Pracuję na nocki od kilku lat i to pytanie zadawałam sobie chyba z setki razy. Wszystko, co czytałam, zakłada, że wstajesz rano, masz południe i wieczór. A co jeśli twój wieczór zaczyna się o 6 rano po powrocie z dyżuru? Zaczęłam po prostu przesuwać i sprawdzam, czy coś się zmienia. Na razie nie mam jednoznacznej odpowiedzi, ale nie porzuciłam praktyki tylko datego, że słońce świeci nie tam, gdzie powinno według jakiejś książki.
To zależy, o jakiej tradycji mówimy. Bo jeśli sięgniesz do źródeł, to np. w wielu tradycjach agrarnych pora dnia była ważna, bo wiązała się z położeniem słońca i księżyca, a nie z tym, co pokazuje zegarek. eh, rolnik wstawał przed świtem, więc jego "ranek" był zupełnie inny niż nasz. Pytanie jest glębsze: czy chodzi o faktyczną pozycję ciał niebieskich, czy o twój własny cykl dobowy? bo to nie jest to samo.
Dokładnie to mnie zastanawia od jakiegoś czasu. prowadziłam notatki przez kilka miesięcy i porównywałam rytuały robione o "właściwej" porze astronomicznej z tymi robionymi według mojego rytmu dnia. Nie widzę wyraźnej różnicy w tym, jak się czuję podczas samego rytuału. Ale ciekawa jestem, czy ktoś podchodził do tego bardziej systematycznie.
Ciała niebieskie mają określone pozycje niezależnie od tego, czy właśnie skończyłaś zmianę. Księżyc jest tam, gdzie jest, godziny planetarne biegną swoim rytmem. Myślę że dostosowywanie pory do własnego grafiku to trochę jak mówienie, że zegar się myli, bo akurat mi nie pasuje. Rozumiem problem praktycny, ale nie zmieniajmy fundamentów pod własną wygodę.
Chcę tu wejść, bo to jest naprawdę ciekawy węzeł. Godziny planetarne, które wszyscy lubią cytować jako powód, żeby robić rytuały o konkretnej porze, były systemem opracowanym przez Chaldejczyków i opisywanym przez Ptolemeusza. Ale nawet w tych systemach liczenie szło od wschodu słońca danego dnia, nie od północy według zegarka. Czyli jeśli twój "wschód słońca" to moment, gdy wstajesz po nocce i wychodzisz z pracy - to jest punkt wyjścia do liczenia twojego dnia. Niektórzy praktycy faktycznie stosują takie podejście, licząc godziny od własnego momentu przebudzenia, a nie od astronomicznego świtu. Nie twierdzę, że to jedyna słuszna interpretacja, ale nie jest to żadna herezja.
No tak, ale w praktyce jak mam to zastosować? Mam nocki od 22 do 6 rano, potem śpię do 14. Wstaję o 14, to mój "wschód słońca" jest o 14? I od tego liczę 🙂 Trochę to brzmi jak naciąganie.
Czytam tę dyskusję i mam wrażenie, że trochę mieszamy dwie sprawy. jedno to rytuały, które są ściśle powiązane z zewnętrznym cyklem - księżycem, słońcem, porą roku. Drugie to praktyka codzienna, medytacja, praca z intencją. Te pierwsze faktycznie mają sens robić w konkretnym momencie, bo są o tym konkretnym momencie. Te drugie - nie rozumiem, czemu miałyby zależeć od zegarka.
A co z pełnią i nowiem? Jak ktoś pracuje na nocki, to czy może robić rytuał związany z pełnią o 14 po wstaniu ze snu, czy jednak pełnia to pełnia i trzeba jakoś wyciągnąć się w nocy?
Ale czy to nie jest tak, że energia księżyca jest najsilniejsza w konkretnym szczycie? Słyszałam, że te kilka godzin przed i po to jest maksimum. Jak ktoś jest wtedy na zmianie, to co?
Dodam coś z innej strony, bo patrzę na to przez numerologię. Numer dnia, numer miesiąca - to są stałe, niezmienne, niezależne od tego, czy śpisz, czy pracujesz. Jeśli robisz rytuał 15-tego, to liczba tego dnia jest taka sama o 3 w nocy i o 3 po południu. Pod tym względem nocna zmiana niczego nie komplikuje.
Mam pytanie do osób, które pracują lub pracowały na zmiany i jednak próbowały praktykować - czy zauważyłyście u siebie jakąś różnicę w skupieniu zależnie od tego, o której robisz rytuał względem własnego grafiku? Nie pytam o astronomię, pytam o subiektywne odczucie. bo to chyba jest kluczowe w tej rozmowie.
Odpowiadając na pytanie Cynamonki - u mnie było tak, że jak próbowałam robić cokolwiek zaraz po nocce, to nawet zapalenie świecy czułam jak chodzenie przez gęstą watę. Nie ma mowy o skupieniu, nie ma mowy o jakiejkolwiek intencji. Ciało było gdzie indziej. Ale jak spałam te kilka godzin i wstałam, to nawet jeśli był środek dnia, to skupienie wracało. Więc dla mnie odpowiedź jest prosta - najpierw sen, potem cokolwiek.
To jest właśnie to, o czym mówiłam wcześniej, tylko od praktycznej strony. Istnieje w tradycji hermetycznej pojęcie "operatora" - czyli osoby wykonującej rytuał - jako elementu, który musi być w odpowiednim stanie. Picatrix, jeden z najstarszych arabskich traktatów magicznych, bardzo szczegółowo opisuje przygotowanie praktykującego: post, czystość, spokój umysłu. Zmęczenie po nocce to dokładne zaprzeczenie tych warunków. Więc jeśli cokolwiek ma priorytet, to raczej stan ciała i umysłu niż pozycja godziny planetarnej.
Słucham i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Piszecie o stanie umysłu, o skupieniu, o przygotowaniu. Ale co jeśli ktoś po prostu nigdy nie ma idealnych warunków? Praca na zmiany, dzieci, chaos w domu. Czy to znaczy, że taka osoba w ogóle nie powinna praktykować?
Dorzucę coś do tego, co mówi Kryska. Czytałam kiedyś o pojęciu "chwili kairos" w odróżnieniu od "chronos". Chronos to czas mierzony zegarkiem, kairos to czas właściwy, moment, który nadszedł. W starożytnym rozumieniu nie chodziło o to, żeby zegar pokazywał konkretną godzinę, ale żeby warunki były właściwe w głębszym sensie. To może tłumaczyć, dlaczego różne kultury pracowały rytualnie o różnych porach i w różnych schematach, a nie wszystkie wchodziły w ten sam astronomiczny rytm.
To co mówi Lubomila jest dla mnie ważne, bo właśnie to intuicyjnie czułam, tylko nie miałam słowa na to. Że chodzi o "ten" moment, nie o zegarową godzinę. Czasem wstając po nocce, mimo że jest środek dnia i słońce świeci, mam takie poczucie ciszy w sobie, które jest idealne do robienia czegokolwiek. A są dni, kiedy wieczór jest "właściwy" godzinowo, ale w głowie mam taki tómult, że nic z tego nie wyjdzie.
Zgadzam się z Cynamonką i dodam, że w numerologii jest podobne podejście do dat - liczba dnia jest stała, ale to ty decydujesz, kiedy w ciągu tego dnia aktywujesz tę energię świadomym działaniem. Nikt ci nie powie, że musisz to zrobić o 3 w nocy, żeby liczba miała znaczenie. Liczba nie zmienia się o północy z powrotem. data to data przez całą dobę.
A wracając do pełni, bo nikt mi nie odpowiedział do końca - jeśli pracuję w noc pełni, fizycznie jestem w pracy, to co? Robię ten rytuał przed pójściem na zmianę, czy jak wracam rano po dyżurze? Wiem, że pełnia trwa kilka godzin, ale tutaj mam na myśli sytuację, gdzie w tym szczycie po prostu stoję przy maszynie.
Och, bardzo dziękuję za to wyjaśnienie, bo mnie też to nurtowało z tą pełnią! Ja nie pracuję na zmiany, ale zdarzało mi się, że pełnia wypadała w dzień, kiedy byam tak zmęczona, że ledwo co. I zawsze miałam poczucie winy, że przepuściłam. A tu wychodzi, że może za bardzo się spinałam.
Nie zgadzam się, że to wszystko pochodzi z Instagrama. Godziny planetarne mają konkretne źródła i nie są wymysłem ostatnich lat. wiesz co, Problem polega na tym, że ludzie biorą jeden element systemu i próbują go stosować bez reszty. Godziny planetarne działają jako część szerszego systemu, nie jako samodzielny przepis.
I tu jest dla mnie sedno całej dyskusji. Jeśli żadne z nas nie stosuje tych systemów w pełni, bo to jest po prostu niemożliwe w normalnym życiu, to czemu pracownik nocny ma mieć problem z przesuniętą porą, a ktoś, kto stosuje tylko jeden element systemu bez kontekstu, nie ma? oj trochę niekonsekwentne.
To jest uczciwe pytanie i warto je rozwinąć. Moim zdaniem fragmenty działają wtedy, kiedy mają własną wewnętrzną logikę, niezależną od całości systemu. oj tam, księżyc jako cykl biologiczny i rytmiczny - to ma sens sam w sobie, niezależnie od Agrippy. Godziny planetarne bez znajomości almutenu czy dyspozytor planet - już mniej, bo tam kontekst jest potrzebny. Więc może kryterium nie jest "czy stosujesz system w całości", ale "czy rozumiesz, dlaczego ten fragment miałby działać osobno".
oj tam, czytam tę rozmowę i myślę sobie, że może zbytnio komplikujemy to, co zaczęłam jako bardzo praktyczne pytanie. Ja po prostu wracam z nocki o 7 rano, jestem zmęczona, ale mam takie okienko spokoju, zanim dzieci wstaną. I zastanawiałam się, czy to jest "dobry" czas na rytuał. Nie pytałam o Agrippę ani o kairos z filozofii greckiej - chociaż to jest ciekawe - pytałam o to, czy mogę pracować wtedy, kiedy mam przestrzeń, a nie wtedy, kiedy zegarek pokazuje "właściwą" godzinę.
Czekajcie, ale jest chyba różnica między ciszą po zmęczeniu a spokojnym skupieniem? Mnie się wydaje że jak jestem zmęczona po nocce, to raczej jestem roztargniona, a nie skupiona. Czy ktoś faktycznie czuje się bardziej obecny po tak długim czuwaniu?
To, co opisujesz, jest zbliżone do stanów hipnagogicznych - tych między jawą a snem. Neurologicznie fale mózgowe wtedy rzeczywiście przesuwają się w stronę alfa i theta, co jest zbliżone do stanów głębokiej relaksacji czy lekkiego transu. To nie jest żaden mistycyzm to fizjologia. I tak, wiele tradycji magicznych celowo indukowało takie stanyy przez czuwanie właśnie, nie przez sen.
Och, nigdy tak na to nie patrzyłam. Myślałam, że to moje zmęczenie jest przeszkodą, a może to jest właśnie ten stan, o którym piszą w innych kontekstach. Choć teraz mam inne pytanie - czy to znaczy, że powinnam robić rytuały wyłącznie po nocce? Bo to by było trochę absurdalne, nie?
oj tam, nie chodzi o to, żeby polować na zmęczenie. Chodzi o to, żeby rozpoznać, że ten moment ma swoją jakość, a nie jest tylko drugorzędnym zamiennikiem "właściwej" godziny. Twoje pytanie w tytule wątku było o tym, czy pora dnia liczy się. I chyba odpowiedź brzmi: liczy się, ale nie jako punkt na zegarze, tylko jako stan, który ta pora przynosi. A ty masz dostęp do ciekawego stanu właśnie wtedy.
