Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co nie daje mi spokoju. Mam kilka rytuałów, które robię od lat i które ewidentnie jakoś działają - w tym sensie, że po nich coś się zmienia, albo we mnie, albo w sytuacji. Problem w tym, że kompletnie nie umiem sobie tego wyjaśnić. I nie chodzi mi o to, że "magia jest niewyjaśnialna" - to zbyt łatwa wymówka. Chodzi mi o konkretne przypadki, kiedy nie ma żadnej logicznej nici łączącej działanie z efektem. Np. mam zwyczaj palenia starej listy rzeczy, których już nie chcę w życiu - i zawsze po tym coś faktycznie odpada. Czasem dramatycznie szybko. Robię to od lat, widziałam efekty za każdym razem. Ale co tu właściwie działa? Skupienie intencji? Symboliczne zamknięcie? Efekt placebo na sterydach? Ciekawi mnie, czy inni mają podobne obserwacje - rytuały, które działają, ale przy których nie wiecie, co tak naprawdę robi robotę.
To jest jedno z tych pytań, przy których można siedzieć latami i nie dojść do żadnego wniosku, a mimo to pytanie jest warte zadawania. Bo właśnie ta niemożność wyjaśnienia jest, moim zdaniem, kluczowa - nie jako wada, tylko jako cecha. Mam rytuał przejścia, który stosuję za każdym razem kiedy coś kończy się w moim życiu - czy to związek, praca, etap. Jest dość prosty: trzy dni bez kontaktu z tym, co skończone, potem jednorazowy gest pożegnania (różny w zależności od sytuacji), potem celowe wejście w nowe miejsce fizyczne. I konsekwentnie, przez lata, obserwuję, że ten moment "wejścia w nowe miejsce" działa jak reset psychiczny. Szybszy niż cokolwiek innego. Czy to dlatego, że fizyczna zmiana miejsca rzeczywiście sygnalizuje mózgowi coś innego? Może. Ale ten sam spacer bez intencji i bez całej reszty rytuału - nie działa tak samo. Próbowałam. Coś w sekwencji i w znaczeniu, które jej nadaję, robi różnicę. I tu jest właśnie ten problem - nie wiem, czy to sekwencja, znaczenie, czy coś zupełnie innego.
Wracając do tego co napisała Rumianek79 - mnie od dawna zastanawia ten element spalania. Jest w tym coś, co przekracza prostą symbolikę "zniszczenia". W różnych tradycjach spalanie jest aktem transmutacji, nie usunięcia - ogień nie niszczy, tylko zmienia stan. I zastanawiam się, czy ludzie którzy palą listy, notatki, stare przedmioty, nie uruchamiają jakiegoś bardzo głębokiego schematu poznawczego związanego z tym rozróżnieniem. Bo "wyrzuciłam kartkę do kosza" brzmi jak usunięcie. "Spaliłam" brzmi jak transformacja. I może właśnie to robi tę różnicę mentalnie - nie intencja jako taka, ale jakość tej intencji, którą nadaje sam akt fizyczny.
Moim zdaniem to właśnie jest efekt placebo, tyle że mocniejszy niż nam się wydaje. Placebo nie jest tylko "wierzę i działa" - to jest złożony mechanizm neurologiczny. Mózg dosłownie zmienia swoje wzorce aktywności pod wpływem rytuału, nawet jeśli ten rytuał jest symbolicznie arbitralny. To jest udowodnione w badaniach klinicznych. Więc może pytanie "co tu działa" ma prostą odpowiedź: mózg. I niekoniecznie to deprecjonuje rytuał.
Czytam to z dużą uwagą, bo sama mam sytuację, gdzie rytuał działa, ale w sumie nie rozumiem co on robi. Mam taki zwyczaj odkąd pamiętam - przed każdą ważną decyzją idę w jakieś konkretne miejsce na zewnątrz (zawsze inne, ale zawsze na zewnątrz) i siedzę tam tyle, aż decyzja sama "przyjdzie". I przychodzi. Zawsze. Ale nie wiem, czy to dlatego, że wychodzę z kontekstu problemu i mózg działa inaczej w nowym środowisku, czy dlatego, że robię z tego rytuał i to nadaje wagę temu momentowi, czy jeszcze z innego powodu. Pytanie mam takie - czy wy w ogóle próbujecie wyjaśniać swoje rytuały, czy wolicie zostawić tę część bez odpowiedzi?
Ja bym chciał się upewnić, czy dobrze rozumiem ten wątek - bo mam wrażenie, że trochę mieszają się tu dwie różne rzeczy. Jedno to pytanie "dlaczego rytuał działa psychologicznie", a drugie to pytanie "czy rytuał działa w sensie, który wykracza poza psychologię". I te dwa pytania mają zupełnie inne implikacje. Bo jeśli mówimy tylko o tym pierwszym, to możemy powiedzieć: sekwencja buduje stan, fizyczne działanie zmienia percepcję, mózg reaguje na symbolikę. Okej, to sensowne. Ale jeśli ktoś twierdzi, że rytuał działa w sensie wykraczającym poza to - że np. ta spalona lista faktycznie coś zmienia poza psychiką osoby, która ją pali - to jest to zupełnie inne twierdzenie. Czy w tym wątku mówimy o jednym czy o drugim?
A możemy mówić konkretniej? Bo to wszystko brzmi bardzo abstrakcyjnie. Efekty nieproporcjonalne - tzn. jakie? Co konkretnie się zmienia po tych rytuałach i w jakim czasie? Bo bez tego trudno cokolwiek ocenić.
Tylko że to jest klasyczne myślenie magiczne - post hoc ergo propter hoc. Rytuał był, potem coś się wydarzyło, więc rytuał spowodował. Mózg jest bardzo dobry w szukaniu takich wzorców, nawet kiedy ich nie ma. Nie mówię, że rytuały nie działają, ale ta konkretna argumentacja jest podatna na błąd poznawczy. I wiem, że to niepopularne co piszę, ale wydaje mi się, że jeśli chcemy serio rozmawiać o tym dlaczego rytuały działają, to trzeba też rozmawiać o tym, kiedy nasze obserwacje nas mylą.
Fenomenologicznie - ale właśnie na tym polega problem z całą tą dyskusją. Subiektywne odczucia są prawdziwe dla osoby, która je ma, tylko to nie znaczy, że ich przyczyną jest to, co myślimy. Przerwa w rytualne może wywoływać napięcie właśnie dlatego, że rytuał stworzył oczekiwanie, a oczekiwanie zostało niezrealizowane. To jest klasyczny efekt niezamkniętej Gestaltu, jest na to literatura. Nie trzeba zakładać żadnego mistycznego mechanizmu.
Trochę gubię się w tej rozmowie, bo dużo mówicie o "sekwencji" i "zamknięciu". Czy to znaczy, że każdy rytuał musi mieć jakiś wyraźny koniec żeby zadziałał? Pytam serio, bo sam próbowałem różnych rzeczy i nigdy nie wiedziałem, kiedy jest "po".
A skoro mowa o zmęczeniu sprawą - to mi przypomina coś innego. Czy ktoś miał takie doświadczenie, że rytuał nie zadziałał, bo był zrobiony za wcześnie? Że temat nie był jeszcze "dojrzały" do zamknięcia? Bo to by mi tłumaczyło kilka moich własnych sytuacji, gdzie coś zrobiłem a efektu nie było.
to porównanie do papierka lakmusowego zostanie mi w głowie na długo. Ale mam pytanie, bo chyba czegoś nie łapię - jeśli rytuał tylko pokazuje stan, a nie go zmienia, to po co go w ogóle robić? Czemu nie wystarczy po prostu zauważyć, że coś jest gotowe do zamknięcia, i tyle?
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że kręcimy się wokół czegoś, co trudno uchwycić słowami. Czy chodzi o to, że rytuały działają w sposób, który wymyka się przyczyna-skutek, bo skutek przychodzi kanałem, którego nie kontrolujemy? Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem, bo to dla mnie nowe ujęcie tematu.
To może durne pytanie, ale jak długo po rytualne czekaliście na efekty? Bo mam wrażenie, że jeśli czekać wystarczająco długo, to zawsze coś się wydarzy i można to przypisać rytuałowi. Nie chcę brzmieć sceptycznie, naprawdę pytam.
i to jest chyba najuczciwsze, co można tu powiedzieć. Selekcja pamięci jest realna i trudno się od niej uwolnić. Ale czy to znaczy, że całe doświadczenie jest bez wartości? Nie sądzę. Myślę, że warto rozróżniać - jest pytanie o to, czy rytuał "działa" w sensie sprawczym, i osobne pytanie o to, co daje nam jako praktyka. To drugie jest odporne na zarzut selekcji.
Ta idea "zastępowania symboliki" jest dla mnie trochę wątpliwa, bo zakłada, że symbole są w pełni wymienne. Ale symbol działa przez skojarzenie i kontekst kulturowy - więdnący kwiat w doniczce latem to jednak coś innego niż naturalne opadanie liści we wrześniu. Nie twierdzę, że to w ogóle nie działa, pytam czy nie traci się czegoś po drodze.
I tu mi się zamyka pętla z tego całego wątku. Może właśnie to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego te same rytuały działają różnie w różnych momentach życia - bo zmieniamy się my, a nie rytuał. Forma pozostaje ta sama, ale podmiot, który ją wykonuje, jest za każdym razem inny. I to jest oporne na wyjaśnienie, bo nie ma zewnętrznego wzorca, z którym można to porównać.
to jest bardzo uczciwe sformułowanie. Czy to nie jest tak, że ta "potrzeba potwierdzenia" jest właśnie tym, co rytuał adresuje - niekoniecznie przez zmianę rzeczywistości, ale przez zmianę narracji o sobie? I jeśli tak, to czy to "tylko" coś umniejsza?
Tylko że struktura bez znaczenia kulturowego to trochę jak słowo bez kontekstu. Forma rytuału niesie w sobie warstwy skojarzeń, które działają podprogowo - ogień, woda, ziemia, czerń, biel - to są skojarzenia zakorzenione głęboko, przez pokolenia. Rytuał wymyślony od zera nie ma tego bagażu. Może działać, ale inaczej i chyba słabiej, bo musi budować całe skojarzenie od podstaw w głowie jednej osoby.
