Może to brzmieć dziwnie jeśli chodzi o tej kategorii, ale temat uzależnienia od pracy i prób wyciągnięcia się z tego przez rytuały kręci mnie od jakiegoś czasu. Sam przez kilka lat pracowałem po 12-14 godzin i w pewnym momencie zorientowałem się, że nie mam żadnej granicy midęzy sobą a robottą. Żadnego momentu, który byłby mój. Zacząłem szukać czegoś, co mogłoby mi pomóc nie tyle odpoczywać, co w ogóle oddzielić jeden tryb życia od drugiego. nie terapia, nie coaching, nie aplikacja do medytacji - tylko coś, co działa na innym poziomie. Czy ktoś tu ma doświadczenie z rytuałami, które realnie zmieniły ten schemat? Chodzi mi o pracę z granicami, z rytmem, z jakimś zakotwiczeniem poza zawodowym kontekstem.
Pytanie mam od razu: co rozumiesz przez "zmianę schematu"? Bo to jest dość kluczowe. Inaczej podejdę, jeśli chodzi o sam moment przejścia - czyli sygnał dla ciała i głowy, że praca się skończyła - a inaczej, jeśli ktoś chce przepracoować głębiej, dlaczego w ogóle ta praca zajęła całą przestrzeń. no, To dwa różne poziomy i rytuały do nich są zupełnie inne.
Mnie się wydaje, że największy problem z pracoholizmem jest taki, że ciało dosłownie nie czuje końca dnia. Nie ma sygnału zamknięcia. Stąd myślę, że rytuał graniczny, taki codziennie o tej samej porze, mógłby coś zmienić na poziomie fizycznym, nie tylko symbolicznym. Sama próbowałam czegoś podobnego, gdy praca zaczęła mi zaburzać sen - chodziło o zamknięcie przestrzeni. Gaszenie świeczki, mycie rąk zimną wodą, dosłowne zamknięcie laptopa i wyjście do innego pokoju w konkretnej kolejności. Brzmi banalnie, ale po jakimś czasie to naprawdę zaczęło działać jako sygnał dla układu nerwowego 😀
To co pisze Bernadetka to jest dobry kierunek, ale chciałabym doprecyzować jedną rzecz: rytuał graniczny działa, ale tylko jeśli jest powtarzalny i wykonywany świadomie, a nie mechanicznie. Widziałam sporo osób, które próbowały takich rzeczy i po tygodniu robiły to na autopilocie, czyli bez żadnego efektu. Pytanie do Ciebie, Bernadetka - jak długo zajęło ci zanim to zaczęło działać jako prawdziwy sygnał, a nie tylko obowiązek do odfajkowania?
Chcę tu wtrącić coś, bo ta rozmowa trochę miesza dwa różne podejścia i może to być mylące. Rytuały graniczne, o których mwi Bernadetka, to jest praca z czakrą podstawy i splotem słonecznym - przywracanie poczucia bezpieczeństwa i gruntowania, które przy chronicznym przepracowaniu są poważnie zaburzone. Natomiast głębsza praca z tym, dlaczego ktoś nie potrafi zatrzymać się, to już teren czakry serca i gardła - pytanie, czy ta praca jest substytutem czegoś, czego brakuje w relacjach albo w poczuciu wartości. Warto wiedzieć, z którym poziomem się pracuje, bo inaczej można latami klikać świeczką i nic się nie zmieni.
Wchodzę w temat, bo pracuję z ziołami i mam swój sposób na rytuał wieczornego zamykania dia. Parę razy polecałam go osobom, które przyszły z podobnym problemem co autor tego wątku. Chodzi o dosłowne okadzanie przestrzeni pracy - u mnie to kąt z biurkiem - lawendą i rozmarynem na koniec dnia. Lawenda jest oczywista, uspokajająca, ale rozmaryn mnie tu bardziej interesuje, bo historycznie był kojarzony z oczysczaniem i zamykaniem przestrzeni, nie tylko z pamięcią jak się powszechnie mówi. Po okadzeniu zamykam notes, przykrywam laptopa ściereczką - brzmi śmiesznie, ale to jest gest zakrycia, zapieczętowania - i to jest koniec pracy. Ciało to łapie po jakimś czasie.
Ciekawy kierunek z tymi progami. Chcę tu dodać perspektywę kamieni, bo to moja działka. Przy pracy z przepracowaniem i brakiem granic dobrze sprawdza się turmalin czarny i ametyst, ale nie jako ozdoba na biurku, tylko jako fizyczny obiekt, który ma przypisaną funkcję. Tzn. turmalin kładziony przy klawiaturze w godzinach pracy, a odkładany wieczorem w inne miejsce. Ten fizyczny ruch obiektu staje się częścią rytuału - zabieram kamień, odkładam, symbolizuję sobie, że zamykam pewną przestrzeń. Nie wiem, czy to litoterapia, czy warunkowanie behawioralne, ale rozróżnienie mnie tu mniej interesuje niż efekt.
Przyznam, że czytam ten wątek z dużym zainteresowniem, bo sama mam podobny problem. Pracuję może nie 16 godzin ale jakoś tak wchodzi się w to że nawet wieczorem przewijam maile. Mam pytanie do osób które robią te rytuały wieczorne - czy wy wyznaczacie sobie konkretną godzinę kiedy to robicie, czy bardziej jak praca się skończy to wtedy? Bo u mnie problem jest też taki, że praca właściwie nie ma końca, zawsze jest coś jeszcze.
Muszę tu wejść z innym kątem, bo pracuję z runami i myślę, że dla kogoś, kto jest bardzo w głowie, bardzo analityczny i pracoholizm ma charakter intelektualny, samo okadzanie czy kamień może nie być wystarczające. Runy takie jak Laguz czy Berkaa mają charakter odpoczynkowy, cykliczny - Berkana wręcz jest o naturalnych rytmach, wejściu w fazę spoczynku. Galdr, czyli śpiewanie runy lub jej cicha intonacja wieczorem, angażuje ciało i głos, co dla kogoś kto pracuje tylko głową może być istotnym przełącznikiem. mam to z własnego doświadczenia - przez długi czas próbowałem wychodzić z trybu pracy przez same techniki mentalne i nic nie działało. Dopiero gdy zacząłem angażować ciało w jakiś regularny gest, coś się zaczęło zmieniać.
Czytam ten wątek i mam wrażenie, że wszyscy skupiają się na samym rytuale wieczornym, a pomija się kwestię rytmu tygodniowego i miesięcznego. Przy 16 godzinach dziennie problem nie jest tylko w tym, że nie ma granicy dzień-wieczór, ale że nie ma w ogóle większego cyklu. Praca w rytm księżycowy - czyli pewne działania przyporządkowane nowiu, pełni, kwadraturom - to może brzmieć bardzo astrologicznie, ale chodzi o to, żeby ciało i głowa miały punkt odniesienia szerszy niż jeden dzień. Nów jako moment planowania i odpoczynku, pełnia jako kulminacja, ostatnia kwadra jako zamykanie spraw. no dobra, jak ktoś pracuje bez przerwy, to nie ma żadnego z tych punktów.
Chcę tu jeszcze dodać jedną rzecz, bo ta dyskusja robi się bardzo praktyczna i dobrze. Ale widzę, że brakuje rozmowy o tym, co jest PRZED rytuałem zamknięcia. Czyli moment przejścia. W tradycjach indyjskich - szczególnie w jodze krija - jest pojęcie sandhya, czyli czas świtu i zmierzchu jako przestrzeń przejściowa, która ma być traktowana inaczej niż reszta dnia. To nie jest rytuał zamknięcia pracy, to jest rytuał progu, który sam w sobie jest neutralny - nie jest ani pracą, ani odpoczynkiem. Dla pracoholika stworzenie takiej strefy buforowej między trybem pracy a trybem spoczynku może być ważniejsze niż sam rytuał wieczorny.
Chcę tu wejść, bo ta rozmowa o sandhya od Florki mnie zatrzymała. Nigdy wcześniej nie myślałem o tym przejściu jako o oddzielnym akcie - zawsze traktowałem sam rytuał zamknięcia jako wystarczający. Ale to ma sens że zanim w ogóle zaczniesz wyciszać, musisz jakoś wyjść z trybu. Pytanie do Florki albo do kogokolwiek, kto to stosuje: jak długi powinien być ten moment przejscia? Bo mam wrażenie, że jak mam 16 godzin za sobą, to żaden krótki gest nie wystarczy 😉
Nie chodzi o długość, tylko o jakość tego momentu. Sandhya w tradycji jogi trwa tyle, ile trwa zmiana światła - dosłownie kilka minut. Ale jest wykonywana z pełną uwagą na to, że jeden stan się kończy i zaczyna drugi. Przy 16 godzinach problem jest taki, że twój układ nerwowy prawdopodobnie nie odróżnia już pory dnia od siebie - wszystko zlewa się w jeden ciąg bodźców. I wtedy nawet godzinny rytuał nie pomaga, bo ciało jest wciąż w trybie gotowości. Mam pytanie do ciebie: czy masz w ciągu dnia jakikolwiek moment, który jest wyraźnie inny? Coś, co nie jest pracą ani odpoczynkiem, tylko czymś trzecim?
Ta troistość z ajurwedy jets tu naprawdę trafnie przyłożona. Ale chcę dodać jedną rzecz, bo widzę że ta rozmowa zaczyna robić się dość koncepcyjna. W praktyce ten "trzeci stan" jest dla osoby przepracowanej najtrudniejszy do utrzymania właśnie dlatego, że umysł interpreuje go jako marnowanie czasu. eee mam pytanie do osób, które to stosują: jak sobie poradziliście z tym wewnętrznym oporem, który każe wracać do pracy zamiast siedzieć i "nic nie robić" 🙂
no i, Chce się wtrącić bo ta rozmowa o tym trzecim stanie jest dla mnie bardzo bliska. Mam dokłanie ten problem ze srollowaniem maili wieczorem i jak czytam o tym co pisała Florka to zaczynam rozumiec dlaczego moje próby odpoczynku nic nie dają. Ale mam takie pytanie może trochę naiwne: czy ten rytuał graniczny który był opisywany wcześniej - z okadzaniem biurka - to jest właśnie próba wejścia w ten trzeci stan, czy to jest coś innego?
Czytam ten wątek i mam pytanie do Gabrysieńki, bo to co napisała o oporze umysłu jest dla mnie kluczowe. przy pracy z kamieniami - konkretnie z tymi, które pomagają przy przeciążeniu systemu nerwowego - widzę podobny mechanizm. Osoba trzyma kamień, ale cały czas go analizuje zamiast po prostu być z nim. Mam wrażenie, że sam rytuał nie wystarczy, jeśli nie ma zgody na bezczynność. Skąd ta zgoda ma przyjść - z praktyki, z decyzji, z czegoś innego?
Wchodzę w ten wątek, bo czytam od początku i mam wrażenie że czegoś brakuje. Wszyscy mówicie o wieczorze, o granicy koniec-dnia, ale Dobrochna pisała wcześniej o rytmie tygodniowym i miesięcznym i ta wątpliwość trochę zginęła. Przy 16 godzinach dziennie samo zamknięcie dnia to jest plaster na coś głębszego. Czy ktoś myślał o rytuale raz w tygodniu albo raz w miesiącu, który jest wyraźnie innego rodzaju niż codzienne zamknięcie?
Ta rozmowa o rytmie miesięcznym jest dla mnie bardzo bliska, bo pracuję z kamieniami i mam coś podobnego - co nów odkładam kamień, z którym pracowałam przez ostatnie tygodnie, i zostawiam go na soli morskiej przez kilka dni. to jest taki fizyczny reset. ale chcę zapytać Leonka albo Basieńkę: czy przy osobach bardzo przepracowanych kamień powinien być wybrany pod kątem konkretnej czakry, czy raczej pod kątem ogólnego uspokojenia systemu?
no i Czytam i mam pytanie bo nie do końca rozumiem - jak to jest z tą podstawą i zagrożeniem? Czy chodzi o to że umysł interpretuje brak działania jako jakiś rodzaj niebezpieczństwa? Bo jak tak to brzmi to mam wrażenie że dokładnie to się u mnie dzieje kiedy próbuję nie robić nic przez chwilę.
Właśnie o to mi chodziło i trochę zgubiliśmy ten wątek. Moje wieczory są w zasadzie przedłużeniem pracy - kończę o dwudziestej drugiej, dwudziestej trzeciej i jedyne co robię to padam spać. Nie mam okna na żaden rytuał wieczorny, bo między pracą a snem jest dosłownie piętnaście minut. To co mnie bardziej interesuje to czy da się wbudować coś małego w ciągu dnia żeby nie czekać na wieczór którego nie ma.
To jest inne pytanie niż to z czym zaczęłeś ten wątek i myślę że warto je potraktować osobno. Pytanie o rytm dzienny to nie jest tylko sprawa rytuału - to jest pytanie o to, czy ciało w ogóle dostaje jakikolwiek sygnał zmiany stanu w ciągu dnia. Bez tego nawet najlepszy wieczorny rytuał będzie pracował pod górę, bo system nerwowy przez 16 godzin uczył się jednego trybu.
To co mówi Bernadetka o zapachach zarezerwowanych tylko na jeden rodzaj momentu jest bardo konkretne. Mam znajomą która pracuje w korporacji i jedyne co robi to wychodzi na pięć minut z kawą, wącha określone olejki i nie patrzy w telefon. Tyle. Mówi że to jedyna chwila kiedy jej głowa naprawdę się przełącza. Ale ja jestem ciekawa - czy ktoś próbował czegoś z dźwiękiem w ciągu dnia? Dzwonek, misę tybetańska, cokolwiek?
Czytam ten wątek od początku i zastanawiam się nad czymś. Wszyscy mówicie o minirytuałach, przerwach, kotwicach - to wszystko brzmi praktycznie. Ale mam wrażenie że brakuje tu pytania: skąd w ogóle bierze się ten przymus działania? bo jeśli ktoś pracuje 16 godzin i nie może przestać, to nie jest problem organizacji dnia - to jest coś głębszego. czy rytuał może w ogóle dotknąć przyczyny, czy tylko zarządza objawem?
To co pisze Basieńkaa bardzo do mnie przemawia. Nie jestem w stanie teraz rozgrzebywać "dlaczego" - mam projekty, terminy zobowiązania. ale myśl że mały sygnał w ciągu dnia może być czymś więcej niż techniczną przerwą - to jest coś na co jestem gotowy. Tylko jak ten sygnał wybrać? Czy to może być dosłownie cokolwiek, byle robione intencjonalnie?
Nie dosłownie cokolwiek, bo też nie każde działanie działa jednakowo na układ nerwowy. Najlepiej jeśli angażuje zmysły inne niż wzrok, bo wzrok jest najbardziej obciążony przy pracy przy ekranie. Dotyk, zapach, dźwięk. I ważne - żeby to było coś co nie kojarzy się z żadnym obowiązkiem. Dlatego kawa przy biurku nie zadziała jako kotwica - jest zbyt spleciona z pracą.
Zimna woda na nadgarstki - to jest coś co zaczęłam robić przez przypadek. Dosłownie myłam ręce po pracy, zimna woda i zorientowałam się po jakimś czasie że to mi robi jakąś różnicę. Nie wiedziałam dlaczego, po prostu działało. Teraz rozumiem mechanizm. Ale mam pytanie do Basieńkaa - czy sekwencja ma znaczenie? Tzn czy musi być najpierw ruch, potem zimna woda, potem dopiero coś spokojnego, czy można to robić w różnej kolejności?
Zatrzymajmy się na chwilę bo ta rozmowa robi się bardzo techniczna i dobrze - ale chcę zwrócić uwagę na coś innego. Mówimy o fizjologii, o układzie nerwowym, o kondycjonowaniu. To jest ważne. Ale z perspektywwy rytuału jako formy - rytuał działa nie tylko dlatego że aktywuje jakiś mechanizm biologiczny. Działa też dlatego że nadaje znaczenie. I przy przepracowaniu często ginie właśnie to - znaczenie. dzień staje się ciągiem zadań bez żadnej granicy która by mówiła "to jest ważne, a to jest czas mój". Czy ktoś myślał o tym aspekcie?
