O oknie tolerancji słyszałam jeśli chodzi o pracy z czakrami, że podobno każda czakra ma swój zakres intensywności, z którym ciało może pracować bez przeciążenia. Nie wiem czy to ta saa koncepcja, ale brzmi podobnie. Malachitka, czy to jest to samo co masz na myśli, czy coś innego?
Właśnie, bo tu wyhodzi coś, co mnie ciekawi od początku tego wątku. Czy rytuały, o których tu rozmawiamy, są ezoteryczne w sensie traadycji, symboliki, intencji duchowej, czy to bardziej praktyki regulacyjne, które mają ezoteryczną formę 🙂 Bo to są dla mnie dwie różne rzeczy. i nie weim, czy to ważne rozróżnienie, czy sztuczne.
Mam wrażenie, że ta rozmowa zaczęła się od pytania Malachitki o BPD i teraz jesteśmy gdzieś między neuronauką, magią ceremonialną a filozofią rytuału. Nie narzekam, bo to jest dobry wątek. Ale chciałam zapytać, czy ktoś tu ma konkretne doświadczenie z pracą rytualną przy zaburzeniach osobowości, nie jako terapeuta, ale jako osoba, która z tym żyje? Bo sporo tu teorii, a mi brakuje głosu z tamtej strony.
Mam wrażenie że ta rozmowa zaczęła się od pytania Malachitki o BPD i teraz jesteśmy gdzieś między neuronauką, magią ceremonialną a filozofią rytuału. Nie narzekam, bo to jest dobry wątek. Ale chciałam zapytać, czy ktoś tu ma konkretne doświadczenie z pracą rytualną przy zaburzeniach osobowości, nie tylko BPD, ale też na przykład przy osobowości lękowej, schizoidalnej, unikającej. Bo mam wrażenie, że dużo tu mówimy o dysregulacji jako takiej, a zaburzenia osobowości to jednak różne mechanizmy i nie wiem, czy jedna odpowiedź pasuje do wszystkich.
To jest dobre pytanie, bo faktycznie różnicujemy dysregulację emocjonalną, a to nie jest to samo we wszystkich zaburzeniach. Przy osobowości unikającej problem jest inny niż przy borderline. Tam nie ma nagłego wybuchu, jest raczej przewlekłe tło lękowe, wycofanie, trudność z inicjowaniem czegokolwiek. Wiec rytuał, który wymaga aktywności, stawiania się przed czymś, może być samą w sobie barierą. Zastanawiam się, czy ktoś ma doświadczenie z rytuałami, które są celowo bierne, odbiorcze, nie wymagają działania.
Zatrzymuję się na tym "świadomie nie robię nic". Bo mam notatki z kilku różnych tradycji i wszędzie tam, gdzie jest praktyka recepcyjna, jest jakaś forma ograniczenia bodźców zewnętrznych. Ciemność, cisza, ograniczenie ruchu. to ciekawe, że struktury rytualne same z siebie minimalizują rozproszenie co jest chyba dokładnie tym, czego potrzebuje ktoś z przewlekłym lękiem. Malachitka, czy przy zaburzeniach lękowych zalecałabyś właśnie takie podejście, czy jednak coś innego?
To zależy od rodzaju lęku. Przy lęku jako tle, chronicznym napięciu, tak, redukcja bodźców może pomóc. Ale przy fobii specyficznej albo przy lęku napadowym, który może się uruchomić bez wyraźnej przyczyny, nagłe ograniczenie bodźców zewnętrznych czasem przyspiesza panikę, bo nagle słyszysz tylko swoje ciało. To jest znany paradoks przy ćwiczeniach uważności, że osoby z historią paniki często reagują trudnością na zamknięte oczy i skupienie na oddechu bo to jest wewnętrzne skupienie, a ciało jest miejscem, które ich przeraża. Więc nie ma jednej odpowiedzi.
To co Malachitka mówi o skupieniu na oddechu przy panice, to ja to rozumiem z własnego doświadczenia. Kiedyś próbowałam medytacji prowadzonej i instrukcja "obserwuj swój oddech" zrobiła dokładnie odwrotny efekt. zaczęłam liczyć oddechy potem sprawdzać czy dobrze oddycham, i to był koniec. Nie wiedziałam że to ma nazwę i że jest to dokumentowane. Myślłaam że po prostu "nie nadaję się do medytacji".
No ale zaraz, kamień to jest kamień. Serio pyttam nie złośliwie. czy ta praca z kamieniami nie jest po prostu skupieniem uwagi na obiekcie zewnętrznym, co jest techniką stosowaną w terapii? Jak patrzenie na punkt na ścianie albo liczenie kroków. Nie mówię, że to nie działa, mowię tylko że nie rozumiem, co jest tu rytualnego, a co jest po prostu mechanizmem uwagi.
Darek zadaje dobre pytanie, ale myślę, że samo pytanie zakłada, że rytuał i mechanizm psychologiczny to są oddzielne kategorie. W tradycji hermetycznej nie ma takiego rozróżnienia. Rytuał działa, bo działa na psychikę, i to jest zamierzone, nie przypadkowe. Forma rytualna nie jest ozdobnikiem naklejonym na technikę, ona jest nośnikiem znaczenia, które zmienia to, co technika robi. Inna sprawa, że można to osiągnąć przez kamień, przez gest, przez dźwięk, zależy od osoby.
Wracam do wcześniejszego wątku o różnych zaburzeniach, bo czytam i mam własne doświadczenie z tym. Przez kilka lat pracowałam z osoąb z osobowością zależną, nie jako terapeuta, ale jako ktoś, kto wprowadzał ją w praktyki. I problem był inny niż przy BPD. Nie dysregulacja, nie dysocjacja, ale skrajna trudność z podejmowaniem jakiejkolwiek decyzji samodzielnie w rytuale. Każde "co teraz?" było paraliżem. Rytuały wysoce ustrukturyzowane, ze ścisłą sekwencją, działały lepiej niż te, które zakładają improwizację.
Mam wrażenie, że to, co Pelagiusza opisuje, to jest coś, co w terapii schematów nazywa się reparentingiem przez powtarzalność. Bezpieczna, przewidywalna struktura, która nie wymaga decyzji, daje coś w rodzaju oparcia, zanim ta osoba jest gotowa na własne wybory. Rytuał może być tym miejscem. Tylko wtedy rytuał musi być naprawdę stały, ten sam czas, ta sama kolejność, te same przedmioty.
no dobra, zapisuję to, bo to jest coś, co dotąd nie pojawiło się wprost w tej rozmowie. Mówiliśmy dużo o elastyczności, o dostosowaniu do stanu, a teraz wychodzi, że dla niektóryh zaburzeń osobowości sztywność rytuału jest dokładnie tym, co jest potrzebne. To jest napięcie bo nie wiadomo a priori, która strategia pasuje do której osoby.
Anastazy trafnie to ujął, ale powiem jeszcze inaczej. To nie jest kwestia, co jest dobre "ogólnie". To jest kwestia, czego ta konkretna osoba nie ma we własnym systemie nerwowym. przy BPD brakuje granic i przewidywalności emocjonalnej, więc rytuał daje tymczasowe granice. Przy osobowości zależnej brakuje wewnętrznego decydowania, więc rytuał daje zewnętrzną strukturę decyzji. Przy osobowości unikającej brakuje kontaktu z własnym doświadczeniem, więc rytuał może być powolnym zbliżaniem się do siebie przez bezpieczną formę. o matko, za każdym razem rytuał robi co innego, nie dlatego że jest inny rytuał, ale dlatego że inna jest luka, którą wypełnia.
Czytam ten wątek od dawna i nigdy nie komentowałam, ale to co Malachitka napisała na końcu, o lukowaniu, sprawiło, że chcę zapytać coś prostego. Czy to znaczy, że zanim ktoś wybierze rytuał dla siebie, powinien wiedzieć, czego mu brakuje? Bo to brzmi jak wymaganie dużej samoświadomości na starcie, a wydaje mi się, że właśnie przy zaburzeniach osobowości ta samoświadomość jest ograniczona.
To co Wrozbita napisał o biernym przyjmowaniu znaczenia przez formę, mnie zatrzymało na dłużej. Bo jeśli forma może nieść znaczenie bez aktywnego udziału osoby, to skąd ta forma ma w ogóle brać swoje znaczenie? Kto lub co je wkłada? I czy przy osobowości schizoidalnej ten bierny odbiór jest w ogóle możliwy, skoro sam kontakt z zewnętrznością bywa zaburzony?
Wróciłem do notatek z tego wątku i uderzyło mnie coś, czego wcześniej nie nazwałem wprost. Malachitka mówiła o lukowaniu, czyli że rytuał dostarcza tego, czego brakuje w systemie nerwowym. Ale przy osobowości schizoidalnej problem jest chyba inny niż brak czegoś. tam jest jakby inny trryb przetwarzania, nie niedobór, ale inna konfiguracja. Więc rytuał nie uzupełnia luki, tylko musi wejść w inny system. Czy to nie zmienia całej logiki doboru praktyki?
Ale to oznacza, że taka osoba może w ogóle robić rytuał solo i to jest ok? Pytam, bo gdzieś czytałam, że rytuały działają lepiej w grupie, że jest jakaś dynamika wspólna, której nie da się zastąpić samotnym działaniem. A jeśli ktoś schizoidalny ma problem z grupą, to czy nie jest skazany na słabszą wersję praktyki?
Przy schizoidalnej jest jeszcze coś o czym tu nie powiedziano. Osoby z tym profilem często mają bardzo bogaty świat wewnętrzny, tylko kontakt z nim przez ciało jest utrudniony. Więc rytuał który jest mocno cielesny, angażowanie rąk, oddech, ruch, może być tym mostem do własnego wnętrza, a nie do relacji z kimś. Jakby rytuał był drogą do siebie, nie do innych. Nie wiem czy to robi sens.
Wracam trochę do początku, bo za dużo medycznych kategorii tu się pojawiło i się gubię. Czy ktś tu faktycznie ma diagnozę i mówi z własnego doświadczenia, co mu działa, a co nie? bo rozmowa zaczęła być bardzo teoretyczna i trochę straciłem wątek, kto tu mówi z własnego doświadczenia, a kto analizuje cudze.
To pytanie Zorzy o herbatę jest właściwie bardzo głęboko zadane, bo dotyka czegoś, co w psychologii procesów rytualnych jest badane od lat. Stephen Kaplan i jego praca o attention restoration theory sugeruje, że powtarzalna, przewidywalna sekwencja czynności rzeczywiście regeneruje zasoby uwagi, niezależnie od tego, czy ta czynność ma sakralny wymiar. Ale prace Rapaporta o rytuale jako komunikacji z systemem własnym idą dalej, bo tam jest coś o tym, że forma rytualna z intencją zmienia parametry pobudzenia układu nerwowego inaczej niż sama rutyna :/ ojej no, Oczywiście to wszystko jest dyskusyjne.
Mam notatki z kilku źórdeł o rytuale solowym i za każdym razem pojawia się ta sama sprawa, podmiot jest jednocześnie celebransem i świadkiem. To jest coś, o czym tu nie rozmawiailśmy. Przy zaburzeniu osobowości, szczególnie przy schizoidalnej albo przy BPD, zdolność do bycia własnym świadkiem jst albo zablokowana, allbo zniekształcona. Więc kto w tym rytuale jest świadkiem? i czy to ma znaczenie dla tego, czy rytuał w ogóle działa?
To co Anastazy powiedział o byciu własnym świadkiem, jest dla mnie jednym z ważniejszych pytań w tym wątku. W praktykach tantrycznych jest pojęcie sakszi, czyli obserwatora bez oceniania. I to jest coś, co przy zabuurzeniu osobowości bywa właśnie nieobecne lub zniekształcone. Ale mam wrażenie, że forma rytualna może czasem zastępować lub tymczasowo wzmacniać tę funkcję. Struktura mówi ci, co teraz robisz, zamiast ty samemu decydować, czy to co robisz, ma sens.
To jest dokładnie to, o czym myślałem, kiedy pisałem o formie niosącej znaczenie bez aktywnego udziału osoby. Struktura jako zewnętrzny obserwator. Ale tu jest coś, co mnie niepokoi jeśli chodzi o długofalowym. Jeśli forma przejmuje funkcję obserwatora, to czy osoba ta coraz bardziej oddaje tę funkcję na zewnątrz? I czy po jakimś czasie nie staje się zależna od formy w sensie, który nie sprzyja integrowaniu tej zdolności do siebie?
To co Pelagiusza mówi o własnych gestach jako znaku przenoszenia do środka to właściwie brzmi jak coś, czego można szukać u siebie jako wskaźnika. Czy w moim rytuale pojawiają się elementy, które są moje, a nie wzięte z instrukcji. Muszę o tym pomyśleć, bo teraz jak sprawdzam, to u mnie wszystko jest z zewnątrz. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle na tym etapie.
To co Kometka napisała o szukaniu u siebie elementów, które są własne, a nie wzięte z instrukcji, mnie zatrzymało. Bo to jest właściwie pytanie o autorstwo rytuału. I tu jest coś, co mnie od dawna zastanawia, czy przy zaburzeniu osobowości autorstwo w ogóle jest możliwe na początku drogi, czy najpierw trzeba mieć formę zewnętrzną, żeby w ogóle było z czego budować coś własnego. Znaczy, czy nie jest tak, że własny gest pojawia się dopiero wtedy, kiedy ktoś ma już dość cudzej struktury?
