Nie wiem czy dobrze to opisuję, ale od jakiegoś czasu mam takie poczucie, że cokolwiek zrobię, wszyscy są przeciwko mnie. W pracy, w domu, nawet znajomi. Racjonalnie wiem, że to niemożliwe, ale to uczucie jest naprawdę silne i nie mogę się od niego uwolnić. Zaczęłam zastanawiać się czy jakiś rytuał mógłby mi pomóc zmienić to myślenie albo chociaż dać mi jakiś spokój. Czy ktoś miał coś podobnego i próbował czegoś w tym kierunku?
To co opisujesz brzmi znajomo. Miałam okres, kiedy dokładnie tak to czułam, każda rozmowa wydawała mi się naładowana jakimś ukrytym sensem, każda decyzja innych ludzi była przeciwko mnie. Nie wiem czy to paranoja w klinicznym sensie, ale mechanizm jest podobny. Zaczęłam wtedy robić coś, co mi pomagało, takie codzienne drobne działania, nie jeden wielki rytuał, tylko regularność. Ale chciałabym najpierw dopytać, czy to uczucie jest nowe, czy masz wrażenie że coś je wywołało?
Hej, ja myślę że tutaj jest kwestia nie tylko rytuału ale też energii jaką nosisz. Jak jesteś przekonana że wszyscy są przeciw, to ludzie to czują i faktycznie zaczynają się dziwnie zachowywać, bo ty też zaczynsz się inaczej zachowywać wobec nich. I to się napędza. Miałam znajomą w takiej pętli, nic jej nie pomagało dopuki nie przerwała tego w środku, nie z zewnątrz. Rytuał może być jak taki reset, ale pytanie co konkretnie chcesz zmienić, myślenie czy relacje z ludźmi?
To ważne rozróżnienie które zrobiłaś Janeczka88, bo to są dwie różne sprawy. Zmiana myślenia to praca z własną głową, a relacje z ludźmi to już dynamika zewnętrzna. Rytuały mogą działać na jedno i drugie, ale nie w ten sam sposób i nie tymi samymi metodami. ehh, bluszczyk, czy to uczucie jest bardziej o tym, że się boisz zdradzenia ze strony konkretnych osób, czy raczej takie ogólne poczucie że świat jest przeciw?
Chcę dorzucić coś do tego co mówi Magicystka i Medard jednocześnie. W praktykach ceremonialnych, konkretnie w tradycji hermetycznej, istnieje rozróżnienie między rytuałem oczyszczającym a rytuałem wzmacniającym. To co Bluszczyk potrzebuje to prawdopodobnie pierwsze, nie drugie. Rytuały wzmacniające nakładają coś na już istniejącą energię, a oczyszczające mają za zadanie zdjąć to co ją zagłusza. To trochę jak różnica między dodaniem świeżego powietrza do zatęchłego pokoju a otworzeniem okna i wywietrzeniem go najpierw. Konkretnie, fumigacja, kąpiele rytualne z solą morską albo praca z dymem z białej szałwii albo piołunu są od wieków stosowane dokładnie w takich sytuacjach jak twoja.
serio przepraszam że się wtrącam, ale czy to z tą szałwią to nie jest coś co przyszło do nas z Native American i czy to właściwe żeby używać czegoś z cudzej kultury? Pytam, bo ostatnio dużo się o tym mówi i nie wiem jak to ugryźć.
No ale ile to ma trwać zanim coś się zmieni? Bo jak mam robić to przez miesiące i nic nie czuć to po co. Pytam szczerze, bo sama miałam takie okresy i zawsze jak mi ktoś mówił "bądź cierpliwa" to mnie to dobijało. Kiedy można oczekiwać że coś drgnnie?
Czytam tę rozmowę i chcęę powiedzieć że jest tu kilka różnych podejść i wszystkie mają swój sens, ale może warto je posegregować. Bo jest kwestia psychofizyczna, reset rytmu dnia, sen, jedzenie, i tu nie potrzeba żadnej magii. jest kwestia pracy z przestrzenią, co Mistralia opisała i to też nie wymaga systemu. I jest kwestia konkretnej intencjonalnej pracy rytualnej. Te trzy rzeczy można łączyć, ale nie muszą iść razem. Bluszczyk, czy kiedy wyobrażasz sobie rytuał który by ci pomógł, to co widzisz? Co się w nim dzieje?
To co opisujesz z tym obrazem, światło, cisza, wodda, to nie jest przypadkowe. Ciałoo często wie czego potrzebuje zanim głowa to nazwie. Woda szczególnie ma w wielu tradycjach funkcję wypłukującą, nie metaforycznie, ale dosłownie jako akt przejścia. Zastanawiam się, czy rytuał z wodą mógłby być dla ciebie czymś konkretnym, nie jako wielka ceremonia, ale coś prostego, codziennego. Czy miałaś kiedyś takie poczucie, że prysznic albo kąpiel zmienia twój nastrój zauważalnie, nie tylko fizycznie?
Szczerze? Trochę i jedno i drugie. Z jednej strony mam poczucie że chcę czegoś co ma jakiś ciężar, historię za sobą, nie coś co sama wymyślę od zera bo to będzie czuć jak zabawa. A z drugiej strony nie chcę wchodzić w coś co jest z obcej kultury i robić to byle jak. To jest trochę pat.
Ten pat który opisujesz jest naprawdę częsty i rozumiem go. Ale jest coś pomiędzy, czyli praktyki, które mają długą historię w naszym kręgu kulturowym i nie wymagają przynależności do konkretnej tradycji religijnej. Chociażby praca z progiem, z ogniem, z korzeniami, ze ziołami. To jest coś co było obecne w Europie długo zanim w ogóle ktokolwiek zaczął to nazywać ezoteryką. Nie wiem co z ciebie mówi mocniej, element przejścia czy element oczyszczenia?
To z tym progiem to mnie trochę zaskoczyło, nie wiedziałam że to taka stara rzecz. Ale mam pytanie, czy trzeba wierzyć w to że to działa żeby to działało? Bo jak mi ktoś mówi żebym przekroczyła próg z intencją, a ja w głowie myślę "no dobra, przekraczam" to czy to w ogóle ma sens?
No to wróciłam do swojego pytania, bo to nie zostało naprawdę odpowiedziane. Ile czasu? Tygodnie, miesiące? Bo jak mam przekraczać próg codziennie przez pół roku i nic nie czuć, to przepraszam, ale to brzim jak zmuszanie się do czegoś bez efektu.
To co opisujesz, głowa pełna myśli i niemożność wejścia w spokój, to nie jest porażka praktyki, to jest sygnał że praktyka była za delikatna na tamten stan układu nerwowego. medytaca w ciszy wymaga pewnego poziomu regulacji, której wtedy nie miałaś. Dlatego mówię o tym że czasem ciało potrzebuje najpierw czegoś bardziej fizycznego, ruchu, zimnej wody, oddechu z oporem, zanim w ogóle będzie w stanie wejść w spokój. Pytanie czy próbowałaś kiedyś czegoś bardziej aktywnego wieczorem zanim poszłaś spać?
ehh, Przepraszam że wchodzę, ale właśnie wróciłam do tego wątku i chciałam zapytać o coś podstawowego. Mówicie o rytuale jako o czymś codziennym i prostym, ale czy nie ma jakiegoś ryzyka że jak się robi coś bez wiedzy to można sobie zaszkodzić? Pytam naprawdę bez ironii, bo słyszałam że praca z intencją bez dobrego gruntu może otwierać rzeczy których potem nie da się zamknąć.
Jeśli chodzi o coś konkretnego, fizycznego, to kamień może być prostszy na start niż karta. Nie dlatego że "ma moc" czy coś, ale dlatego że jest po prostu w dłoni, jest ciężki, realny. I nie wymaga żadnego systemu, który trzeba najpierw zrozumieć. Karta bez kontekstu to trochę przypadkowy obrazek.
A czarny turmalin? Bo słyszałam że on konkretnie przy tej paranoi, przy poczuciu że świat jest wrogi, jakoś działa inaczej niż inne kamienie. Czy to prawda czy to jest jeden z tych mitów które się powtarzają?
Dobra, tylko żeby być szczerym, czy to nie jest po prostu opis tego że człowiek się skupia na obiekcie zamiast na myślach? ojej, To samo można osiągnąć klikając długopis albo ściskając piłeczkę antystresową. Skąd wiemy że kamień robi coś ponad to?
Czytam to i myślę że dla mnie kamień mógłby mieć sens właśnie przez dotyk. jak mam atak tego myślenia, że wszyscy są przeciwko mnie, to naprawdę pierwsza rzecz co by mi pomogła to byłoby coś żeby nie odpłynąć dalej w te myśli. ale nie wiem czy dam radę jeszcze dokładać do tego jakiś rytuał, znaczy codzienny, regularny. Bo już raz próbowałam i odpuściłam.
To co mówisz o odpuszczeniu, że próbowałaś i nie wyszło, to jest w ogóle temat sam w sobie. Często zakładamy że rytuał działa tylko jeśli jest regularny i ciągły, a ja mam inne doświadczenie. Czasem jeden rytuał zrobiony raz, ale naprawdę uważnie, zostawia więcej śladu niż trzydzieści dni z automatu. Nie mówię że regularność jest zła, ale może na teraz nie trzeba planować codziennie.
A co jeśli ten punkt w dniu jest np herbata wieczorem? Chodzi mi o to że już i tak to robię, czy to się liczy czy trzeba coś wymyślić specjalnie?
Znaczy to trochę tak jak uważność przy piciu herbaty? Słyszałam o takich praktykach, że można wziąć zwykłą codzienną rzecz i zrobić z niej coś bardziej skupionego. Tylko nie wiedziałam że to można wrzucić do kategorii rytuałów.
Można i nie można, zależy od kogo zapytasz. W tradycjach ceremonialnych rytuał to jest coś z konkretnym układem, z symbolami, z otwarciem i zamknięciem przestrzeni. Herbata z uważnością to raczej praktyka kontemplacyjna. Ale dla kogoś kto jest na początku drogi ta różnica ma mniejsze znaczenie niż sam efekt.
To jest ważne pytanie i dobrze że ktoś to powiedział. Bo faktycznie kiedy ktoś jest w środku silnego lęku i nieufności wobec ludzi, to delikatne praktyki mogą nie mieć wystarczającej siły żeby przebić się przez ten szum. Znam praktykę, którą robiłam sama w podobnym momencie, to było codzienny krótki rytuał przy ogniu, dosłownie świeczka, ale z bardzo konkretnym zapisem tego co tego dnia czuję i co chcę wypuścić. Nie żeby to spełało życzenia ale żeby myśl nie kręciła się tylko w głowie.
Tylko że to nadal brzmi jak technika psychologiczna, nie rytuał. Pisanie żeby się wyrzucić emocji to jest ekspresja emocjonalna, mają na to badania, Pennebaker to opisywał chyba od lat osiemdziesiątych. Co tu dodaje element spalania czy rozdarcia czego nie dałoby zwykłe napisanie i wyrzucenie do kosza?
A czy to nie jest tak że ta symbolika działa tylko jeśli się w nią wierzy? Bo jak ktoś robi to mechanicznie, bo mu powiedziano że "działa", to czy cokolwiek się zmienia? Pytam bo sama próbowałam kilka razy różnych rzeczy i miałam wrażenie że po prostu odgrywam spektakl przed sobą.
Tylko że Zorza mówi o czymś ważnym, o wrażeniu odgrywania spektaklu. I to jest moment w którym rytuał przestaje działać nie dlatego że człowiek nie wierzy, ale dlatego że jest zdystansowany od tego co robi. Dysonans między działaniem a intencją. I tu jest różnica między rytuałem a rutyną.
