To co mówi Czeremcha ma nawet swoją nazwę w psychologii rodzinnej - tabu przedmiotowe. Rzeczy po osobie, która odeszła, często stają się na pewien czas 'zamrożone' i ich reaktywacja może być albo uzdrawiająca albo destabilizująca, zależnie od gotowości rodziny. Więc Zielarz85 - to nie jest zły pomysł, ale może warto wyczuć nastrój przy konkretnym spotkaniu, zanim się po prostu wyciągnie ten komplet.
Dobra, to może inaczej zapytam, bo 'wyczuć nastrój' to za mało. Czy chodzi o to, że rodzina sama zaczyna w pewnym momencie mówić o tej osobie z dystansem, a nie z bólem? Że można już wspominać bez płaczu? Bo jakiś sygnał musi być, skoro niektórzy to czują, a inni nie.
I to jest właśnie to, o czym mówiłam wcześniej z tym bratem Felicji - nie chodzi o to żeby 'wprowadzić rytuał', tylko żeby znaleźć miejsce gdzie on już jest, tylko zakopany. Zielarz85 właśnie to zrobił w tej chwili, przy pisaniu posta.
Dokładnie to samo pomyślałam czytając jego odpowiedź. I wiesz co, to mi też coś uświadomiło u siebie - może też szukam za daleko, w przyszłości, i nie widzę tego co już było.
Ale czy to nie jest tak, że te 'zakopane' rytuały działają tylko w tę jedną stronę, czyli wstecz, do przeszłości? Mam na myśli - Zielarz85 ma wspomnienie z dziadkiem, Felicja ma tego brata z kawą. A jeśli ktoś nie ma takiego gotowego materiału? Jeśli rodzina jest bardziej... pozbawiona tych warstw?
To ważne pytanie, bo zakłada że rytuały muszą mieć historię, żeby działały. A to nie jest prawda. Nowe rytuały da się budować świadomie - i one też z czasem nabierają swojej historii. Tylko że ten proces jest powolny i wymaga powtórzeń. Pierwsza herbata w filiżankach dziadka to jeszcze nie rytuał, ale pięćdziesiąta już jest.
Ale właśnie tu mam wątpliwość. Jeśli ty jeden decydujesz, że to będzie rytuał, a reszta po prostu pije herbatę - to kiedy to naprawdę staje się wspólne? I czy w ogóle musi? Można mieć rytuał, który jest niby wspólny, a tak naprawdę żyje tylko w jednej głowie.
Ja tu siedzę i czytam tę rozmowę o tej herbacie i filiżankach i muszę powiedzieć, że bardzo mi to daje do myślenia. Moja mama ma taką jedną miseczkę po babci do której mam wielki sentyment i zawsze wydawało mi się, że to śmieszne, żeby 'czcić' miseczkę. A może wcale nie jest śmieszne?
To co pisze Wezuwianit to jest właśnie odpowiedź na pytanie z tytułu wątku - jak wprowadzić bez naciskania. Nie tłumaczysz, po prostu robisz. I albo ktoś zapyta, albo nikt nie zapyta i też będzie dobrze.
Z tym 'nie tłumaczysz, po prostu robisz' w pełni się zgadzam, ale z jednym zastrzeżeniem. Jeśli chodzi o rzeczy po bliskich, którzy niedawno odeszli, to jednak warto mieć jakiś minimalny wyczucie - bo nie każdy w rodzinie może być w tym samym miejscu emocjonalnie. I to nie jest hamowanie, to jest po prostu uważność na innych.
Słuchajcie, wracam do tego co mówił Swiatowid91 o Durkheimie. On był socjologiem, badał plemiona, mówił o rytuałach publicznych. Czy naprawdę możemy to przykładać do herbaty w kuchni? Bo mi się wydaje, że tu mamy do czynienia z czymś znacznie bardziej prywatnym i niekoniecznie te same mechanizmy działają.
Mam pytanie, bo czytam od jakiegoś czasu i nie rozumiem jednej rzeczy - czy to jest tak, że te rytuały rodzinne muszą mieć jakiś mistyczny wymiar, żeby były 'prawdziwe', czy wystarczy że są powtarzalne i ważne dla ludzi? Bo z tego co czytam to wychodzi, że wystarczy filiżanka i wspomnienie.
Dokładnie. I właśnie ta intencja odróżnia rytuał od automatu. Możesz pić kawę każdego ranka i to będzie nawyk. Możesz pić tę samą kawę z tą samą świadomością 'robię to, bo to łączy mnie z czymś ważnym' - i to jest już coś innego. Zmieniasz się ty, nie kawa.
Ale jak to wygląda w praktyce, kiedy w domu są osoby, które zupełnie nie myślą w tych kategoriach? Mój mąż jest typem człowieka, który wzruszy ramionami na każdą próbę 'nadania sensu' czemukolwiek. Nie złośliwie, po prostu tak funkcjonuje. Czy rytuał może działać, kiedy jeden z domowników jest na to zupełnie zamknięty?
Ale czy to nie jest trochę smutne? Robić rytuał w przestrzeni, gdzie druga osoba jest na niego obojętna? Nie mówię, że to źle, tylko zastanawiam się, czy nie gubi się wtedy ten wymiar wspólnotowy, o którym Swiatowid91 pisał.
Właśnie tak to wygląda u mnie w domu i to jest dobre opisanie. Moja siostra widzi że coś robię, nie pyta o szczegóły, ale nie przeszkadza. I po jakimś czasie zaczęła sama wychodzić z pokoju kiedy widziała że 'jestem przy tym'. Tak jakby rozumiała bez słów że to jest mój czas. Sama nie wiem kiedy to się ustaliło.
To ciekawe co napisała Felicja, bo ja też to zauważam u siebie. Moja mama nie wie dokładnie co robię przy tych filiżankach dziadka, ale kiedy je widzę wyprane i postawione na swoim miejscu po tym jak je przyniosłem, to myślę że coś do niej dotarło. Nie pytam, bo po co.
Słuchajcie, jestem pod wrażeniem tej rozmowy. Mam takie pytanie z innej strony - czy te rytuały rodzinne mogą powstawać spontanicznie, to znaczy bez planowania? Pytam bo zastanawiam się czy u mnie w domu mamy coś takiego, tylko nigdy o tym nie myślałam jako o rytuale.
U nas w domu zawsze przed Wigilią wyciągało się ze strychu pudełko z bombkami i mama każdą oglądała osobno i mówiła skąd pochodzi. Myślałam że to ona tak po prostu. Ale teraz jak czytam tę rozmowę to chyba wiem że to nie było 'po prostu'.
Dobra, i tu mam już mniej oporu niż na początku tej rozmowy. Bo bombki to rozumiem, filiżanka to rozumiem. Ale mam pytanie na marginesie - co z rytuałami, które ktoś chce wprowadzić od zera, bez żadnej historii rodzinnej? Czy one kiedyś stają się tak samo mocne jak te odziedziczone?
Dobra, ale właściwie jak długo to trwa, zanim to 'ktoś robił pierwszy raz' stanie się czymś, co dzieci traktują jako oczywiste? Bo Shangie napisała że pokolenie albo dwa, ale to jest strasznie długo. Czy nie ma jakiegoś skrótu?
To ciekawe co pisze Swiatowid91, bo ja na początku tej rozmowy byłem przekonany, że to wszystko jest bardziej o jakiejś mistyce, a teraz widzę że to jest właściwie o czasie i powtarzaniu. I zastanawiam się - czy ktoś z was miał sytuację, gdzie próbował coś zasiać i to nie wyszło? Nie dlatego że rodzina się sprzeciwiła, tylko po prostu nie przylgnęło?
Ale jak poznać wcześniej czy coś ma ten haczyk czy nie? Bo to brzmi jak coś, czego nie można zaplanować - albo jest albo nie ma.
Ja miałam coś podobnego do Kamilki65 i to jest smutne jak się nie przyjmuje. Ale u mnie było odwrotnie - coś co robiłam zupełnie bez planu zaczęło się samo przyjmować i dopiero po jakimś czasie zauważyłam że moja mama pyta 'a to robimy dzisiaj?' jakby to było oczywiste. Nie mam pojęcia kiedy to przeszło z 'ja to robię' na 'my to robimy'.
I właśnie ten moment jest nieuchwytny. Nie ma dnia, w którym to się zmienia. Po prostu w pewnym momencie zauważasz, że przestałeś być jedynym strażnikiem tego rytuału. I to jest chyba najlepszy znak, że coś naprawdę zadziałało.
To co Wezuwianit opisuje to jest właśnie ta zmiana z działania jednostkowego na zbiorowe. I tu jest coś, o czym jeszcze nikt nie powiedział - że rytuał rodzinny może mieć różnych strażników w różnym czasie. Raz to mama dba żeby bombekli były na miejscu, innym razem córka. To nie jest regresja ani przejęcie kontroli, to jest żywa tradycja.
Czytam wasz wątek i właśnie mi przyszło do głowy pytanie, które może być z boku, ale chyba pasuje - czy rytuał może zginąć? To znaczy, czy jest jakiś punkt, w którym rodzinny rytuał po prostu przestaje istnieć i nie ma odwrotu? Pytam bo pamiętam jedną rzecz z domu babci, która umarła i chyba razem z nią odeszło coś, co nie mam pojęcia jak odtworzyć.
