Właśnie, to jest mój główny problem - budzę się między trzecią a czwartą i potem leżę. zasypianie idzie w miarę, ale ten środek nocy to koszmar. Czasem leżę dwie godziny zanim znowu zasnę, a czasem już nie zasypiam wcale.
Może też warto mieć przy łóżku kamień, który trzymasz w dłoni jak się obudzisz? Ametyst albo selenyt, selenyt jest łagodniejszy. Skupienie na czymś fizycznym zamiast na myślach które zaczynają się kręcić.
Dobrze wiedzieć, zapiszę sobie Tolleya. Wracając do Kalinowej - ten wątek o przebudzeniu o trzeciej czwartej jest dla mnie osobny temat. Czytałam kiedyś o tym że w przedindustrialnej Europie spano w dwóch fazach, z przerwą właśnie gdzieś w środku nocy. Virginie Ekirch pisał o tym, "At Day's Close". Może więc to przebudzenie nie jest zaburzeniem tylko atawizmem?
To jest... zaskakujące. Naprawdę? Czyli przez całe życie myślałam że jestem zepsuta, a to może być po prostu stary wzorzec? Choć nie wiem czy to mi pomaga bo i tak rano muszę wstawać do pracy i te dwie godziny w środku nocy mnie wykańczają.
No dobra ale czy ktoś może powiedzieć konkretniie co robić jak się obudzisz o trzeciej w nocy 😉 Bo ta cała teoria o dwufazowym śnie jest ciekawa ale co z tego wynika praktycznie? Świecę zapalać, czy nie zapalać, co trzymać w rękach, czy wstać czy leżeć?
No dobra, ale czy ktoś może w końcu powiedzieć konkretnie co robić jak się obudzisz o trzeciej w nocy? Bo ta cała teoria o dwufazowym śnie jest ciekawa ale co z tego wynika praktycznie? Świecę zapalać, czy nie zapalać, co trzymać w rękach, czy wstać czy leżeć?
Właśnie dlatego selenyt przy łóżku. Jak się obudzisz w nocy, sięgasz po kamień i trzymasz. Selenyt ma bardzo spokojną energię, uspokaja myśli. Ametyst też może, ale selenyt jest łagodniejszy dla nocnych przebudzeń.
Ale czy jedno wyklucza drugie? Może kamień działa i energetycznie i przez dotyk? Ja nie wiem jak to działa, ale mam kwarc różowy na stoliku i jak go trzymam to mi się serce uspokaja. Może to placebo, może nie, ale mi pomaga i nie chcę tego analizować za bardzo.
Mamuna ma rację że nie trzeba tego rozstrzygać. Ale wróćmy do Kalinowej, bo ona pytała o coś bardzo konkretnego - co robić w środku nocy. Czy ktoś próbował prowadzić jakiś rodzaj dziennika nocnego? Ekirch pisze że w historycznych źródłach ludzie często modlili się w tej przerwie między snami, ale też zapisywali sny. wiesz co, to może być coś dla osoby która ma problem z powrotem do snu - żeby ta przerwa miała jakąś formę zamiast być chaosem.
Dziennik w środku nocy? Przy słabym świetle? Nie wiem czy dałabym radę. Poza tym pisanie mnie raczej rozbudza, zaczynam mysleć bardziej a nie mniej. Chociaż może gdyby to był jakiś konkretny format, nie dowolne pisanie...
Byłam u lekarza rok temu, zrobiłam podstawowe badania, nic złego nie wyszło. Tarczyca dobra, morfologia w normie. Lekarz zaproponował tabletki nasenne, ale nie chciałam. Stąd właśnie szukam czegoś innego. Nie dlatego że odrzucam medycynę, tylko że te tabletki to nie rozwiązannie które chcę przyjąć na stałe.
To jest uczciwa decyzja. I słusznie że przyszłaś po coś co może uzupełnić, nie zastąpić. Wracając do pytania Lidzi o konkrety - jest jedna rzecz której nikt tu jeszcze nie powiedział, a która wydaje mi się kluczowa dla nocnych przebudzeń: temperatura. Obniżenie temperatury ciała przyspiesza powrót do snu. Czyli jeśli masz koc za ciepły, zdejmij go na chwilę. Jeśli jest zimno, naciągnij. To brzmi banalnie, ale manipulowanie temperaturą to jeden z najskuteczniejszych fizjologicznych sygnałów dla snu i można to włączyć w rytuał. Chłodna dłoń na czoło, odkrycie stóp - to może być część sekwencji.
To znaczy że jak się obudzę o trzeciej to mam: wziąć kamień, zrobić jeden oddech i tyle? Naprawdę tylko tyle? Bo brzmi za prosto żeby działało.
Ja też tak myślałam że za prosto, a potem okazało się że właśnie o to chodzi. Mój problem był taki że jak się budziłam to od razu wchodziłam w tryb "muszę zasnąć, muszę zasnąć" i to samo w sobie nie pozwalało zasnąć. Kamień był czymś co dawało mi coś innego do zrobienia zamiast walczyć z głową.
Mam jedno pytanie bo może głupie, ale - czy to musi być robione codziennie żeby miało jakiś efekt? no i, bo mam tak że jak zaczynam cokolwiek regularnie, to po tygodniu się zatrzymuję i czuję że zmarnowałam cały wysiłek. Zastanawiam się czy tutaj też tak działa.
Nie musi. To znaczy - regularność pomaga w budowaniu skojarzeń, ale jeden pominięty dzień nie kasuje reszty. Rytuał to nie jest seria na siłowni gdzie liczysz powturzenia. Gorzej działa właśnie to co opisujesz - poczucie że się "zmarnowało", bo to samo w sobie jest kolejnym źródłem stresu pżed snem.
Hm, ale jak to pogodzić z tym że rytuał ma działać właśnie przez powtarzalność? Bo chyba o to chodzi - że ciało i głowa uczą się że "jak to robię, to zaraz sypiam". Jeśli raz na jakiś czas tego nie ma to czy to skojarzenie nie słabnie?
Ja używałam przez jakiś czas nagrania mis jako tła do zasypiania i szczerze - po jakimś czasie przestało działać. mózg po prostu zaczął to traktować jak tło, jak wentylator. Więc zgadzam się że lepiej misa jako sygnał, a nie przez całą noc.
To chyba jest w ogóle problem z dźwiękiem u mnie - jak mam coś grające to zaczynam tego słuchać zamiast zasypiać. Cisza mi bardziej odpowiada, ale cisza w nocy bywa przytłaczająca. eee, dziwne, prawda?
Nie dziwne wcale. Jest coś co się nazywa efektem pierwszej nocy - u wielu osób nowe otoczenie akustyczne powoduje że mózg zostaje w stanie czujności. ojej no, cisza po hałasie też może działać podobnie. Niektórzy potrzebują tak zwanego białego szumu nie dlatego że jest "lepszy", tylko że zagłusza nieregularne dźwięki które mózg traktuje jako potencjalne zagrożenie.
