Mam trochę niecodzienny temat, ale liczę że ktoś tutaj się z czymś podobnym zetknął. Jestem Strzelcem, ale urodziny mam 20 grudnia, czyli na granicy z Koziorożcem. Od jakiegoś czasu czuję, że to przyporządkowanie do Strzelca po prostu mi nie pasuje. Zacząłem też poważniej myśleć o tym, że może jestem osobą transpłciową - to znaczy, jstem na etapie szukania i zastanawiania się. I tutaj mam pytanie, którre może brzmieć dziwnie: czy w ogóle ma sens robienie jakichkolwiek rytuałów kiedy jesteś w takim momencie? chodzi mi o to, że nie wiem czy jestem tym Eustachy, który był rok temu, ani czy za rok będę tym samym. Czy cokolwiek w ogóle działa, kiedy tożsamość jest tak płynna?
No to jest naprawdę ciekawe pytanie, bo większość podręcznikowych podejść do rytuałów zakłada jakiś stały punkt odniesienia - tożsamość, intencję, kotwicę. Ale czy to musi być tożsamość zafiksowana raz na zawsze? o matko, niekoniecznie. W tradycji wicca jest coś, co można by nazwać rytuałami przejścia - i one z definicji odbywają się właśnie wtedy, kiedy ktoś jest "pomiędzy" 😉 Croning, Wiccaning, nawet niektóre rytuały inicjacji - to są ceremonię robione dokładnie w momencie, kiedy stara forma się kończy, a nowa jeszcze nie jest do końca ukształtowana. Więc może to nie jest przeszkoda, tylko wręcz przeciwnie?
Ale zaraz, bo to co Danka pisze to ma sens z perspektywy tych tradycji, które rytuał traktują jako coś zewnętrznego wobec człowieka. A co z intencją? Bo jak możesz precyzyjnie ustawić intencję, jeśli nie wiesz jeszcze kim jesteś? Serio pytam, bo mi się wydaje, że to może być serce problemu.
Właśnie to jest kluczowe i muszę się tu trochę nie zgodzić z podejścieem "najpierw wiedz kim jesteś, potem rób rytuały". W tradycjach szamańskich - szczególnie syberyjskich, ale też rdzennych ameryki północnej - moment rozbicia tożsamości był często celowo wywoływany przed inicjacją. Choroba inicjacyjna, rozpad starego "ja", wejście w przestrzeń pomiędzy. no i, to nie był czas zatrzymania praktyki, to był czas najbardziej intensywnej pracy duchowej. Mircea Eliade dużo o tym pisał. Natomiast rozumiem skąd bierze się ten lęk, że jeśli nie wiem kim jestem, to rytuał nie ma podstaw. Tylko że intencja nie musi być przywiązana do stałej tożsamości - może być przywiązana do procesu, do kierunku, do "chcę przejść przez to świadomie".
Jak czytam ten wątek, to mam skojarzenie z hermetyczną zasadą rytmu - 'Wszystko płynie, odpływa i napływa; wszystko ma swoje pływy; wszystko wznosi się i opada'. Czyli zmiana jest wpisana w samą strukturę rzeczywistości. Z tej perspektywy pytanie czy można robić rytuały podczas transformacji jest jak pytanie czy można oddychać podczas wdechu. no można, i to jest właśnie ten moment kiedy oddech ma największe znaczenie. Natomiast odnośnie znaku - ta kwestia z granicą Strzelec/Koziorożec jest astrologicznie naprawdę nieprosta i nie chciałbym upraszczać.
Wchodzę, bo właśnie sprawa znaku mnie zatrzymała. Eustachy, 20 grudnia to naprawdę graniczne miejsce i tu jest taki drobiazg: wszystko zależy od roku i godziny urodzenia, bo granica między Strzelcem a Koziorożcem pada zazwyczaj między 21 a 23 grudnia, ale nie jest to stały dzień. Niektóre roczniki maja przejście już 21, inne 22. Więc zanim w ogóle zaczynasz się zastanawiać czy jesteś Strzelcem który "nie pasuje", sprawdź w efemerydach dokładny horoskop. no dobra Bo może po prostu masz ascendent Koziorożca albo księżyc w Koziorożcu i stąd to poczucie niespójności ze słonecznym Strzelcem?
Czytam to od początku i notuję, bo to rzadki temat. Mnie uderza jedna rzecz: wszyscy mówimy o rytuale jako o czymś co robisz, ale może w czasie przejścia bardziej chodzi o to co obserwujesz? Mam na myśli że tarot w takich momentach działa u mnie inaczej - nie ciągnę kart z pytaniem "co zrobić" tylko po prostu siedzę z tym co wychodzi i nie interpretuję, tylko patrzę. Nie wiem czy to jest rytuał w klasycznym sensiie, ale coś się w tym dzieje.
To co Balbinka pisze o obserwowaniu zamiast działania - mam podobne doświadczenie, ale od strony czakr. kiedy ktoś przechodzi przez intensywną zmianę tożsamości, to bardzo często czakra gardła i czakra splotu słonecznego są w mocnym rozchwianiu jednocześnie. Gardło bo tożsamość jest związana z mówieniem o sobie, nazywaniem siebie. Splot słoneczny bo to centrum woli i poczucia "ja". Praca rytualna w takim momencie jeśli skupia się na obu tych miejscach bez prób ich "naprawienia" - po prostu uświadamiania sobie co tam jest - może być naprawdę pomocna. Ale to wymaga pewnej dyscypliny żeby nie próbować przyspieszyć procesu.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale jestem trochę sceptyczna wobec tego co piszesz Marowit. Skąd wiadomo że to czakra gardła a nie po prostu stres i niepewność? Jak odróżnić jedno od drugiego? Naprawdę pytam, bo to brzmi jakby każdy stan emocjonalny można było przepisać na czakry i wtedy brzmi jak coś głębszego, a nie wiem czy tak jest.
Wracam do pytania Eustachego o szamańskie rytuały przejścia, bo to nie powinno zostać bez odpowiedzi. W tradycjach syberyjskich nie było czegoś takiego jak "wykonaj konkretny rytuał podczas zmiany" - był raczej pewien typ pracy z przodkami i duchy opiekuńczymi, który polegał na zakomunikowaniu im że starre "ja" odchodzi i prosi o towarzyszenie w przejściu. W praktyce wyglądało to różnie - czasem jako palenie czegoś co symbolizowało stare imię, stary stan, starą formę. nie po to żeby niszczyć przeszłość, ale żeby ją świadomie zamknąć. Myślę że to jest coś co można zaadaptować dość elastycznie bez wchodzenia głęboko w konkretną tradycję - chodzi o gest pożegnania i zaproszenia jednocześnie. Ale uważam też że to nie musi być skomplikowane. Czasem najprostszy rytuał jest najlepszy właśnie dlatego że nie ma za dużo struktury która by ograniczała.
Dobra, wchodzę bo muszę coś powiedzieć. Przy runach jest podobna sprawa - Hagalaz, Isa, Nauthiz to runy które pojawiają się właśnie w momentach transformacji i zablokowania 🙂 Hagalaz to chaos który jest konieczny żeby coś nowego mogło wyrosnąć. Przy takiej przemianie jaką opisuje Eustachy, ciągnięcie run jako codzienna praktyka refleksyjna mogłoby być całkiem sensowne - nie po to żeby przepowiadać przyszłość, ale żeby mieć zwierciadło dla procesu. Hagalaz akurat jest run która dosłownie symbolizuje że grad niszczy żeby gleba mogła przyjąć nowe nasienie. Nie ma co się bać tych ciemniejszych run w takim czasie.
Chcę tu coś sprostować bo czytam i widzę że kilka osób mówi o rytuałach jakby wymagały ugruntowanej tożsamości. To nie jest prawda i nie jest też powszechna zasada w tradycjach które znam. W ceremonialnej magii zachodniej - czy to Golden Dawn, czy Thelema - rytuały były często robione właśnie w momentach kryzysu tożsamości, bo uważano że ego w takim stanie jest bardziej przepuszczalne i mniej blokuje działanie. Crowley pisał o tym wprost, że rytuał nie wymaga żebyś wiedział "kim jesteś" w psychologicznym sensie - wymaga żebyś wiedział "czego chcesz" w danym momencie. A to jest zupełnie inne pytanie. Więc Eustachy, pytanie nie jest "czy masz stabilną tożsamość" tylko "co chcesz żeby stało się teraz".
Właśnie, bo Balbinka wcześniej mówiła o obserwowaniu a nie działaniuu, Nocnica o szamańskim zaproszeniu, Wega o intencji operacyjnej - to są naprawdę różne rzeczy. ojej, i zastanawiam się Eustachy, jak Ty w ogóle do tej pory rozumiałeś rytuały? bo to może dużo powiedzieć o tym co Ci rzeczywiście teraz potrzebne.
Dobre pytanie Ignaś. nigdy o tym nie myślałem w kategoriach operacyjnych. Bardziej jak o takim rytmie jakimś kotwiczeniu się do czegoś co jest poza mną. Jak się modlisz nie po to żeby dokonać transakcji z Bogiem, ale dlatego że samo mówienie porządkuje coś w środku. w takim razie chyba bardziej pasuję do tego co pisała Balbinka. Ale teraz mam inne pytanie do Nocnicy - czy to spalenie czegoś co symbolizuje stary stan, to powinien być jakiś konkretny czas, faza księżyca, cokolwiek 🙂 Czy naprawdę to nie ma znaczenia jeśli mamy jasną intencję?
Faza księżyca to temat który wywoła tutaj niezłą dyskusję, bo są takie różne szzkoły. Księżyc ubywający klasycznie kojarzony jest z puszczaniem, odpuszczaniem, zamykaniem rozdziałów. Księżyc rosnący z budowaniem i zapraszaniem. Więc jeśli rytuał ma symbolizować zamknięcie starego i otwarcie na nowe jednocześnie - to najbardziej logiczna byłaby pełnia albo nowia. Pełnia bo wszystko jest widoczne i oświetlone, nów bo zaczyna się na nowo. Ale szczerze, przy tak głębokiej przemianie osobistej, trzymanie się faz księżycowych jest pomocne, ale to nie jest warunek. Ważniejsze jest żeby to miało dla ciebie sens w tym konkretnym momencie.
Danka, a co z sytuacją kiedy ktoś jest dokładnie w środku zmiany, tak jak Eustachy? Bo mówisz o ubywającym jako puszczaniu i rosnącym jako budowaniu, ale co jeśli oba procesy dzieją się jednocześnie? Jedno odpada, drugie się jeszcze nie ukształtowało. To nie jest ani ubywający ani rosnący - to jest jakiś stan pomiędzy.
To ciekawe co Danka mówi o nowie, bo nów zawsze kojarzył mi się z początkiem, z siewem. Ale pauza między cyklami - to inaczej to widzę. Choć nie wiem czy mam czekać na konkretną fazę żeby w ogóle cokolwiek robić, czy raczej to jest bardziej o tym żeby rozumieć w czym jestem. Bo jeśli dobrze rozumiem co tu padło wcześniej to rytuał nie wymaga żebym wiedział kim jestem - wymaga tylko żebym wiedział co chcę przez niego zrobić.
no, eustachy, to zdanie które napisałeś na końcu - czy to jest twój własny wniosek z tej rozmowy, czy ktoś wcześniej to tak ujął? bo to jest całkiem konkretne postawienie sprawy i ciekawi mnie czy tak to czujesz, czy bardziej próbujesz sobie to ułożyć.
Dobrze to uchwyciłeś. I dodam jeszcze jedno, bo widzę że kilka osób krąży wokół tego samego: w tradycji hermetycznej jest rozróżnienie między pracą z woli a pracą z receptywności. Nie chodzi o to co aktywnie chcesz osiągnąć, ale też o to co jesteś gotów przyjąć. Przy głębokiej przemianie tożsamości ta druga jest często ważniejsza, bo zmiana i tak już się dzieje - pytanie czy ją świadomie przenosisz przez rytuał czy nie.
Piolunka zadała pytanie które ja też miałam w głowie. I zastanawiam się czy właśnie tarot nie jest pod tym kątem ciekawy, bo karta którą ciągniesz nie jest tym co chcesz zobaczyć - jest tym co przychodzi. To jest z definicji receptywność. Nie decydujesz o obrazie, tylko siedzisz z tym co dostałaś.
To co mówi Balbinka jest bliskie temu co Jung nazywał aktywną imaginacją - nie chodziło o to żeby zracjonalizowwać symbole, tylko żeby na nie pozwolić. I to jest właśnie ten typ pracy który ma sens w czasie przejścia, bo nie wymaga żebyś wiedział gdzie jesteś. Wymaga tylko że siądziesz z tym co jest.
Wchodząc do tego wątku trochę z innej strony - runy to nie wyrocznia z gotową odpowiedzią, to system który opisuje siły w ruchu. Każda runa ma swoje kenning, czyli poetyckie opisy z tekstów nordyckich, i to jest o wiele bardziej otwarty kontekst niż "runa X znaczy Y". Kiedy wyciągasz Hagalaz w czasie przemiany tożsamości, nie dostajesz komunikatu że "będzie chaos" - dostajesz obraz ziarna w lodzie, które czeka na odwilż. To jest zupełnie inne doświadczenie.
Tu wchodzę, bo Almandynka poruszyła coś ważnego. Kenningi to jest materiał przede wszystkim z eddaicznej poezji skaldalnej - Hávamál, Poetic Edda - i jest kilka solidnych opracowań po angielsku, Polly Albertson pisała o tym jeśli chodzi o runicznych praktyk, są też teksty Stephaniego Craigh-Flaherty o runicznej medytacji. po polsku ciężej, ale da się. no ale, i to zmienia całkowicie sposób pracy z runami przy przemianie - zamiast szukać znaczenia, siedzisz z obrazem.
Słuchajcie, to co teraz piszecie o runach i siedzeniu z obrazem zamiast szukania odpowiedzi - to mi coś wyjaśnia w moim własnym podejściu. Bo ja właśnie nie szukam odpowiedzi kim będę. chcę jakoś oznaczyć to co się dzieje żeby to nie przepłynęło niezauważone. I chyba o to mi chodziło od początku i niezbyt to dobrze wyraziłem w pierwszym poście.
Eustachy, "oznaczyć żeby nie przepłynęło niezauważone" - to jest właśnie najstarsza funkcja rytuału. Zanim pojawił się jakikolwiek system teologiczny, rytuał był sposobem na nadanie pamięci ciężaru. W tradycjach oralnych akt opowiedzenia, akt nazwanej intencji, akt gestu w określonym miejscu - to były rzeczy które zamieniały doświadczenie w coś co zostaje. I to jest zupełnie niezależne od tego czy jesteś w środku zmiany czy po jej zakończeniu.
To co Nocnica napisała i to co Eustachy sam powiedział ukłaada mi się w coś spójnego. Rytuał jako akt zapamiętywania, a nie jako działanie ku przyszłości. I tu się zastanawiam czy numerologia mogłaby być pomocna w tym samym sensie - nie żeby przepowiedzieć, ale żeby zobaczyć gdize jesteś w cyklu. Rok osobisty, cykl 9-letni - to są mapy czasu nie recepty.
Właśnie, ja nie mam jednej praktyki. Trochę horoskopu, trochę czytam o czymś, trochę intuicja. Nigdy nie robiłem rytuałów w żaden systemowy sposób. I teraz zastanawiam się czy to jest problem - czy żeby zrobić coś znaczącego, trzeba mieć ten fundament którego mi brakuje.
