Właśnie o to mi też chodzi - jak trzymam kamień w kieszeni to go rzeczywiście dotykam, on jest aktywny. Jak leży w szufladzie bo się wstydzę go mieć na wierzchu - to jest po prostu przedmiot w szufladzie. Coś się chyba różni między 'prywatne' a 'schowane ze wstydu'.
No ale wróćmy do tej runy, bo Nebularia pyta o konkret i trochę ją zostawiliśmy. Jeśli środowisko jest otwarte i ktoś zapyta, to co właściwie mówić? Że to runa szczęścia brzmi dziwnie. Że to literka z alfabetu to prawie kłamstwo. Że to mój symbol - może? Jakaś krótka wersja, nie wykład.
Szczerze? 'Lubię ten znak, ma dla mnie znaczenie' i zmiana tematu. Bez szczegółów, bez tłumaczenia. Ludzie odpuszczają kiedy widzą, że temat nie jest otwarty na dyskusję, a ty nie jesteś ani spięta ani przesadnie tajemnicza. Tajemniczość paradoksalnie bardziej zachęca do pytań niż spokojne zamknięcie.
Słucham tej dyskusji od dłuższego czasu i chcę dodać jedną rzecz - w pewnym momencie zaczęłam myśleć, że pytanie 'co powiedzieć kolegom' to nie jest właściwie pytanie o rytuał. To pytanie o to, co ze sobą robimy w przestrzeni publicznej. Rytuał może być w pełni prywatny i wtedy cała ta kwestia odpada.
Jest jeszcze jeden aspekt tej całej rozmowy który jakoś nie padł wprost. Mamy tu dwa osobne problemy - jeden to jak nie wygłupić się przed kolegami, a drugi to jak utrzymać praktykę działającą w warunkach biurowych. Pierwsze to kwestia społeczna, drugie to kwestia samej praktyki. Często mieszamy je jak gdyby były tym samym.
To co mówi Kabalistka05 to coś, z czym długo się zmagałam. Jakby praca była strefą gdzie te rzeczy 'nie obowiązują'. I nie wiem co to właściwie jest - czy ja sama to sobie narzucam, czy środowisko biurowe naprawdę ma jakiś wpływ na to jak reaguję na własne praktyki. Albo może to tylko przyzwyczajenie do tego że to co robię wieczorami zostawiam wieczorami.
Czytam tę rozmowę i zastanawiam się - czy ktoś próbował robić coś przed samym spotkaniem? Nie mówię o przedmiocie na biurku, tylko o czymś co się robi zanim w ogóle wejdzie się do sali konferencyjnej. Pytam bo mnie ten aspekt czasowy bardziej ciekawi niż to co mieć przy sobie.
To co mówi Tarocistka przypomina mi coś z japońskiej koncepcji ma - ta przerwa, ta szczelina między jednym a drugim momentem. Nie chodzi o długi rytuał, tylko o świadome przejście. Biurowy kontekst wymusza żeby to było szybkie, ale niekoniecznie musi być przez to płytkie.
Herbata bez intencji to przyzwyczajenie. Herbata z intencją - choćby drobną, choćby 'daję sobie chwilę' - zaczyna mieć inny charakter. Granica jest naprawdę cienka i sądzę, że każda z nas ją w którymś momencie przekroczyła nie zdając sobie z tego sprawy.
A wracając do pytania Remigiusza - ja zrobiłem kiedyś coś przed trudną prezentacją. Stałem przy oknie w kuchni biurowej i dosłownie wyobrażałem sobie jak wychodzę z tej sali z konkretnym rezultatem. Ktoś mnie zapytał co robię, powiedziałem że 'zbieram myśli'. I tyle. Nikt nie drążył.
Nieregularność to zresztą osobny problem w kontekście pracy. W domu można zapalić świeczkę we wtorek o 20 i w piątek o 21, bo życie. W pracy grafik narzuca rytm - spotkania, projekty, deadliny. Więc jeśli ktoś chce mieć rytualny element w pracy, to musi go dostosować do kalendarza firmowego, a nie do swoich preferencji.
A gdyby nie robić tego codziennie, tylko wiązać rytuał z konkretnym typem sytuacji w pracy? Nie 'każdy poranek', tylko 'przed każdym spotkaniem z klientem' albo 'na początku każdego nowego projektu'? Wtedy kalendarz sam podpowiada kiedy.
W numerologii data rozpoczęcia projektu czy pierwszego spotkania z klientem ma swój numer wibracyjny i z tego można wyciągnąć sporo. Ale to bardziej jako orientacja - kiedy działać, a kiedy odpuścić - niż jako rytuał sam w sobie. Choć można z tego zbudować pewien porządek.
Słuchajcie, a wracając do tej kwestii z początku - czy ktoś kiedyś miał sytuację gdzie ktoś z pracy zapytał wprost co robisz i powiedziałeś coś bliżej prawdy niż 'zbieram myśli'? Ciekawi mnie jak zareagowało otoczenie. Bo wyobrażam sobie różne scenariusze i żaden nie kończy się dobrze.
To co mówi Helena82 jest ważne. Rytuał nie musi szukać społecznego potwierdzenia żeby działać. Durkheim pisał, że rytuał pełni funkcję integrującą w grupie, ale Rappaport w 'Ritual and Religion in the Making of Humanity' zaznacza też jego wymiar prywatny - rytuał może być całkowicie jednostkowy i nadal spełniać swoją funkcję regulowania stanu wewnętrznego. Biuro nie jest świątynią, więc oczekiwanie że rytuał będzie tam widoczny i rozumiany przez innych to po prostu błędne założenie.
A te japońskie rzeczy co Symeon75 wymienił - to są rytuały firmowe, a nie osobiste. Różnica chyba spora. Nas tutaj chyba bardziej boli brak przestrzeni na coś swojego, indywidualnego. Kagami biraki wszyscy robią razem, więc nikt się nie czuje dziwny. Tu jesteś jeden i musisz to jakoś schować.
Właśnie dlatego postawiłam ten temat, bo ta samotność w biurowym rytuale jest dla mnie bardzo konkretnym problemem. Nie szukam aprobaty, ale pewna izolacja w tym jest odczuwalna. Ciekawe czy ktoś znalazł sposób żeby to jakoś... zakorzenić? Nie wiem jak to inaczej nazwać. Żeby to nie było tylko moje, ale żeby też nie musieć tłumaczyć.
Ja mam turmalin czarny na biurku od lat. Jak ktoś pyta, mówię że to dekoracja. Nikt nigdy nie drążył. Kamień może stać gdzie chce, nie budzi pytań. To jest ten poziom zakorzenienia o którym mówi Paprotka - obecność fizyczna czegoś swojego w przestrzeni, bez wyjaśnień.
Ten gest dotknięcia to w ogóle bardzo archaiczny mechanizm. W haptocentrycznych koncepcjach rytuału - takich jak u Clive'a Lawsona czy w badaniach nad embodied cognition - dotyk jest wejściem do innego trybu uwagi. Nie trzeba długiego przygotowania, wystarczy fizyczny kontakt z czymś co ma dla ciebie znaczenie. Biuro tego nie widzi, a ty już jesteś inaczej ustawiony.
Placebo czy nie, to pytanie które mnie zawsze trochę drażni w tych dyskusjach. Nie dlatego że jest złe, tylko że zakłada że jedynym kryterium jest obiektywna skuteczność w sensie mierzalnym. A rytuał działa też na poziomie który nie jest mierzalny i nie musi być. Jak ktoś przez lata robi coś co go uspokaja i porządkuje myśli, to jakie to ma znaczenie że laboratorium tego nie potwierdza?
Właśnie o to mi chodziło. Nie chcę obalać czegokolwiek, ale chcę rozumieć co dokładnie się dzieje kiedy ktoś np. dotyka kamienia przed trudną rozmową. Czy chodzi o skupienie, symbolikę, nawyk, coś innego? Bo to zmienia jak do tego podejść i jak to ewentualnie przenieść do kontekstu biurowego bez poczucia że robimy coś przypadkowego.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie które mi siedzi w głowie - czy ktoś z was miał kiedyś sytuację że rytuał przed czymś w pracy kompletnie nie zadziałał? Nie żeby obalać, po prostu jestem ciekawy jak wtedy to tłumaczyliście. Bo dla mnie to jest właśnie ta część której nie rozumiem.
Lechoslaw08 zadał bardzo konkretne pytanie i też jestem ciekawa odpowiedzi. U mnie był taki moment - ważna rozmowa rekrutacyjna wewnętrzna, zrobiłam wszystko co zwykle, i kompletnie nic. Siedziałam potem i myślałam co poszło nie tak. I doszłam do wniosku, że może byłam za bardzo skupiona na tym żeby rytuał zadziałał, zamiast po prostu być. Takie napięcie oczekiwania które samo w sobie wszystko rozładowuje.
A mnie zastanawia co Paprotka powiedziała - to napięcie oczekiwania. Bo ja mam dokładnie to samo z tarota. Jak ciągnę kartę i bardzo chcę żeby wyszło coś konkretnego, to jakby wszystko się psuje. A jak robię to bardziej mechanicznie, bez nadmiernego zaangażowania emocjonalnego, to paradoksalnie więcej z tego wyciągam. Może jest jakaś wspólna zasada?
Ale zaraz - to jak to w ogóle ma działać, skoro ma być intencja, ale nie ma być oczekiwanie? To trochę brzmi jak wewnętrznie sprzeczne. Mam intencję ale nie czekam na efekt? Nie rozumiem tej granicy.
To jest ciekawe co Sabineczka62 mówi. Ale wracam do mojego pytania bo nie dostałem jeszcze odpowiedzi od więcej osób - jak tłumaczyliście sobie niepowodzenie? Bo różne rzeczy słyszę: że byłam za spięta, że rytuał to nie gwarancja. Ale co czuliście w tej chwili kiedy wszystko poszło źle mimo przygotowania?
Uczciwie? Złość. Taka cicha, nie na zewnątrz, ale w środku. Jakby ktoś mnie zawiódł. I dopiero potem, po czasie, zaczęłam rozumieć że ta złość była skierowana w złą stronę. Nie wiem czy to normalne, ale tak było.
