Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie wiem, jak to ugryźć. Mam w sobie taki gniew, który nie ma konkretnego adresata - nie jestem zła na jedną osobę, nie chodzi o żadną sytuację z zeszłego tygodnia. To coś, co się zbiera latami i co czuję w klatce piersiowej, kiedy jestem zmęczona. Słyszałam, że rytuały mogą być czymś w rodzaju ujścia dla takich emocji, ale nie mam pojęcia, od czego zacząć. Czy ktoś rzeczywiście próbował czegoś takiego - nie medytacji, nie oddychania, tylko rytuału stricte? I czy to rzeczywiście działa inaczej niż samo "wygadanie się"?
To, co opisujesz, to nie jest zwykła złość na kogoś czy coś. taki gniew bez twarzy jest najtrdniejszy do przepracowania właśnie dlaego, że nie ma punktu zaczepienia. Rytuał może to zmienić, bo daje mu formę - fizyczną, namacalną. Pytanie, które mnie interesuje zanim cokolwiek doradzę: czy masz jakiś obiekt, z którym się wiążesz emocjonalnie? Kamień, tkaninę, coś własnoręcznie zrobionego? To może być ważne przy doborze formy.
Ja robiłam coś takiego ze spalaniem. Pisałam na kartce wszystko co mnie gryzie, naprawde wszystko bez cenzury, a potem to paliłam. Brzmi banalnie ale effekt był zaskakujący - nie tyle ze gniew znikał, co że coś się przesuwało. Jakby mniej zajmowało miejsca. nie wiem czy to "rytuał" w pelnym sensie, ale dla mnie miało znaczenie że byl jakiś gest, fizyczny moment zamknięcia. Bez tego samo pisanie w dzienniku mi nic nie dawało.
Obiekt w rytuałach z emocjami pełni kilka różnych funkcji i warto to rozróżnić, bo to nie jest jedno i to samo. Czasem jest naczyniem - skupia to, co chcesz przepracować. Czasem jest punktem skupienia uwagi, żeby umysł miał gdzie "postawić" to, co niewidzialne. A czasem jest tylko kotwicą - czymś, co mówi ciału: zaczęliśmy, za chwilę skończymy. Ten szalik po babci to akurat ciekawa kwestia, bo jest naładowany relacją, historią, a nie intencją samego rytuału. Nie powiedziałabym, że to przeszkoda, ale warto się zastanowić, czy chcesz wciągać tę relację w coś, co jest o twoim gniewie.
Czytam tę rozmowę i trochę mnie ciekawi jedno - czy macie jakiś sposób, żeby odróżnić, kiedy rytuał "coś zrobił" od kiedy po prostu minął czas i emocja sama opadła 🙂 Bo to chyba kluczowa kwestia jeśli chcemy mówić o tym serio, a nie tylko jako o miłym rytuale dla siebie.
Do tej sprawy rozróżnienia chciałem dorzucić jedno: w tradycjach, gdzie rytuały z emocjami mają dłuższą historię - np. w pewnych nurtach szamanizmu syberyjskiego albo w praktykach voodoo haitańskiego - gniew jest traktowany nie jako coś do "wyrzucenia", tylko jako energia, która ma kierunek. Rytuał nie ma go gasić, tylko nadawać mu formę i ruch. Dlatego efektem nie jest ulga w sensie odpuszczenia, tylko poczucie, że coś zostało doprowadzone do końca. To brzmi subtelnie, ale w praktyce jest ogromna różnica.
Zatrzymuję się tutaj, bo zaczyna mi to wyglądać jakbyście mieszali dwie różżne rzeczy - katharsis i rytuał właściwy. Katharsis ma korzenie w greckiej tradycji dramatycznej, Arystoteles opisywał to jako oczyszczenie emocji przez przeżycie ich na scenie. Rytuał to co innego - ma strukturę, powtarzalność, osadzenie w systemie znaczeń. Można robić jedno i drugie, ale jeśli ktoś pyta "czy rytuał pomoże mi z gniewem" to odpowiedź zależy od tego, które z tych działań ma na myśli 😀 Spalanie kartki to katharsis z dekoracją. Rytuał to coś, co wymaga kontekstu.
Ja się trochę gubię w tej rozmowie, ale mam pytanie może naiwne - czy gniewu nie powinno się po prostu wygadać albo wykrzyczeć w poduszkę? moja siostra tak robi i mówi że pomaga. Rozumiem że tutaj mówicie o czymś bardziej... rozbudowanym, ale zastanawiam się po co komplikować.
To co Cykoria napisała zgadza się z tym, co sama obserwowałam. Kiedy rytuał jest dobrze zrobiony, nie ma w nim momentu "wybuchu" - jest raczej rodzaj skupionego przeprowadzenia. Pamiętam jedną praktykę, gdzie przez kilkanaście minut trzymałam między dłońmi kamień i mówiłam na głos wszystko, co mnie gnębi, a potem zanosiłam go do rzeki. Nie krzyczałam, nie płakałam. A potem siedziałam przy wodzie i poczułam, że coś się ułożyło. Trudno to opisać inaczej.
Słucham i z jednej strony rozumiem, z drugiej mam opór - bo brzmi to jakbyście mówiły, że sam gest (zaniesiecie kamienia do rzeki, spalenie kartki) coś robi. A co jeśli to, co robi, to tylko skupienie uwagi? Że po prostu poświęciłaś czas, żeby w ogóle zasiąść z tym gniewem, zamiast go zagłuszać? Bo to byłoby wytłumaczenie bez żadnej magii.
Czytam to wszystko i mam wrażenie, że w zasadzie chodzi o to, żeby gniewowi dać jakieś miejsce - dosłownie, fizyczne miejsce. Że zamiast nosić go w sobie bez końca, rytuał robi z niego coś co ma początek i koniec. nie wiem czy dobrze to rozumiem, ale jak czytam co Felicja opisała z tym kamieniem i rzeką, to właśnie tak mi się to układa. Czy to zbyt uproszczone?
Właściwie to sobie teraz myślę o tym, co Latawica napisała - że ma ciało, przestrzeń i czas. I mnie zastanawia jedno: od czego w ogóle zacząć, jak się nie wie czego się szuka? Bo ja jak czytam tę rozmowę, to widzę że każda z was miała jakiś punkt wyjścia - kamień, kartka, rzeka. Skąd wiecie, który element "pasuje" do konkretnego gniewu? Czy to jest intuicyjne, czy trzeba to jakoś przemyśleć wcześniej?
To jest właściwie pytanie o dopasowanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo zależy co rozumiesz przez "pasuje". no dobra, Są tradycje, gdzie dobiera się element do natury emocji - gniew ma w wielu systemach związek z ogniem albo wiatrem, więc naturalne byłoby użycie świecy albo czegoś, co można puścić z dymem lub wiatrem. Ale jest też podejście zupełnie inne, gdzie ważniejsze jest twoje osobiste skojarzenie niż "poprawność symboliczna". Latawica wspomniała szalik po babci - to jest dokładnie ten rodzaj obiektu, który nie jest "właściwy" według żadnego systemu, ale może mieć ogromny ładunek emocjonalny właśnie dlatego. Więc pytanie do niej: ten gniew, który nosisz - czy ma jakiś smak, temperaturę, kolor jak o nim myślisz? To może pomóc znaleźć punkt wyjścia lepiej niż jakakolwiek reguła.
"żar pod popiołem" to jest bardzo konkretny obraz i akurat wydaje mi się ze to wiele mowi. Coś co jest zakryte ale cały czas gorące - to jest inny rodzaj gniewu niż coś co wybucha. Może właśnie dlatego nie możesz tego wyrazić słowami, bo to nie jest krzyk tylko coś tlącego ehh, ja miałam kiedyś podobne uczucie i zrobiłam wtedy coś może głupiego - wzięłam garść piasku i powoli przesypywałam z dłoni do dłoni siedząc przy świecy. Nic nie mówiłam, nic nie "robiłam". I to coś przesunęło. Nie wiem dlaczego, ale przesunęło.
Ten opis "żaru pod popiołem" jest o tyle ciekawy, że w terminologii jungowskiej to co Latawica opisuje, miałoby swoją nazwę - shadow material, coś, co zostało stłumione i nie wygasło, tylko zeszło pod powierzchnię. oj tam, i tu właśnie rytuał może robić coś, czego samo siedzenie w ciszy nie zrobi - daje temu stłumionemu materiałowi formę, przez którą może wyjść. Nie chodzi o eksplozję, ale o stworzenie kontrolowanego kanału. Tylko że to wymaga intencji, nie tylko gestu.
Czytam tę dyskusję o intencji i mam wrażenie, że może warto spojrzeć na to od strony neurobiologicznej, bo to akurat pasuje do obu obozów - i do tych, którzy wierzą w coś więcej, i do sceptyków. Jest coś takiego jak embodied cognition - poznanie ucieleśnione. Kiedy robisz powolny, celowy gest fizyczny skupiony na konkretnej emocji, aktywujesz inne sieci neuronowe niż kiedy tylko myślisz. Rytuał może być właśnie sposobem na zaangażowanie ciała do przetwarzania tego, czego sam umysł nie może ruszyć. Żar pod popiołem, o którym mówi Latawica, jest uwięziony - może dlatego, że jest tylko w ciele, nie w głowie.
Mycie rąk jako rytuał? Nie śmieję się, serio pytam - bo to brzmi prawie jak coś normalnego, nie jak rytuał. Gdzie jest granica? Czy jak umyję ręce myśląc "oczyszczam się z gniewu" to jest rytuał, a jak umyję bez myślenia to nie jest? Rozumiem że chodzi o tę intencję, ale to trochę mnie kręci w głowie.
och, to jest ważne pytanie bo mnie też to blokowało! Że jak coś się przerwie to jest zepsute. Ciekawe czy można po prostu wrócić i kontynuować, czy to rzeczywiście trzeba zaczynać od początku.
