Nie czuję swojego ciała. Dosłownie. Chodzę, funkcjonuję, ale jakbym był na autopilocie. Głowa gdzieś wyżej, ciało robi swoje i to wszystko. Szukam czegoś co mogłoby to zmienić, jakiegoś rytuału, praktyki, czegokolwiek. nie chodzi mi o medytację w stylu "usiądź i oddychaj", bo próbowałem i tyle z tego wychodziło że zasypiałem albo odpływałem jeszcze bardziej myślami. Coś innego. Może ktoś miał podobnie i znalazł coś co u niego zadziałało?
To co opisujesz brzmi jak coś, co w niektórych tradycjach określa się jako słabe zakorzenienie w ciele albo wręcz chroniczne odcieleśnienie. Nie jest to rzadkie, szczególnie u osób które dużo pracują głową albo przez długi czas były pod silnym stresem. Ciało po prostu się odcina. Z rytuałów, które mają sens w tym kontekście, wymieniłabym przede wszystkim te angażujące zmysł dotyku i równowagi, nie te oparte na wizualizacji, bo wizualizacja może o dziwo jeszcze bardziej wyciągać poza ciało. Ale najpierw zapytam: czy to jest stan ciągły od zawsze, czy pjoawił się w jakimś konkretnym momencie?
Ja miałem coś takiego przez jakiś czas i u mnie się okazało że problem jest z dolną czakrą, ta przy podstawie kręgosłupa. Jak nie jest uziemiona, to człowiek dosłownie frunie gdzieś między swoją głową a sufitem i ciało staje się taką maszyną do transportu. wiesz co, praca z muladharą mi pomogła, ale nie od razu i nie sama medytacja, tylko konkretne działania fizyczne. Chodzeie boso po ziemi, praca z czerwonymi kamieniami to wszystko. Ale to nie jest szybki proces, żeby to było jasne 😀
Ja mam inne zdanie na ten temat. Te wszystkie chodzone medytacje i świadome chodzenie po ziemi są spoko, ale jak ktoś jest naprawde od-cielesniony to imo potrzebuje czegoś bardziej dosłownego. Rytualny taniec albo bębnienie. Serio. Rytm bębna działa na ciało poniżej progu myślenia, coś w nerwach, w kościach, nie wiem jak to wytłumaczyć po ludzku, ale jak ktoś słyszy bęben to zaczyna się poruszać zanim zdąży pomyśleć. Rdzenni Amerykanie, tradycje afrykańskie, słowiańskie rytuały z tańcem - wszędzie to jest. Nie bez powodu. Masz dostęp do jakiegoś bębnienia na żywo albo choćby nagrań?
Generalnie to można szukać pod hasłami shamanic drumming circle albo po polsku krąg bębnienia szamańskiego. W większych miastach się trafi. Ale chciałem zapytać o coś innego, bo nie wiem czy dobrze rozumiem temat. To odczucie autopilota, o którym piszesz - czy ono dotyczy też sytuacji kiedy coś cię boli fizycznie albo kiedy jesteś głodny? Pytam bo to może mieć znaczenie dla tego jakie podejście ma sens.
Opisujesz coś co w psychologii ciała nazwaliby depersonalizacją w łagodnej formie, albo po prostu dysocjacją somatyczną. Nie mówię tego żeby straszyć, tylko żeby być precyzyjnym. Wielu ludzi tego doświadcza, szczególnie przy chronicznym stresie albo nadmiarze bodźców. Teraz pytanie do tego wątku: rytuał ma sens wtedy, gdy angażuje system nerwowy inaczej niż na co dzień. Dlatego bębnienie, dlatego taniec, dlatego praca z ziemią. Ale jest jeszcze jedno podejście, z którego rzadziej się tu mówi, a myślę że warto: rytualny kontakt z zimną wodą. Nie jako kara dla ciała, tylko jako moment w którym ciało staje się absolutnie obecne, bo nie może nie być. Czy ktoś tutaj pracował z wodą jeśli chodzi o rytualnym?
To co Hazel74 opisuje brzmi jak ablucje, które pojawiają się w wielu tradycjach i to nie przez przypadek. W Japonii jest misogi, w tradycji słowiańskiej było rytualne obmycie o świcie, w wielu kulturach woda służy jako granica między stanami. Ale mam pytanie do Ewaryst, bo mnie zastanawia to co powiedział. Czy te wszystkie rytuały cielesne, bębnienie, woda, taniec, działają na tej zasadzie że po prostu zmuszają układ nerwowy do innego trybu, czy jest tu coś więcej? Czyli mówiąc wprost: czy tu chodzi o fizjologię czy o coś symbolicznego?
Czytam tę rozmowę i nie do końca rozumiem jednej rzeczy. Jeśli ktoś ma słabą świadomość ciała z natury, to czy te rytuały mają go nauczyć czegoś nowego, czy raczej odblokować coś co już jest ale jest stłumione? Bo to chyba robi różnicę w tym jak podejść do tematu.
da się i właśnie o to chodzi. Rytuał to nie jest coś magicznego samo w sobie, to jest rama. Możesz zapalić świecę na początku, możesz coś powiedzieć głośno, cokolwiek co dla ciebie zaznacza że to nie jest zwykłe lepienie dla zabawy tylko celowe działanie. Zakończenie jest ważne, bo potem czujesz różnicę między stanem przed i po. Ja zawsze na koniec myję ręce powoli i świadomie, to też jest część rytuału. Takie zamknięcie.
To jest ciekawy trop. Bo ręce to jedno, ale zastanawiam się czy to nie jest tak, że ręce są łatwiejsze bo są z przodu, w polu widzenia, używamy ich ciągle. Jak skupiać się na tej reszcie ciłaa, której nie widzisz i nie używasz aktywnie? Plecy na przykład. Albo brzuch. nigdy nie wiem co się tam dzieje dopóki nie boli.
ta obserwacja o rękach jest ważna i ma pokrycie nawet w tym jak działa somatosensory cortex. mapy ciała w mózgu są niepropocjonalne, ręce i twarz są ogromne, tułów malutki. Więc to nie przypadek że łatwiej czuć ręce. Ale to też znaczy, że żeby dotrzeć do tułowia, trzeba bardziej świadomie pracować, mózg po prostu ma tam mniej zasobów.
Wracając do Ferdka i tej kwestii brzucha, bo to ważne. W tradycji japońskiej jest pojęcie hara, które lokalizuje centrum świadomości ciała właśnie tam, dwa palce poniżej pępka. Praktyki jak aikido czy niektóre formy zen zaczynają od przywrócenia uwagi właśnie do tego miejsca. Nie przez wizualizację, tylko przez konkretne ćwiczenia oddechowe, gdzie oddech kieruje się dosłownie do brzucha. Brzuch porusza się, a nie klatka piersiowa. To brzmi prosto, ale ludzie którzy oddychają tylko klatką przez lata, mają z tym realny problem. Rytualne skupienie na haree może być punktem wejścia do reszty ciała.
Własnie o to mi chodziło wcześniej kiedy pisałam o bębnieniu. Rytm jest rytuałem właśnie dlatego że przekracza tę granicę działa na ciało i na coś więcej jednocześnie. Ale co do pytania Dobrusi to myślę że granica jest właśnie w intencji i w ramie, jak pisała Bursztynka. Oddech brzuszny zrobiony mechanicznie to ćwiczenie. Ten sam oddech poprzedzony zapaleniem kadzidła, z konkretnym zamiarem, w konkretnej przestrzeni, staje się rytuałem 🙂 Sam ruch jest ten sam.
Czytam tę rozmowę o zapachach i przypomina mi się jedna rzecz, którą robiłam przez jakiś czas. Zbierałam po jednym przedmiocie z zewnątrz, liść, kamień, kawałek kory, i kładłam je na stole przed rytuałem. Nie dla żadnego głębokiego powodu, po prostu zaczęłam to robić. Ale po jakimś czasie zorientowałam się że sam konntakt z tymi rzeczami, dotykanie ich, wąchanie, zmienia mi coś w tym jak wchodzę w rytuał. Jakby te rzeczy przynosiły informację z zewnątrz, ze świata fizycznego, i ciało to odbierało.
To co Bursztynka_G opisuje ma swoje odbicie w tradycji runnicznej, choć z innej strony. Przy pracy z runami ważne jest żeby runy były fizyczne, wyryte w drewnie albo kamieniu, właśnie po to żeby palce wchodziły w kontakt z kształtem. Czytanie runami z ekranu albo z kartki to zupełnie co innego. Kształt runy wchodzący przez opuszki plców to nie jest tylko symbolika, to jest konkretne doznanie ciała które angażuje inaczej. Zastanawiam się czy Ferdek próbował kiedykolwiek pracy z obiektami, które wymagają dotyku, nie tylko wzroku.
no to mam odpowiedź na twoje pytanie o punkt startowy, bo sama przez to przechodziłam. Zacznij od jednej tekstury. Serio, tylko jednej. Weź kamień albo kawałek drewna, cokolwiek masz pod ręką, i przez tydzień dotykaj go w tym samym momencie dnia. Rano po przebudzeniu albo wieczorem przed snem. Nie musisz przy tym nic robić, nic sobie wyobrażać. Sama obecność tego powtórzenia zaczyna coś robić z ciałem. To jet ten jeden krok który mówię.
Dobrze, jeden kamień brzmi wykonalnie. eee ale mam pytanie do Tolci i do innych, bo nie wiem czy dobrze rozumiem. Mówisz żebym dotykał i tyle, bez intencji, bez skupiania się na czymś konkretnym? Bo mam tendencję do kombinowania i od razu chciałbym coś przy tym wizualizować albo oddychać jakoś specjalnie. Czy to by przeszkadzało 😉
Ciekawa obserwacja Tolci o tym oczekiwaniu. mi się to zgadza z czymś innym, bo przy regularnej pracy z kartami, kiedy odkładam je na ten sam stolik, w tym samym miejscu, coś się zmienia już jak do niego podchodzę, nie kiedy siadam. Jakby ciało wyprzedzało moment rytuału. czy to o to ci chodzi?
Przepraszam że wchodzę w środek, ale to co piszecie o oczekiwaniu ciała mnie bardzo zastanawia w kontekście czegoś innego. Pracuję z runami regularnie i zauważyłam że moje ciało reaguje zanim zacznę ale tylko jeśli rytuał jest w tym samym miejscu, a nie tylko o tej samej porze. Jakby samo miejsce miało znaczenie, nie tylko czas. czy ktoś to sprawdzał, czy stałe miejsce robi inną pracę niż stały czas?
Nie wiem czy ktoś jeszcze o tym pomyslał, ale to co Zywiena opisuje z miejscem mnie cofa do czegoś podstawowego. W neurofizjologii jest coś takiego że mózg kodruje stany emocjonalne i somatyczne razem z kontekstem pżestrzennym. Miejsce dosłownie pomaga przywołać stan który był z nim wcześniej skojarzony. To nie ezoteryka i ezoteryka jednocześnie. oba opisy mówią to samo.
To zestawienie czasu i miejsca jest dla mniee nowe. Przez lata pracowałem przy biurku z kartami i nawet nie myślałem że biurko które służy mi do wszystkiego innego może mi odbierać coś z rytuału. Może dlatego czułem że to trochę na niby, jakby ciało nie brało udziału bo byłem w trybie praca a nie w trybie cokolwiek innego.
Przepraszam że tak powiem, ale ta rozmowa o miejscach i matach jest dla mnie objawieniem, bo nigdy o tym nie myślałam w ten sposób. Zawsze siadałam gdzie popadło i zastanawiałam się dlaczego raz działa lepiej a raz gorzej. Strasznie dziękuję że poruszacie ten wątek, bo to może być odpowiedź na pytanie które mam od miesięcy.
to co mówisz o mimowolnych bodźcach jest ciekawe i trochę mnie zastanawia. Czyli twoje ciało łatwiej wchodzi w kontakt kiedy coś go zaskoczy niż kiedy ty świadomie coś planujesz? To jakby odwrócona logika całego rytuału, bo rytuał z definicji jest zaplanowany.
Właśnie, i sam nie wiem co z tym zrobić. Może rytuał powinien mieć jakiiś element który mnie zaskoczy za każdym razem, coś nieprzewidywalnego w ramach przewidywalnej struktury? Tylko nie mam pojęcia jak to skonstruować żeby nie było sztuczne.
To nie jest takie dziwne jak brzmi. Niektóre tradycje celowo wprowadzają element który wymyka się kontroli, na przykład losowanie, rzut, coś co zależy od wiatru albo ognia. Nie po to żeby zaskoczyć dla zabawy tylko żbey ciało nie wchodziło w tryb wykonywania procedury. Różnica między procedurą a rytuałem jest właśnie tutaj.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie do Ferdka, bo on jest osobą która ten temat otworzyła. Czy to słabe czucie ciała o którym piszesz jest stałe przez cały dzień, czy pojawia się bardziej w konkretnych momentach na przykład wieczorem albo kiedy jesteś zmęczony?
To bardzo konkretna obserwacja Ferdka o tym oknie po wysiłku. Ja mam podobnie z zimną wodą którą wcześniej wspominałam, jest chwila kiedy cialo jest bardziej żywe i jeśli cokolwiek chcę zrobić świadomie, właśnie wtedy to ma sens 😉 Czy próbowałeś kiedyś złapać ten moment?
