Zastanawiam się od jakiegoś czasu, jak to właściwie wygląda u innych osób, które mają ADHD albo są autystyczne i jednocześnie praktykują rytuały. Bo u mnie to jest dosyć specyficzne - z jednej strony lubię strukturę, ale z drugiej strony, jak rytuał jest za bardzo sformalizowany, to mój mózg po prostu odmawia współpracy. Mam na myśli, że zaczynam go robić, a po kilku minutach już myślę o zupełnie czymś innym albo zaczynam zmieniać kolejność kroków "bo tak mi się podoba". I potem się zastanawiam, czy to w ogóle jeszcze był rytuał, czy już nie. Ktoś ma podobnie?
To jest ciekawy temat, bo sama się z tym zmagałam. Mam diagnozę ADHD i przez długi czas myślałam, że po prostu "nie nadaję się" do rytuałów, bo nie umiem się skupić przez całe dwadzieścia minut machania kadzidłem według określonej instrukcji. Ale potem zaczęłam patrzeć na to inaczej - może problem nie jest we mnie, tylko w tym, że większość dostępnych rytuałów jest pisana z założeniem, że mózg działa w pewien konkretny, liniowy sposób? Teraz robię rzeczy krótsze, bardziej intensywne i niekoniecznie w tej samej kolejności za każdym razem. I jakoś to działa, przynajmniej dla mnie.
Muszę się tu wtrącić, bo mam inne zdanie. Struktura w rytuałach nie jest przypadkowa - ona pełni określoną funkcję psychologiczną i symboliczną. Jak zmieniasz kolejność "bo tak ci się podoba", to nie znaczy, że rytuał jest elastyczny, tylko że go po prostu modyfikujesz w locie. Nie twierdzę, że to złe, ale nazwijmy to po imieniu. To już jest twój własny rytuał, a nie ten, który ktoś opracował. I to może być absolutnie w porządku, ale warto to sobie uświadomić.
To pytanie o granicę między modyfikacją a nowym rytuałem jest dużo głębsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. W tradycjach szamańskich i w wielu rdzennych praktykach rytuał często był przekazywany jako szkielet, a nie jako gotowy scenariusz. Wykonawca wypełniał go treścią zależnie od sytuacji, od swojego stanu, od tego, co czuł w danym momencie. Ten model był standardem przez tysiące lat. Dopiero nowożytne podejście, które mamy teraz w większości zachodnich tradycji ezoterycznych, zaczęło kłaść nacisk na dokładne odtwarzanie każdego kroku. Więc pytanie brzmi: który model jest "właściwy"?
Jest jeszcze jeden aspekt, który tu pomijamy. Dla wielu osób autystycznych problem z rytuałami nie polega na tym, że jest ich za dużo struktury - wręcz przeciwnie. Struktura często jest tym, co im pomaga. Ale ta struktura musi być ich własna, zbudowana na ich zasadach. Jak ktoś z zewnątrz mówi "rób to w tej kolejności i przez tyle minut", to jest to cudza struktura narzucona na cudzy rytm. A jak ktoś sam buduje swój rytuał, nawet jeśli jest bardzo szczegółowy i powtarzalny, to zupełnie inna historia. Znacie kogoś, kto tak to opisuje?
Myślę, że w przypadku rytuałów runicznych jest to jeszcze bardziej widoczne. Runy mają swój własny porządek i logikę, i jak się komuś przestawi kolejność ciągnięcia lub ułożenia, to zmienia się cały przekaz. Więc dla osoby autystycznej, która pracuje z runami, ta stałość może być właśnie tym, co sprawia, że praktyka ma sens - bo jest przewidywalna i symbolizuje coś konkretnego. Dla kogoś z ADHD z kolei ta sztywność może być problemem, bo wymaga utrzymania uwagi przez cały czas trwania sekwencji.
Przepraszam, że się wtrącam, ale chciałam zapytać - czy ktoś zna jakieś konkretne adaptacje rytuałów, które powstały właśnie z myślą o osobach neurodywergentnych? Nie chodzi mi o coś gotowego do kupienia, tylko o to, czy ktoś z was próbował świadomie przebudować jakiś rytuał pod swoje potrzeby i jak to zrobił?
A kto powiedział, że rytuał musi być regularny, żeby działał? Serio pytam, skąd pochodzi to założenie w praktyce ezoterycznej? W wielu tradycjach rytuały były wykonywane w odpowiedzi na konkretną potrzebę, zdarzenie, porę roku - nie codziennie o siódmej rano. Może model "codziennej praktyki" jest po prostu jednym z modeli, a nie jedynym słusznym?
Poczucie winy za przerwę w praktyce to bardzo specyficzna rzecz, która moim zdaniem pochodzi bardziej z kultury produktywności niż z jakiejkolwiek tradycji. W żadnej ze starszych tradycji, które znam, nie ma zapisu, że jeśli nie wykonasz rytuału przez tydzień, to tracisz wszystkie "postępy". To jest narracja bardziej z obszaru self-help niż ezoteryki.
Właściwie to, co tu opisujecie, jest zbliżone do pojęcia "receptive vs. active ritual" w części współczesnych prac z obszaru rytualistyki. W tym pierwszym modelu rytuał jest aktem otwarcia, czekania, bycia gotowym na coś, a nie wykonywania kroków w odpowiedniej kolejności. I ten model może być dużo bardziej dostępny dla osób, których uwaga działa inaczej. Pytanie do was - czy ktoś świadomie pracuje w tym trybie, czy to raczej coś, do czego dochodzicie przypadkiem?
Pytanie tylko - jak w praktyce to przestawiasz? Bo na poziomie koncepcji brzmi prosto, ale wykonanie? Dla mnie receptive ritual to coś, gdzie siadasz i dosłownie nie masz planu działania, czekasz. Dla kogoś z ADHD to może być najgorszy scenariusz, bo bez żadnej struktury uwaga po prostu leci gdzie indziej.
Mam pytanie, które może brzmieć naiwnie, ale - jak w praktyce wygląda to "oswajanie ciała"? Bo jak czytam ten wątek, to mam wrażenie, że to albo konkretna praca sensoryczna jak z tym kamieniem, albo coś znacznie trudniejszego do opisania. Gdzie jest granica?
Intencja jako granica to coraz bardziej popularne ujęcie, ale mam z nim problem. Bo intencja jest wewnętrzna i nieweryfikowalna, i prowadzi nas do pytania: kto i na jakiej podstawie ocenia, czy twoja intencja była wystarczająca. A dla osoby z ADHD albo autystycznej, która często nie jest pewna swojego stanu wewnętrznego, to może być kolejne źródło niepewności. "Czy moja intencja była prawdziwa?" to całkowicie zbędne pytanie przy praktyce.
Czekaj, pierwszy raz słyszę to słowo - alexytymia. Czy to jest coś, co jest diagnozowane osobno, czy to zawsze idzie z czymś innym?
Większość języka, jakim opisuje się rytuały w zachodnich tradycjach okultystycznych od XIX wieku, jest mocno nasiąknięta romantyzmem i zakłada określony typ subiektywności. Właśnie ten - gdzie emocje są czytelne, gdzie ciało "mówi", gdzie intuicja jest dostępna na żądanie. To jest kulturowy konstrukt, nie warunek konieczny. Starsze teksty często w ogóle nie operują takim językiem - mówią o czynnościach, nie o stanach.
A czy te dwie rzeczy muszą iść razem? Pytam serio, bo może problem polega na tym, że zakładamy, że forma i wewnętrzna warstwa muszą działać jednocześnie. Co jeśli forma jest pierwsza i niejako tworzy warunki, w których ta druga warstwa może się pojawić - albo nie? Nie każdego dnia i nie przy każdym rytuale. Moja znajoma, o której pisałam, mówi, że czasem jej rytuał jest "pusty" w środku i to jej nie przeszkadza, bo zewnętrzna struktura daje jej ramy, a reszta przychodzi kiedy chce.
Zatrzymuję się przy tym "pustym rytuałe", bo to jest ciekawe. W literaturze antropologicznej jest taki termin - ortopraksa, w odróżnieniu od ortodoksji. Ortodoksja to poprawna wiara, ortopraksa to poprawne działanie. I wiele tradycji, szczególnie tych starszych, opiera się właśnie na ortopraksi - ważne co robisz, nie co czujesz w środku. Judaizm halachiczny, część praktyk buddyjskich, wiele rytualizmów w religiach wschodnich. Więc może "pusty rytuał" to nie błąd, tylko inny model.
Dodam do tego coś, co może być użyteczne w kontekście całego tego wątku. W tradycjach, które znam z praktyki, jest pojęcie "suszenia ciała" przed głębszą pracą - i to nie metafora. Chodzi o to, żeby ciało i umysł były na tyle oswojone z formą, że nie muszą jej już przetwarzać aktywnie. Forma staje się tłem, a nie obiektem uwagi. I wtedy może pojawiać się coś innego. Dla osoby neurodywergentnej, która ma problemy z filtrowaniem bodźców, ten etap może po prostu trwać dłużej. I to jest ok.
Wchodzę z boku, bo czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, które mi cały czas chodzi po głowie. Mówicie o tym, jak struktura rytuału może pomagać osobom neurodywergentnym - ale czy ktoś rozmawiał z takimi osobami o tym, co im przeszkadza? Bo mam wrażenie, że dyskutujemy trochę w próżni, teoretycznie. Czy ktoś z was ma ADHD albo jest autystyczny i mówi z własnego doświadczenia, czy to bardziej obserwacje z zewnątrz?
To co mówisz o ciszy i bezruchu jest ważne, bo właśnie pod tym kątem stare opisy ceremonii mogą być mylące. Większość opisów europejskich rytuałów ceremonialnych, które do nas dotarły, pochodzi od osób, które pisały - więc ludzi piśmiennych, siedzących, skupionych w określony sposób. Nie wiemy, jak wyglądały praktyki osób, które nie zostawiły opisów. Może było w nich więcej ruchu, dźwięku, aktywności? Tylko że takie formy nie zostały utrwalone jako wzorcowe.
Słuchajcie, bo ta rozmowa o autorytecie i ciągłości tradycji jest ciekawa, ale chcę ją trochę przyciągnąć z powrotem do praktyki. Pytanie, które mnie najbardziej nurtuje teraz: czy ktoś z was miał sytuację, że rytuał, który robił przez długi czas "po bożemu", po prostu przestał działać na poziomie skupienia? I co z tym zrobił?
Miałam. I to kilka razy. Raz doszłam do wniosku, że po prostu byłam za bardzo przyzwyczajona do formy - robiłam ją automatycznie, ale bez żadnego ładunku. Zrobiłam przerwę, wróciłam. Raz to wystarczyło, raz nie. Nie mam dobrej odpowiedzi, co z tym robić "w ogóle".
Mam mieszane uczucia co do tego "projektowania". Rozumiem skąd to idzie i nie twierdzę, że to złe, ale jest jakieś ryzyko, że złożysz coś bardzo dopasowanego do siebie i to bedzie działać wyłącznie dla ciebie, nie będzie miało żadnej głębi tradycji. Jak coś szytego na miarę - wygodne, ale traci coś po drodze.
Kotwica to dobre słowo i jest zresztą używane w różnych kontekstach - neurolingwistycznym, terapeutycznym. W rytualnym chyba nie tak często. Ale myślę, że to jest właśnie ten mechanizm - forma jako kotwica, nie jako cel. I to może być coś, co działa niezależnie od tego, czy forma jest stara czy nowa, jeśli tylko ma wystarczającą wyrazistość.
Wyrazistość - to jest według mnie clou całej rozmowy o neurodywergencji i rytuale. Nie chodzi o prostotę, nie o skrócenie, nie o ułatwienie. Chodzi o to, żeby forma miała wyraźne brzegi. Wyraźny sygnał "zaczyna się", wyraźny sygnał "kończy się" i środek, który jest spójny. Dla mózgu, który ma problem z przejściami i progami, to jest absolutnie kluczowe.
Siedzę teraz i myślę o tym co napisałam wcześniej o tych dzwonkach w kościele i mam wrażenie, że właśnie dotknęłam czegoś, czego wcześniej nie widziałam. Cała liturgia jest zbudowana jak sekwencja wyraźnych sygnałów - wchodzisz, jest introit, jest kyrie, jest gloria, każda część ma swój wyznacznik. I teraz zastanawiam się, czy to nie jest jeden z powodów, dla których tyle osób z autyzmem dobrze funkcjonuje w bardzo rytualnych tradycjach religijnych. Czytałam kiedyś, że Kościół katolicki i liturgia prawosławna mają nieproporcjonalnie dużo wiernych, którzy są na spektrum.
To jest właśnie clou - czy struktura działa bez wspólnoty. Bo w liturgii te dzwonki i wstawania mają za sobą też grupy ludzi, którzy robią to samo. To nie jest tylko forma, to jest forma zanurzona w zbiorowej synchronizacji. Kiedy robisz rytuał sam, tego nie ma. I nie wiem, czy to jest do zastąpienia czymkolwiek innym, czy to po prostu inna kategoria.
