A może po prostu chodzi o to, że rytuał nas uspokaja i przez to jesteśmy po prostu mniej spięci na spotkaniu czy rozmowie, i to daje lepszy efekt - nie dlatego że zadziałało coś niewidzialnego, tylko dlatego że sami działamy lepiej kiedy jesteśmy spokojniejsi? I wtedy kiedy jesteśmy nadmiernie spięci oczekiwaniem, ten efekt się nie pojawia?
Tu się z Tarocistką zgadzam. Rappaport w swojej teorii rytuału pisał o tym, że rytuał ustanawia coś co nazywał 'sanctity' - nie chodzi o sacrum w sensie religijnym, tylko o poziom komunikacji, który nie podlega negocjacji. Kiedy wykonujesz rytuał, wchodzisz w rejestr, który ma inną wagę niż zwykłe myślenie życzeniowe. I to jest niezależne od tego czy siedzisz w biurze czy w lesie.
A zastanawiam się czy nie jest tak, że właśnie ta krótka forma jest czymś zubożonym w stosunku do pełnego rytuału. Jakbyśmy cały czas szukali kompromisu między tym co chcemy robić a tym co wolno nam robić w miejscu pracy. I ten kompromis trochę mnie męczy. Czy ktoś w ogóle próbował zorganizować sobie prawdziwą przerwę na coś bardziej kompletnego?
Ten samochód to jest genialne rozwiązanie i nie wiem dlaczego sama na to nie wpadłam. Mam auto, parkuję w podziemnym garażu, tam jest prawie zawsze cicho. To mogłoby być takie moje miejsce. Dzięki za ten pomysł.
Dobra, ale wróćmy do pytania Lechoslaw08, bo mnie też interesuje ta kwestia niepowodzenia. Ja miałem raz że zrobiłem wszystko 'jak trzeba' przed trudną rozmową i wyszedłem z niej z poczuciem że byłem bardziej sobą niż zwykle - i mimo to rozmowa skończyła się nie po mojej myśli. I to było dziwne uczucie, bo pomyślałem: byłem w dobrym miejscu, powiedziałem to co chciałem powiedzieć, a i tak efekt taki a nie inny. I nie miałem do czego mieć pretensji. Może o to właśnie chodzi?
To co Remigiusz88 opisuje to jest chyba jedna z trudniejszych sytuacji do przepracowania. Bo kiedy rytuał 'nie zadziałał' w sensie wyniku, ale coś jednak się zmieniło w tobie - to jak ocenić czy w ogóle zadziałał? Mam wrażenie że mieszamy dwa różne poziomy pomiaru.
No właśnie, ale kawa nie działa tak samo u wszystkich i nie zawsze. Rytuał ma tę cechę, że jest powtarzalny i że ty sam go konstruujesz, więc rozumiesz dlaczego go robisz. To nie jest placebo wzięte z zewnątrz, tylko coś czemu ty sam nadajesz znaczenie. To jest fundamentalna różnica, przynajmniej moim zdaniem.
Dobra, to ja dopowiem bo może nie do końca dobrze napisałem. Ta rozmowa, o której mówiłem, skończyła się 'źle' w sensie biznesowym, ale tygodnie później okazało się że ta osoba była niewiarygodna i że dobrze że do niczego nie doszło. Więc teraz nie wiem co w ogóle znaczy że rytuał nie zadziałał.
To co Remigiusz88 i Malgosia87 opisują ma nawet swoją nazwę w teorii systemów - 'equifinality', czyli różne drogi do tego samego punktu. Albo odwrotnie - ta sama droga, inne punkty docelowe, zależnie od tego skąd patrzysz. Rytuał mógł 'zadziałać' nie na tę rozmowę, tylko na coś innego, co było z nią powiązane. Problem w tym, że to jest praktycznie niefalsyfikowalne.
Nie obrażam się na to porównanie, ale to jest osobny problem. Horoskopy jako system predykcji to co innego niż rytuał jako praktyka wprowadzania się w stan. Mam wrażenie że mieszamy dyskusję o prawdziwości przekonań z dyskusją o tym czy dana praktyka ma efekty, które można zaobserwować.
Słuchajcie, ja może wrócę do samego początku, bo trochę odpłynęliśmy. Pierwotne pytanie było o to jak nie wyglądać jak wariatka przy biurku. I to jest bardzo konkretny problem praktyczny. Filozofia filozofią, ale czy ktoś ma jakieś sprawdzone sposoby na to żeby rytuał był rzeczywiście niezauważalny, nie tylko prawie niezauważalny?
Ja mam jedną konkretną rzecz którą robię od dawna i nikt nigdy nie zapytał. Mam na biurku małą miseczkę z kilkoma kamieniami - to wygląda jak dekoracja. Przed ważną rozmową biorę jeden do ręki na chwilę. Żaden współpracownik nie wie co to znaczy, widzą po prostu że trzymam kamień.
Ja dodałem sobie do biurka kilka lat temu mały piryt i nikt nigdy nie pytał. Ludzie zakładają że to albo dekoracja albo pamiątka. Jedyna osoba która kiedykolwiek skomentowała to był kolega mineralog-amator który godzinę potem gadał o złożach na Alasce. Więc można powiedzieć że kamień zadziałał - odciągnął rozmowę ode mnie 🙂
Mnie zastanawia jedno - czy nie jest tak, że te mikrorytuały przy biurku działają też dlatego że tworzymy sobie pewien rodzaj prywatnej przestrzeni w otwartej, wspólnej przestrzeni biura? Jakby mała bańka niewidzialności. Nie wiem czy to jest dobra metafora, ale tak to czuję.
A co z rytuałami mentalnymi, które są kompletnie niewidoczne? Bo ja mam taki zwyczaj że przed ważnym spotkaniem przez chwilę siedzę i w myślach formułuję jedno zdanie o tym czego chcę. Nie na kartce, nie głośno, po prostu w głowie. Nikt niczego nie widzi, zero kamieni, zero dotykania czegokolwiek. Czy to jeszcze jest rytuał czy już tylko skupienie?
Ale to by znaczyło że każde skupienie przed ważną chwilą to rytuał. A to chyba zbyt szerokie. Co w takim razie odróżnia rytuał od zwykłego przygotowania psychicznego?
To zależy od tego skąd bierzemy definicję rytuału. Jeśli z antropologii - van Gennep, Turner i podobni - to rzeczywiście musi być jakiś element performatywny, coś co oddziela ten moment od reszty codzienności. Ale jeśli patrzymy na to od strony psychologii kognitywnej, to sama intencja może wystarczyć, pod warunkiem że jest powtarzalna i że masz wewnętrzny sygnał że 'teraz robię to'. Więc pytanie do Rocha: czy to zdanie w głowie jest zawsze takie samo, czy za każdym razem inne?
Kabalistka05 podnosi ważny punkt, ale ja bym to rozwinął trochę inaczej. Granica między afirmacją a rytuałem mentalnym jest płynna i zależy od tego jak rozumiemy strukturę. Rytuał ma sekwencyjność i powtarzalność, afirmacja ma treść twierdzącą. Ale te dwie rzeczy mogą ze sobą współistnieć w jednej praktyce. Rocha 'chcę żeby' spełnia oba warunki jednocześnie. Anthropologicznie ciekawsze byłoby pytanie czy taka praktyka mentalna ma efekt liminalny - czy faktycznie oddziela jeden stan od drugiego.
Ja żeby nie filozofować za bardzo - wróćmy na chwilę do tej praktycznej kwestii z której wyszliśmy. Bo Paprotka pytała o niewidoczność przy biurku, Roch pokazał że mentalny rytuał jest w stu procentach niewidoczny. Kamienie są niewidoczne jako kamienie. Co jeszcze można robić w pracy w sposób który jest kompletnie normalny dla obserwatora?
Dobre pytanie, bo ja to zauważyłem z parytem. Przez pierwsze miesiące faktycznie brałem go do ręki świadomie. Potem stał się po prostu elementem biurka i przestałem zwracać uwagę. Teraz jest tak że jak go nie ma bo ktoś go przestawi - to wtedy czuję że czegoś brakuje. Może to i tak jest forma działania, tylko odwrócona.
To jest bardzo stare pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Durkheim pisał że rytuał jest skuteczny właśnie dlatego że jest powtarzalny do stopnia automatyzacji. Że paradoksalnie świadomość każdego kroku jest mniej istotna niż regularność i że właśnie ta regularność buduje coś co on nazywał 'collective effervescence' - choć on pisał o zbiorowości, to mechanizm działa też indywidualnie. Pytanie Remigiusza jest więc uzasadnione, ale odpowiedź nie jest oczywista.
Dobra, ale my tu rozmawiamy o pracy i o tym żeby nie wyglądać dziwnie, a zaczynamy od Durkheima. Nie mówię że to nieinteresujące, ale chyba Paprotka pytała o coś zupełnie innego. Czy ktoś ma jeszcze jakieś konkretne praktyki których używa w pracy, poza kamieniami i herbatą?
Ja mam coś z notowaniem. Mam zeszyt i przed trudnym dniem piszę dosłownie jedno zdanie - nie plan, nie listę, tylko jedno zdanie o tym jak chcę żeby wyglądał ten dzień. Nie zawsze się sprawdza, ale samo pisanie coś mi ustawia. Nikt w biurze nie widzi co piszę, a ja wyglądam jak ktoś kto robi notatki, więc jest ok.
To notatki to super pomysł i właśnie o takie rzeczy mi chodziło. Ja ostatnio zaczęłam robić coś z zapachami - mam mały roll-on z olejkiem, używam go niby jako perfumy, ale są konkretne momenty w których go używam i to jest celowe. Zapach jest niewidoczny, mieści się w kieszeni i nikt nie pyta po co mi roll-on. A te skojarzenia o których pisała Helena82 - tak, mam dokładnie to samo, po kilku tygodniach sam zapach już coś uruchamia.
