ochroni was obie.
To co Obserwatorka napisała o dwóch lękach - to jest chyba najlepsze ujęcie tego, co się tu dzieje. Bo jeśli ona boi się złego rytuału, a ty, Dziunia, boisz się czegoś innego - to może właśnie od tego powinnyście zacząć. Czego ty się obawiasz, jeśli przyjmiecie jej sztywną strukturę?
Znam jeden sposób, który widywałem w praktyce i który działa w takich sytuacjach - zamiast próbować połączyć formę, dzieli się rytuał na strefy autorstwa. To znaczy, jedna osoba jest gospodarzem pierwszej części, druga - drugiej. eee, i każda w swojej strefie robi to po swojemu, a drugą prosi tylko o obecność i intencję, nie o aktywne uczestnictwo w jej formie. Pytanie tylko, czy tu rozmiar intencji jest podobny u obu.
