Właśnie to jest mit który trzeba obalić - że uzdrawianie to jest jeden wielki akt. Van der Kolk nie jest jedynym który to opisuje, podobnie o tym mówi Peter Levine jeśli chodzi o pracy somatycznej - że układ nerwowy uczy się bezpieczeństwa przez powtórzenie, nie przez jednorazowe przeżycie katharsis. eee, katharsis może być częścią drogi, ale samo w sobie nie zamyka. I tu jest bardzo ciekawe pytanie do Gizelki - czy ona szuka jednorazowego aktu czy czegoś co można robić regularnie?
Szczerze? Nie wiem. myślałam raczej o tym jednorazowym - jakimś momencie który będzie wyraźnym "przed i po". Ale po tym całym wątku zaczynam myśleć że może właśnie dlatego nie robiłam nic przez tak długo, bo ten format wydawał mi się za duży. Regularne małe rzeczy brzmią mniej przerażająco. Tylko nie wiem co to miałoby być konkretnie - bo mam wrażenie że jak zacznę robić coś codziennie "dla uzdrowienia" to będę się skupiać na tym co boli zamiast po prostu żyć.
To co opisujesz to jest bardzo konkretna pułapka i dobrze że ją widzisz no dobra dlatego między innymi te codzienne rytmiczne rzeczy nie muszą być nazwane "pracą nad traumą" - mogą być po prostu strukturą 🙂 Zapalasz świecę o tej samej porze, robisz herbatę, siedzisz przez pięć minut bez telefonu. Ciało się uczy że ten moment jest bezpieczny, że po nim nic złego się nie dzieje. I to już jest coś. Nie musisz nazywać tego rytuałem uzdarwiania, możesz to nazywać rytuałem obecności.
