Temat założyłam, bo sama przez lata szukałam czegoś, co ma sens i nie sprawia, że czuję się jak hipokryta robiąca coś mechanicznie. Mam diagnozę BPD i przez długi czas myślałam, że rytuały to nie dla mnie, bo moja dysregulacja emocjonalna sprawia, że każda praktyka albo wciąga mnie za bardzo, albo porzucam ją po kilku dniach. Ale ostatnio zaczęłam myśleć o tym inaczej. Diagnoza nie przekreśla duchowości. Może tylko wymaga innego podejścia do formy. Nie wiem, czy ktoś tu mial podobne doświadczenia, ale chętnie posłucham. Mnie najbardziej ciekawiło to, czy są jakieś praktyki, które uwzględniają zmienność nastroju jako punkt wyjścia, a nie problem do wyeliminowania.
To ważne, co piszesz o zmienności nastroju jako punkcie wyjścia. Ja długo pracowałam z runami i jedną z pierwszych rzeczy, którą zauważyłam, było to, że narzucanie sobie stałej, codziennej struktury rytuałów przy nieregularnym psychicznie stanie po prostu nie działa. Nie dlatego, że jesteś "za słaba" albo "nieodpowiednia", tylko dlatego, że taki model zakłada pewną homeostazę, której wiele osób po prostu nie ma. Mnie bardziej pomagały praktyki oparte na odpowiedzi na stan, nie na rozkładzie. Tzn. zamiast "o 21 zapalasz świecę i medytujesz", bardziej: kiedy czujesz X, robisz Y. Jak rytuał warunkowy. Ale cekawi mnie, czy mówisz o samodzielnym rytualizowaniu, czy szukasz czegoś w konkretnej tradycji?
To co Pelagiusza pisze o "rytuale warunkowym" to dla mnie strzał w dziesiątkę, choć nigdy tak tego nie nazwalem. Ja mam diagnose ADHD i depresje nawracajuącą i przez lata probuję dostosowac praktyki do tego co mi zostawiono, a nie do jakiegoś ideału. Np. czakra splotu słonecznego i praca z nią przez ruch, nie przez siedzenie. Bo siedzenie mi wtedy nie wychodzi. Ale mam pytanie do autorki tematu: czy chodzi ci o rytuały stricte magiczne, czy szeroko rozumiane, bo to dość zmienia perspektywę co komu polecac.
To co opisujesz z ogniem to coś, z czym też się zetknęłam. Znam osoby, które pracują z wodą jako alternatywą, właśnie dlatego, że woda jest bardziej "przyjmująca" w odczuciu niż ogień, który wymaga aktywności. Przepływ, zanurzenie dłoni, rytuał obmycia. Przy silnej dysregulacji ogień może być za intensywny jako bodziec. Ale to nie jest reguła. Ciekawi mnie bardziej to, co mówiłaś o "odmawianiu dostępu" przez system. Czy to było odrzucenie samego rytuału, czy odrzucenie bycia świadomą intencji? Bo to może być ważne rozróżnienie.
Przepraszam że wchodzę, ale mam jedno sceptyczne pytanie. czy nie jest tak, że w momencie kryzysu emocjonalnego żaden rytuał nie zadziała, niezależnie od jego formy? mówię to bez złośliwości, naprawdę pytam. Bo z tego co rozumiem z neuropsychologii, przy silnej dysregulacji korowa część mózgu odpowiedzialna za refleksję i symboliczne myślenie jest mocno wyłączona. jak rytuał ma działać, jeśli jego odbiorca jest wtedy biologicznie "offline"?
To co Pelagiusza pisze o ciele jest dla mnie bardzo konkretne. Ja pracuję z bioenergią od jakiegoś czasu i często spotykam się z tym, że luzie zakładają, że praktyka musi być "mentalna" 🙁 A tymczasem np. rytmiczne kołysanie, świadome oddychanie w określonym rytmie, nacisk na konkretne punkty ciała to wszystko może być rytuałem i działa bez pełnej obecności korowej. Ale Darek, mam do ciebie pytanie, bo jesteś sceptyczny: co dla ciebie w ogóle kwalifikuje coś jako rytuał? Bo może rozmawiamy o różnych rzeczach.
Granica, o której mówi Darek, to bardzo realne zagadnienie w pracy rytualnej. Znam to z własnej praktyki. Rytuał różni się od kompulsji tym, że można go przerwać, że ma wyznaczony koniec i nie jest napędzany lękiem. Ale przy zaburzeniach osobowości, zwłaszcza z elementami OCD lub BPD, ta granica faktycznie potrafi być cienka. I tu pojawia się coś, o czym rzadko się mówi: intencja nie musi być "czysta" czy spokojnie sformułowana. Może być chaotyczna, fragmentaryczna. Ważniejsze jest, czy osoba po zakończeniu rytuału ma poczucie domknięcia, nawet małego. Czy macie doświadczenia z tym poczuciem domknięcia albo jego brakiem?
To co mówisz o fizycznym geście końca jest czymś, z czym ja też eksperymentowałam, chociaż z zupełnie innego powodu. Przy pracy z tarotem zawsze kończę odwróceniem talii. Dosłownie. To głupie, ale działa jako sygnał dla mnie, że sesja się skończyła. Zaczęłam się zastanawiać, czy to co opisujesz to nie jest właśnie ta kategoria rytuałów, które mogą działać dla osób z trudniejszą regulacją, proste, jednoznaczne, sensoryczne gesty graniczne. Nie wiem czy to wystarczy jako "rytuał" w pełnym sensie, ale może to jest dobry punkt startowy?
Notuje tę rozmowę, bo jest konkretna. Mam pytanie do Tolci: czy masz jakieś przykłady takich rytuałów granicznych poza odwracaniem talii czy gaszeniem świecy? Pytam, bo sam szukam praktyk, które mają fizyczny, namacalny element, nie oparty na wizualizacji, bo z tym mam ciężko.
Dziękuję wam wszystkim za tę rozmowę, naprawdę dużo mi daje. Chciałam tylko dodać, że przy pracy z czakrami też trafiłam na podobny problem, że klasyczne medytacje czakrowe zakładają spokojny stan wyjściowy. A kiedy nie masz tego spokoju, siedzenie i wizualizowanie kół świetlnych to po prostu tortury. Zaczęłam zamiast tego używać kamieni kładzionych na ciele, bo to jest coś fizycznego, namacalnego i nie wymaga ode mnie wytworzenia obrazu. Czy ktoś z was łączył pracę z kamieniami z tym, o czym tu mówicie?
To ma sens i to duży. W tradycji tarota mówi się o "zastanym" znaczeniu kart które pochodzi z historii symbolu, nie z osoby. To stabilizuje interpretację nawet kiedy czytelnik jest w chaosie. Podobny mechanizm. obiekt z historią ma ciężar, który nie pochodzi od ciebie, wiec nie możesz go tak łatwo zniszczyć swoim stanem. Ale mam pytanie, bo ta rozmowa mocno weszła w somatykę i psychologię: czy jest gdzieś rytuał, który łączy to symboliczne z fizycznym w sposób, który komuś z was faktycznie działał długoterminowo, nie tylko jednorazowo?
A czy przy takim skróconym formacie nie pojawia się problem z tym, że rytuał zaczyna wyglądać "za prosto" i przez to traci swoje znaczenie? Pytam bo w bioenergii często się mówi, że rytuał potrzebuje pewnej formy, struktury, żeby nie stać się tylko nawykiem. Jak to rozróżniasz u siebie?
To pytanie Dobrusi mnie zatrzymało. Bo ja mam podobne wątpliwosci z innej strony. pracuje z tarotem i czasem bardzo prosty gest, jak przestepowanie progu, robi wiecej roboty niz godzinna sesja z kartami. I zastanawiam sie czy "za prosto" to nie jest nasz problem, nie problam rytuału. Czyli my oczekujemy, ze coś musi byc skomplikowane żeby zadziałalo.
Zgadzam się z Pelagiuszą i mam na to własny przykład. Przez długi czas wstydziłam się mówić, że mój rytuał zamknięcia sesji tarota to odwrócenie talii. Brzmiało za banalnie przy tym, co opisywali inni. A potem zobaczyłam, że ta prostota jest właśnie tym, co sprawia, że to działa konsekwentnie, nawet kiedy jestem zmęczona albo rozklejona.
Mam pytanie, bo ta rozmowa mnie wciągnęła mimo woli. Mówicie o prostocie rytuału i o obecności. Ale jak ktoś ma zaburzenia dysocjacyjne w spektrum, to co wtedy? Bo "być obecnym" to nie jest opcja, którą można po prostu wybrać. Czy są rytuały, które działają właśnie bez zakładania pełnej obecności?
Darek zadał coś, przy czym muszę się zatrzymać. Dysocjacja i dysregulacja to różne stany, choć mogą współwystępować. Przy dysocjacji jest ten specyficzny problem, że "ty" nie jesteś w ciele wystarczająco, żeby cokolwiek sensorycznego miało zadziałać jako kotwica. To co opisuje Wrozbita jest słuszne przy łagodniejszych formach. Przy głębszej dysocjacji potrzeba czegoś, co jest wręcz agresywnie sensoryczne, kostka lodu, zimny prysznic, intensywny zapach. To już granica między rytuałem a techniką bezpieczeństwa.
Ale to brzmi jakby zacierała się granica między pracą duchową a terapią. Czy naprawdę rytuał może zastąpić specjalistę przy takich stanach? Pytam szczerze, bo w tym wątku jest dużo mądrości, ale mam wrażenie, że gdzieś się rozmywa, co jestt praktyką a co jest pomocą w kryzysie.
Co do granicy między rytuałem a techniką bezpieczeństwa, którą poruszyła Malachitka: w tradycji hermetycznej te dwie kategorie nigdy nie były sztywno rozdzielone. Rytuał oczyszczający przed pracą magiczną pełnił funkcję zarazem symboliczną i regulacyjną. Zmiana ciśnienia w głowie przez kontrolowany oddech, zimna woda, to były elementy przygotowania, nie "teraz robimy terapię, potem robmy magię". Podział jest nowszy i trochę sztuczny.
Nigdy nie myslalam o tym z tej strony i to zmienia troche moje podejscie do wlasnej praktyki. ojej bo ja często traktowałam te elementy cielesne jako "przygotowanie do prawdziwego rytuału". A tu wychodzi, ze one SA czescia rytuału. To znaczy, ze przy zaburzeniach osobowości mozna zbudować cały rytuał tylko na tych elementach i to bedzie pełnoprawna praktyka 😉
Czytam ten wątek od początku i dopiero teraz dałam się wciągnąć, żeby napisać. ojej, mam pytanie do bardziej doświadczonych: czy jest jakiś sposób żeby zacząć testować takie proste rytuały sensoryczne bez wcześniejszego wiedzy o tradycjach? Bo trochę się gubiłam, czy muszę coś "wiedzieć", żeby to miało sens, czy mogę po prostu zacząć od zimnej wody i słowa.
Chciałem wrócić do pytania Dareka sprzed kilku postów, bo myślę że nie zostało do końca rozwinięte. Mówił o rytuałach bez zakładania pełnej obecności 😉 W bioenergii jest coś, co można by opisać jako rytuały posturalne, czyli pracę z ciałem przez konkretną pozycję lub gest, który sam w sobie jest stanem, nie wymaga wchodzenia w stan. Czy ktoś tu miał doświadczenie z tym podejściem? Bo mam wrażenie, że to mogłoby być bardzo konkretne dla osób z dysocjacją.
To, co piszesz o pozycji jako komunikacie do ciała, mnie zatrzymało. Mam pytanie, może naiwne, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. czy to znaczy, że przy silnej dysocjacji rytuał zaczyna się właściwie od fizyczności, a intencja przychodzi później? Że nie czekamy na "właściwy stan wewnętrzny", tylko ciało ma go niejako wywołać?
No dobra, ale tu mam problem. Jeśli ktoś jest zdysocjowany i wykonuje rytuał "mechanicznie", bo ciało robi, a głowa jest gdzie indziej, to czy to w ogóle jest rytuał? Rytuał bez udziału świadomości brzmi dla mnie jak... eee, gimnastyka. Nie oceniam, po prostu nie rozumiem, czym to się różni od zwykłego ruchu ciała.
Czytam to i mam wrażenie, że opisujecie coś, co jest zupełnie inne od tego, jak ja dotąd rozumiałam "przygotowanie do rytuału". Bo ja to traktowałam jako warunek żeby rytuał w ogóle mógł się zacząć. A tu wychodzi, że to może być część rytuału albo że rytuał może zacząć się bez tego. Czy dobrze rozumiem?
Kometka dobrze rozumie i to jest zmiana która ma realny skutek dla osób z dysregulacją. jeśli "właściwy stan" jest warunkiem wejścia, to te osoby są na starcie wykluczone. Praktyki, które znam, które faktycznie pomagają przy zaburzeniach osobowości, zwłaszcza borderline, działają przez małe progi wejścia. Jeden gest, jedno słowo, jedna tekstura. Reszta buduje się w trakcie albo nie buduje się wcale i to też jest wynik.
To, co Malachitka napisała o BPD, jest ważne, bo to jest specyficzny przypadek 😉 Przy borderline dysregulacja emocjonalna jest tak intensywna, że rytuał może być przerwany w środku przez silny impuls. I co wtedy? Czy niedokończony rytuał ma jakieś konsekwencje według tradycji, z którymi pracujesz? Pytam serio, bo słyszałam różne zdania na ten temat.
No dobra, ale mam inne pytanie, bo nie jestem pewien czy dobrze rozumiem kontekst. Mówimy o rytuałach jako o czymś, co pomaga regulować stan 😉 Ale czy ktoś ma doświadczenie, że rytuał zamiast pomagać, nakręcił? bo przy pewnych stanach dysocjacyjnych słyszałem, że silne bodźce mogą paradoksalnie wytrącić bardziej. Nie chcę siać paniki, ale to mnie zastanawia.
