Zastanawiam się nad czymś od jakiegoś czasu i nie wiem, czy tu jest właściwe miejsce na ten temat, ale spróbuję. Chodzi mi o rytuały, kiedy człowiek nosi w sobie coś ciężkiego - nie mówię o zwykłym smutku czy trudnym tygodniu, ale o prawdziwej traumie, takiej która siedzi głęboko i wraca w nieoczekiwanych momentach. Sama przez to przechodziłam i cały czas mam to z tyłu głowy: czy sięganie po rytuały w takim stanie w ogóle ma sens, czy może robi się więcej szkody niż pożytku? Nie wiem jak wy, ale ja miałam moment, kiedy próbowałam "przepracować" pewne rzeczy przez rytuał oczyszczenia i zamiast ulgi poczułam się jakby ktoś otworzył coś, czego nie jestem gotowa zamknąć. Może źle to robiłam, może za wcześnie - nie wiem. Chciałam zapytać, czy ktoś tu ma doświadczenie z ózdrawianiem przeszłości przez rytuały i czy jest jakiś rozsądny punkt wyjścia dla kogoś, kto nie jest pewny, czy w ogóle może to zrobić w takim stanie emocjonalnym.
To bardzo uczciwe pytanie i dobrze, że je stawiasz. Zanim przejdę do konkretów, chcę zapytać o tę jedną rzecz - ten rytuał oczyszczenia, który robiłaś, to był twój własny pomysł czy gdzieś wyczytałaś schemat? Bo to trochę zmienia obraz sytuacji.
Też chciałabym wiedzieć więcej o tym, co opisałaś - to uczucie "otwarcia czegoś". Czy to było jednorazowe, czy potem zostało z tobą przez dłuższy czas? Pytam, bo sama pracowałam z rytuałami w trudnym okresie i zauważyłam, że ich efekty bywają opóźnione, ale też że czasem coś się uruchamia, a nie masz zasobów żeby to "przetrawić". I nie mówię tu o jakimś mistycznym niebezpieczeństwie, tylko po ludzku - jeśli jesteś w emocjonalnym dołku, to każda praca z symbolami, intencją, skupieniem może wyciągnąć więcej niż się spodziewasz.
To co opisujesz - intensyfikacja po rytuale - zdarza się i to nie musi być zły znak, ale faktycznie wymaga uwagi. Jest takie pojęcie w szamanistycznych tradycjach jak "healing crisis", coś w rodzaju przesilenia uzdrawiającego, gdzie na krótko robi się gorzej zanim stnaie się lepiej. Problem w tym, że nie każdy jest w miejscu, gdzie może sobie na to pozwolić. Jeśli ktoś jest na granicy wytrzymałości emocjonalnej, to taka intensyfikacja może być naprawdę trudna do udźwignięcia. Mam pytanie do ciebie - czy robiłaś coś po tym rytuale, co miało "zamknąć" tę pracę? Jakiś gest zakończenia, cokolwiek?
Właśnie - brak zamknięcia to jedna rzecz, ale jest też drugi wątek w tym co piszesz. Pytasz czy w ogóle można robić rytuały z traumą. Ja myślę, że to nie jest pytanie tak/nie. raczej - z jaką traumą i w jakiej fazie 🙂 Bo trauma świeża, nieprzetworzona, to zupełnie inny stan niż trauma, którą już gdzieś trzymasz pod kontrolą ale chcesz przepracować głębiej. w tym pierwszym przypadku rytuał może faktycznie rozhuśtać więcej niż człowiek jest w stanie unieść samodzielnie.
Nie chcę psuć dyskusji, ale mam jedno pytanie - bo wy mówicie o rytuałach jakby miały jakiś realny wpływ na to co siedzi w człowieku. Czy nie jest tak, że to co opisuje Gizelka, ta intensyfikacja to po prostu efekt skupienia się na trudnych rzeczach? Bez względu na świecę i wodę z solą - jak siądziesz i zaczniesz myśleć o czymś bolesnym, to boli bardziej. Rytuał to tylko opakowanie.
Mam zapisane gdzieś, że Cristine Legare z UT Austin prowadziła badania właśnie nad tym - że rytuały redukują lęk przez przywracanie poczucia kontroli. Nie pamiętam szczegółów, ale wniosek był taki, że samo wykonanie czynności w określonej sekwencji działa stabilizująco na psychikę, niezależnie od przekonan. Co nie znaczy, że każdy rytuał jest odpowiedni dla każdej osoby w każdym momencie 🙂
Bo to była zła struktura do tej konkretnej pracy. Rytuały oczyszczające i rytuały uzdrawiające traumyy to nie to samo, tylko ludzie często to mylą. Oczyszczenie zakłada, że wyrzucasz coś z siebie. no, Uzdrawianie traumy - w tradycjach, gdzie się tym zajmowano poważnie - to proces powolny, często wieloetapowy, i zwykle angażuje jakiś element integracji, nie tylko "wyrzucenia" 😀 Rdzennoamerykańskie ceremonie uzdrawiające trwały dni, a nie godziny. To co zrobiła Gizelka to trochę jak próba jednorazowego wyciągnięcia korzenia, który sięga bardzo głęboko.
Dodam do tego, co mówi Olimpia - w wielu tradycjach ceremonialnych praca z traumą (choć samo słowo "trauma" nie było używane) odbywała się zawsze w obecności świadka. Szaman, starszyzna, wspólnota. Nigdy sam na sam z własnym bólem. To nie był przypadek - chodziło właśnie o to, żeby ktoś był "zakotwiczeniem" gdy praca staje się intensywna. Samotna praca z głębokimi rzeczami jest koncepcją raczej współczesną i zachodnią.
I właśnie tu jest coś, o czym rzadko się móiw - rytuał to nie tylko co robisz, ale też w jakim kontekście i z kim. Albo bez kogo. ja nie robię głębszej pracy sama, odkąd miałam podobne doświadczenie jak ty - otwarcie czegoś bez zasobów żeby to zamknąć. Teraz jak zaczynam coś, co może wyciągnąć trudne rzeczy, mam albo kogoś bliskiego w pobliżu albo przynajmniej zaplanowane co zrobię po - herbata, spacer, konkretna czynność która mnie wraca do tu i teraz.
Chcę zapytać bo nie rozumiem jednej rzeczy - czy to znaczy że osooba z traumą w ogóle nie powinna robić takich rytuałów samodzielnie? oj bo czytam i troche wynika mi że to jest niebezpieczne. Ale z drugiej strony nie każdy ma kogoś takiego blisko.
Właśnie - rytual uziemienia to zupełnie co innego niż rytuał uzdrawiania. Ktoś może mi powiedzieć dlaczego ludzie zawsze chcą od razu "przepracować" i "uwolnić", zamiast najpierw zbudować cokolwiek pod sobą? To mnie zastanawia szczerze.
To co mówi Astrolożkaa o tym trybie "zrób coś szybko" - to mnie uderzyło. Bo właśnie tak to wyglądało. Był moment kryzysu, znalazłam jakiś opis rytuału i po prostu to zrobiłam. Żadnego przygotowania, żadnego zastanowienia co potem. Jakby zgasiłam pożar wodą ze stawu nie sprawdzając co w tej wodzie siedzi.
Mam wrażenie że ten wątek dotknął czegoś ważniejszego niż się wydaje. Bo z jednej strony mamy pytanie o bezpieczeństwo rytuałów przy traumie, a z drugiej wychodzi coś innego - że ludzie robią te rytuały bez żadnego zaplecza. I to jest chyba większy problem niż sama trauma.
Weszłam do tego wątku przez przypadek i nie mogę przestać czytać. Mam pytanie może naiwne, ale co znaczy że rytuał jest "wyrwany z kontekstu"? Znaczy że np. wziełam coś z kultury indiańskiej nie będąc z tej kultury?
Ja w tym miejscu przestaję rozróżniać. Serio. Wielokrotnie dochodziłam do wniosku, że to rozdwojenie na "duchowe" i "psychologiczne" to jest problem zachodniego myślenia, a nie problem rzeczywistości. Wiele tradycji tych rzeczy w ogóle nie rozdziela.
Właśnie - ta sprawa zasobów. Jak mam to rozumieć? Bo jak byłam w tamtym momencie, to czułam że nie mam nic. Ale jednocześnie weszłam w ten rytuał, więc coś musiało mnie prowadzić. Skąd wiedzieć czy ma się te zasoby czy nie?
To naprawdę trudne pytanie i nie ma tu testu który możesz zrobić wcześniej. Ale jest jedna rzecz, którą sama sprawdzam zanim wejdę głębiej - czy jestem w stanie być obserwatorem własnych emocji, czy emocje mnie całkowicie zalewają. Jak jestem zalana, to dla mnie sygnał żeby nie iść głębiej solo.
Ale to wracamy do tego samego problemu. Nie każdy ma kogoś takego. Nie kazdy mieszka blisko ludzi którzy sie tym zajmują, nie każdy może wydac pieniędzy na specjalistę. Co wtedy? serio, po prostu odpuścić?
Dorzucę coś do tego - w wielu tradycjach nie ma w ogóle słowa na rytuał w sensie "magiczna czynność". Jest po prostu sposób robienia rzeczy. to my nałożyliśmy to rozróżnienie. W praktyce oznacza to że małe, codzienne rytuały stabilizujące były traktowane na równi z ceremoniami. Jedzenie, mycie, wyjście z domu - to wszystko miało swoje gesty i nie był to przesąd, tylko sposób na zakorzenienie się w ciele i w dniu.
To co Syriusza napisała mnie zatrzymało. Że nie ma słowa na "rytuał magiczny", tylko jest "sposób robienia rzeczy". Bo ja właśnie chyba o to się potykam - szukam czegoś co będzie wyglądało jak rytuał, i przez to omijam rzeczy które już robię. ojej, a one może już są rytuałem, tylko nie przyklejam do nich tej etykietki?
To mi dało do myślenia też. Bo jak byłam w tym najgorszym momencie, to parzyłam herbatę o tej samej porze każdego dnia. Nie dlatego że "robiłam rytuał", tylko bo to było jedyne co mogłam zrobić mechanicznie bez myślenia. I teraz zastanawiam się czy to właśnie to trzymało mnie na powierzchni.
To nie przypadek że to herbata i to że było mechaniczne. Mechaniczność w pewnych momentach jest dobra - bo ciało robi coś uziemionego, nawet jak głowa jest gdzie indziej. W somacie mówi się o tym jako o regulacji przez ciało, nie przez myśl. I herbata, i inna prosta czynność działa właśnie tak.
Dokładnie, i to mnie zawsze zastanawia dlaczego ludzie zakładają że te dwie rzeczy muszą być w konflikcie. Jakbyśmy odkryli neurobiologię powtarzalnych czynności to nagle rytuał jest "tylko" biologią. A może biologia to właśnie mechanizm przez który rytuał działa? Jedno nie wyklucza drugiego.
Ale jest tu pewne ryzyko w drugą stronę - że jak wszystko sprowadzamy do biologii i psychologii, to gubimy pytanie o intencję i kierunek. Rytuał uzdrawiający traumę to nie tylko powtarzalna czynność, to też coś co zmienia narrację. Co mówi - ten rozdział się zamknął, albo - ten ból czemuś służył, albo - jestem częścią czegoś większego. I tego sama biologia nie daje.
Ale jak nadasz formę czemuś czego nie rozumiesz do końca? Pytam bo mam takie doświadczenie że nie zawsze wiem co tak naprawdę mnie boli, skąd to pochodzi. I jak miałabym to "złożyć" jak nawet nie wiem co to jest?
To trochę smutne jak tak patrzę. Że dawniej był ktoś kto niósł tę strukturę i teraz każdy musi sam sobie tym być. Ale rozumiem że tak jest i zastanawiam się czy można to jakoś zastąpić? Nie koniecznie przez szamana, ale przez coś?
