mozna spytac trochę z boku - bo czytam cały ten wątek i mnie zastanawia, czy ktoś tu zmienił cos konkretnego w swoich rytuałach właśnie dlatego że pomyślał o ekologi? nie teoria tylko praktyka, co ktos zaczął robić inaczej albo przestał?
to ciekawe pytanie bo sama nie wiem skad ta zasada z jedną trzecią. szukałam kiedyś i chyba pochodzi z tradycji ochrony roślinności u rdzennych narodow ameryki polnocnej, taki etyczny standard przy zbiorach. ale nie mam pewnosci czy to jest opisane gdzies konkretnie czy bardziej przeszlo do obiegu jako zasada ogolna
no ale intencja przy zbiorach to jest coś co pojawia się naprawdę szeroko - nie tylko w rdzennych tradycjach. w staropolskich opisach zbierania ziół na świętojańską też jest ten element, że zbierający miał coś powiedzieć, poprosić, nie wyrywać z korzeniami. Kolberg to notował jako zwyczaj, nie jako zasadę ekologiczną, ale efekt jest podobny. Może to jest ten właśnie punkt styku - że ekologia i rytuał tu idą razem bez żadnego wymuszania
czytam i myślę, że to pytanie o skażenie miejsca jest ważniejsze niż się wydaje. bo jeśli zbierasz coś do rytuału to zakładasz że ta roślina niesie ze sobą coś z miejsca skąd pochodzi, prawda? więc jeśli to miejsce jest przy autostradzie albo przy polach opryskiwanych, to co właściwie zbierasz
o tym w ogóle nie myślałam wcześniej, to mnie trochę zatrzymało. kupuję czasem gotowe kadzidła, nawet z etykietką "naturalne" i jakoś zakładałam że to znaczy coś konkretnego. ale to chyba nie znaczy nic bez certyfikatu albo przynajmniej informacji o pochodzeniu. a skąd w ogóle to sprawdzić przy małych producentach?
to jest mocne postawienie sprawy i trochę mnie zatrzymuje bo sama musiałabym odpowiedzieć uczciwie. moje rytuały są często o czymś dla siebie. i nie wiem czy to jest złe samo w sobie, ale rozumiem co masz na myśli - że ekologiczna świeca nie zmienia intencji
troche inaczej o tym myslę. nie chodzi chyba o to zeby rytuał byl ascetyczny albo "bezdotykowy". bardziej o to czy jest wbudowana w niego jakas wzajemnosc, nie tylko branie. przy runach mam takie momenty kiedy po rytuale zostawiam cos przy drzewie czy kamieniu - niekoniecznie bo "tak trzeba", bardziej bo czuję ze to naturalna część zamknięcia. i to nie jest deklaracja ekologiczna, to po prostu wyglada tak
ten wątek o zostawianiu czegoś po rytuale mnie zastanawia od jakiegoś czasu. w wielu tradycjach jest idea ofiary, pozostawienia czegoś, ale ta ofiara miała sens w kontekście ekosystemu - jedzenie zjadały zwierzęta, materiały organiczne się rozkładały. teraz jak ktoś zostawia plastikowe opakowanie albo folię ze świecy to to jest może i ofiarowanie ale nie dla miejsca, tylko wbrew niemu
pytam bo mnie to interesuje - co znaczy "osadzeni w miejscu od pokolen"? to chodzi o rodzinne tradycje? bo ja jestem z miasta od zawsze i trochę czuje sie wykluczona z tej rozmowy kiedy takie rzeczy padają
wchodzę tu z boku bo czytałam ostatnie posty i ta kwestia zdegradowanych miejsc jest czymś o czym nigdzie nie czytałam wprost. z perspektywy afirmacji i pracy z intencją - degradacja miejsca brzmi jak zablokowana energia, ale to jest bardzo uproszczone i czuję że trafiacie na coś znacznie konkretniejszego. co macie na myśli przez "pracę z takim miejscem"?
są tradycje które mają coś na kształt rytuałów opłakiwania miejsca - nie przywracania go, tylko uznania straty. spotkałam to w opisach rdzennych praktyk północnoamerykańskich, ale też w opisach słowiańskiego żałobnego śpiewu który był stosowany do ziemi po klęsce. to nie jest optymistyczne ale może jest bardziej uczciwe niż próba "reaktywacji" czegoś co przestało istnieć.
przepraszam że znowu wchodzę z podstawowym pytaniem ale - jak taki rytuał żałoby za miejscem miałby wyglądac w praktyce? bo to brzmi dla mnie jak coś bardzo abstrakcyjnego. czy to jest np. modlitwa, siedzenie przy tym miejscu, cos konkretnego?
ta rozmowa poszła w miejsce które mnie zaskakuje i bardzo mi odpowiada. zaczęliśmy od pytania czy można praktykować bez szkody dla środowiska i dotarliśmy do pytania czy rytuał może być odpowiedzią na to co już zostało zniszczone. to jest zasadnicza różnica i myślę że to drugie pytanie jest trudniejsze i bardziej uczciwe. bo "jak nie szkodzić" zakłada że jesteś zewnętrzny wobec problemu i możesz się z niego wymknąć odpowiednimi wyborami. ale "jak odpowiedzieć na zniszczenie" zakłada że jesteś w środku i coś ci to robi.
tak, ta różnica którą nazwałaś jest chyba najważniejsza rzecz jaka padła w tej rozmowie. "jak nie szkodzić" to pytanie przed działaniem, "jak odpowiedzieć na stratę" to pytanie które zakłada że coś już się skończyło i że to wymaga reakcji. i to drugie jest jakoś bardziej uczciwe wobec tego co faktycznie się dzieje ze środowiskiem. bo szczerze - ile lasów, rzek, miejsc zdążyło zniknąć zanim w ogóle zaczęliśmy rozmawiać o ekologicznych rytuałach?
