Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie wiem, czy to dobry temat na forum, ale spróbuję. Chodzi mi o to, co robić z rytuałami, kiedy nie masz pojęcia, kim jesteś. Nie mówię o takim filozoficznym kryzysie, tylko o czymś konkretnym - kiedy twoje wartości się zmieniają, stare rytuały przestają działać albo wręcz dają dziwne efekty, a nie masz jeszcze nic nowego, w co mógłbyś się wpisać. I do tego dochodzi kwestia środowiska, bo przez ostatnie lata moje podejście do tego, co wolno mi spalić, rozsypać po lesie, zakopać, diametralnie się zmieniło. Nie chcę używać syntetycznych świec, plastikowych miseczek, kadzidełek z masową produkcją, które pewnie zawierają więcej wypełniaczy niż żywicy. Ale jak szukam zamienników, to wchodzę w kolejne dylematy. Skąd mam wiedzieć, że ta wosk pszczeli świeca nie pochodzi z pasieki, gdzie pszczoły żyją w złych warunkach? Czy zioła zbierane ze sklepu są naprawdę bez pestycydów? I tak dalej. W pewnym momencie poczułem, że zamiast praktykować, tylko analizuję etykiety. Ktoś miał coś podobnego?
To co opisujesz z etykietami - strasznie to znam. U mnie był taki moment, że w połowie przygotowań do zwykłego rytuału oczyszczającego zorientowałam się, że mam w ręku paczkę szałwii kupioną przez internet, bez żadnej informacji o pochodzeniu, i po prostu odłożyłam ją i siedziałam z tym dyskomfortem. Skończyłam bez żadnych rekwizytów. Zapaliłam tylko zwykłą świecę, którą miałam od dawna, i skupiłam się na oddechu i intencji. I wiesz co - działało. Może nawet lepiej, bo nie myślałam o tym, czy wszystko jest "właściwe". Ale rozumiem, że to nie rozwiązuje twojego głównego pytania, czyli tego o tożsamość. Bo jak możesz dopasować rytuał do wartości, skoro nie wiesz jeszcze, jakie masz wartości teraz, po tej zmianie?
Poczekajcie, bo mi coś tu nie gra. Znaczy rozumiem ten dylemat z ekologią świec i kadzideł, sam przez to przechodziłem. Ale łączenie tego z "nie wiem, kim jestem" - to chyba dwa oddzielne problemy? Bo kwestia materiałów to po prostu kwestia etyki zakupów, a kryzys tożsamości to coś głębszego. Można mieć w pełni ekologiczną praktykę i nadal nie wiedzieć, kim się jest. Albo odwrotnie - palić importowane kadzidła i mieć absolutną jasność co do swojej ścieżki. Nie rozumiem, jak jedno ma się do drugiego.
To, co opisujesz z gestami, które przestają być swoje - to jest w sumie dobry punkt wyjścia do refleksji o tym, czemu rytuały w ogóle działają. Większość tradycji, które mam za sobą, mówi o tym, że rytuał nie tkwi w rekwizytach. Rekwizyty są zewnętrznym językiem, który pomaga skupić intencję, ale jeśli ten język przestaje być twój, to faktycznie możesz czuć się jakbyś mówił w obcym języku. Słyszysz słowa, ale nie rozumiesz ich od środka. Pytanie tylko, co to znaczy "znaleźć swój język" kiedy jesteś w środku przemiany i jeszcze nie wiesz, dokąd idziesz. To nie jest coś, co można zaplanować.
Wracając do kwestii środowiskowej, bo ona mnie tu też interesuje - jest dość ciekawy kontekst historyczny. Wiele tradycji przedchrześcijańskiej Europy używało tylko tego, co było dostępne lokalnie i sezonowo. Nie dlatego, że myśleli ekologicznie w dzisiejszym sensie, ale dlatego, że nie mieli innego wyboru. Symbolika była więc w dużej mierze zbudowana na tym, co rośnie dookoła, co pada z nieba, co daje konkretna pora roku. Można by powiedzieć, że ta "lokalna" praktyka była niejako wymuszona. Dzisiaj mamy możliwość sprowadzenia białej szałwii z Ameryki, palo santo z Peru, kadzideł z Indii. Tylko że ta globalność materiałów niekoniecznie idzie w parze z głębią rozumienia skąd one pochodzą i co dla tamtych kultur znaczyły. Pytanie, czy ktoś, kto jest w kryzysie tożsamości i szuka swojego języka, nie powinien zacząć właśnie od tego, co rośnie dosłownie za oknem.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale nie do końca rozumiem - jak lokalne zioła mają pomóc w kryzysie tożsamości? Czyli jeśli ktoś nie wie, kim jest, to zamiast importowanych świec zbiera dziurawiec i to mu pomaga się określić? Serio pytam, bo może coś przegapiam.
Dobra, rozumiem już ten wątek z roślinami. Ale mam inne pytanie do całego tematu. Czy wy nie macie poczucia, że "kryzys tożsamości jako czas na rytuały" to trochę zbyt wygodna narracja? Znaczy - rozumiem, że ludzie szukają oparcia w trudnych momentach. Ale jeśli ktoś nie wie, kim jest, to rytuał bez jasno określonej podstawy, bez systemu, w który wierzysz - to może być jak budowanie na piasku. Robiłem kiedyś rytuały w momencie, kiedy miałem kompletny mętlik w głowie, i efekty były... nieprzewidywalne. Nie złe, ale nieprzewidywalne.
Wracam do ekologii, bo ten wątek mnie ciągnie. Wiele osób szuka odpowiedzi w rodzimych tradycjach słowiańskich właśnie dlatego, że są lokalne i naturalnie osadzone w tym, co tutaj rośnie i żyje. Ale jest w tym pewna pułapka - rekonstrukcja słowiańskich praktyk to w dużej mierze produkt XX i XXI wieku, bo źródeł jest bardzo mało. To nie jest zarzut, po prostu fakty. Więc kiedy ktoś mówi "wracam do korzeni" i myśli, że unika synkretyzmów, to często wchodzi w inny synkretyzm, tyle że oparty na współczesnych rekonstrukcjach. Co nie znaczy, że to złe - ale warto mieć tego świadomość.
Mnie to pytanie o autentyczność zawsze trochę zatrzymuje. Bo sama korzystam z run i tam mam podobny problem - ile z tego, co dzisiaj funkcjonuje jako "tradycyjne" znaczenia run, jest naprawdę historyczne, a ile zostało dobudowane w XIX i XX wieku? Elder Futhark to jest jeden zapis z kilku wieków i wielu miejsc, nie jeden spójny system. Ale czy to znaczy, że praca z nimi nie ma sensu? Dla mnie ma - tylko nie obiecuję sobie, że robię coś "tak jak Wikingowie".
To pytanie o oczyszczanie warstw jest ciekawe, bo sama przez to przechodziłam. Próbowałam przez chwilę "wyczyścić" swoje praktyki z katolickich elementów, bo czułam, że to nie moje. Ale potem zorientowałam się, że te elementy są częścią mnie - dorastałam z nimi, są w mojej pamięci, w zapachu kościoła w dzieciństwie, w pieśniach babci. Odcinanie ich było trochę jak amputacja. Teraz ich nie udaję, że ich nie ma, ale też nie buduję na nich całości.
A czy to ma znaczenie? Mam na myśli - jeśli ktoś pracuje z czymś przez lata i wypracowuje własne zrozumienie, to czy źródło informacji decyduje o tym, czy to jest "prawdziwe"? Rozumiem argument o autentyczności, ale nie rozumiem, dlaczego YouTube jest gorszy od starożytnej księgi, jeśli ktoś naprawdę z tym pracuje.
Jest w tym coś ważnego. Cielesność jako kotwica w momencie, kiedy myśl się kręci w kółko. Dużo tradycji rytualnych buduje na tym właśnie - powtarzalny ruch, dotyk konkretnego przedmiotu, zapach, temperatura. Nie jako symbol, ale jako fizyczne przerwanie pętli poznawczej. Japońskie misogi - rytualne obmycie - nie jest o oczyszczeniu symbolicznym przede wszystkim, jest o doznaniu temperatury wody, oddechu, ciężaru ciała. To wchodzi inną drogą niż przekonanie.
i czy potem jak wróciłeś do domu i zrobiłeś coś z tą bylicą, to ten spokój został? Czy obserwator wracał przy samym rytuale już?
To jest ważne rozróżnienie. Czynność wykonywana po prostu a czynność wykonywana "jako rytuał" - i nagle ta druga jest pod obserwacją. Zastanawiam się, czy tu nie chodzi o to, że rytuał stał się dla ciebie kategorią wymagającą legitymizacji, a zbieranie ziół nie. Jedno jest codzienne, drugie wymaga uzasadnienia.
I to "coś" to on sam. To jest sedno tego, co opisał wcześniej. Nie brak praktyki ani złe źródła. Raczej rodzaj dysocjacji między wykonywaniem a przeżywaniem. Widziałem to u osób w różnych tradycjach - w pewnym momencie praktyka staje się obserwowana zamiast przeżywana i trudno wyjść z tego trybu przez samo robienie więcej.
Czy ty myślisz, że to minie samo? Pytam, bo ja miałam podobny moment - wszystko wydawało się sztuczne, jakbym odgrywała coś, w co nie do końca wierzę. I wyszłam z tego, ale nie umiem powiedzieć jak. Po prostu w którymś momencie znowu coś poczułam i to wystarczyło.
To pytanie dotyczy mnie bezpośrednio. Właśnie jestem tym człowiekiem z miasta w trzecim pokoleniu. Nie mam żadnej rodzinnej tradycji zbierania ziół, nie mam babci z wiedźmim ogrodem. Bylicę przy nasypie znalazłem trochę przypadkowo. I mimo to coś z tym zbieraniem było - więc chyba nie chodzi tylko o przekazaną tradycję.
Sprawdzałem. I jest różnie. Część dostawców w Europie faktycznie uprawia szałwię biełą w sposób kontrolowany i nie pochodzi z dzikich zbiorów. Inne oznaczenia są czysto marketingowe. Problem polega na tym, że większość kupujących nie weryfikuje, tylko ufa etykietce. Więcej sensu ma kupowanie od kogoś, kto uprawia lokalnie i kogo możesz zapytać, niż od anonimowej hurtowni z certyfikatem PDF na stronie.
I to jest ważne, co teraz mówisz. Bo to nie jest tylko kwestia znalezienia "odpowiednich roślin". To jest pytanie o koherencję praktyki - żebyś mógł powiedzieć: wiem, skąd to pochodzi, wiem, dlaczego tego używam, wiem, że to nie pochodzi ze źródła, które jest dla mnie problemem. Nie musisz mieć na to odpowiedzi od razu, ale mieć je jako pytania robocze - to już jest coś.
Zastanawiam się, czy ktoś tu w ogóle próbował sprawdzić, jak wyglądały słowiańskie praktyki związane z roślinami, zanim to wszystko zostało wymieszane z new age. Bo rozumiem, że jest sporo rekonstrukcji i nie zawsze wiadomo, co jest autentyczne. Ale może jest coś, co można weryfikować przez etnografię, zapisy historyczne?
