Kilka sekund, dosłownie. no, potem albo zaczynam coś poprawiać, albo odchodzę. Rzadko patrzę na siebie dłużej niż żeby sprawdzić czy coś jest na miejscu.
To jest bardzo konkretna informacja i właściwie to przesuwa całą rozmowę o tratace na bok - przynajmniej na razie. kilka sekund to za mało żeby cokolwiek z tym zrobić w technice kontemplacyjnej. To bardziej wskazuje na coś co w somaestetyce nazywa się "aversive self-perception" - aktywny opór sensoryczny, nie tylko ocena poznawcza. Czy ten dyskomfort jest bardziej fizyczny, coś w ciele, czy bardziej taki natłok myśli?
To jest bardzo ważna obserwacja i właściwie potwierdza coś o czym pisałem wcześniej - że twarz jest inaczej zakodowana niż reszta ciała. neurobiologicznie twarz jest procesowana przez fusiform face area i orbitofrontal cortex czyli te same rejony które oceniają zagrożenie społeczne 😉 Ręce tego nie mają. więc Chalcedonka ma tutaj rację - to nie jest ta sama praca.
Obsydian do pracy z własnym obrazem to dobry wybór ma właściwości które pomagają w konfrontacji z tym czego wolałabyś nie widzieć. Nie każdy kamień tu pasuje.
Azteckie lustra z obsydianu - tezcatl - to jest dla mnie nowe. Wiem że Tezcatlipoca, bóg dymu i nocy, miał takie lustro jako atrybut. I to lustro pokazywało prawdę niekoniecznie przyjemną :/ To trochę inna filozofia niż praca z lustrem żeby się polubić - raczej żeby zobaczyć.
Myślałam że jedno z drugim, ale teraz jak tak pytasz, to chyba bardziej to drugie 🙁 Bo mam poczucie, że to "lubienie siebie w lustrze" jest objawem, a nie problemem samym w sobie. Nie wiem skąd to przyszło.
No i właśnie to pytanie Nikity mnie zatrzymuje. Bo jak sobie teraz patrzę na całą tę rozmowę, to zaczęłyśmy od "jak się polubić w lustrze" a skończyłyśmy na "skąd to w ogóle pochodzi". Czy ktoś z was faktycznie robił rytuał z tym pytaniem jako intencją? Nie "chcę się zaakceptować", tylko "chcę zobaczyć kiedy i dlaczego to się zaczęło"?
Robiłam coś podobnego, ale nie nazwałabym tego od razu rytuałem z obsydianem. Zaczęłam od pisania - przed zapaleniem świecy siadałam i pisałam jedno zdanie: "co dzisiaj widzę w lustrze i co to we mnie uruchamia". Nie ocenianie, tylko opis. Po jakimś czasie zaczęły mi wychodzić konkretne rzeczy - że nie cierpię swojego wyrazu twarzy gdy jestem zmęczona bo ktoś kiedyś powiedział mi coś przy tej okazji. To nie był insight z rytuału jako takiego, ale rytuał stworzył warunki żeby to w ogóle mogło wypłynąć.
Ma sens i jest na to literatura. w somaestetyce Shustermana jest pojęcie "soma" jako ciało, które jest zarówno podmiotem jak i przedmiotem doświadczenia. kiedy piszesz o tym co widzisz w lustrze, nie opisujesz obiektu - opisujesz siebie jako kogoś kto patrzy. To przestawia całą ramę. Pytanie do Nikity właściwie - czy jak patrzysz w lustro, to masz poczucie że patrzysz na siebie czy że ktoś na ciebie patrzy?
To dziwne pytanie i jednocześnie bardzo na miejscu. Chyba... że ktoś na mnie patrzy. I że jest wobec mnie krytyczny. Co jest absurdalne jak to teraz piszę, bo wiem że to ja.
To nie jest absurdalne, to jest bardzo konkretny opis. W psychologii jest na to termin - self-as-object versus self-as-subject. Większość ludzi z trudnym stosunkiem do własnego wyglądu funkcjonuje w trybie obiektowym, tzn. widzi siebie tak jak wyobraża sobie że widzą ich inni. Część pracy z lustrem w różnych tradycjach - szamańskich, tantrycznych - polega właśnie na odwróceniu tej perspektywy. Ale to nie jest proste i nie dzieje się przez jedno siedzenie.
Właśnie o to chodzi - kontekst. Można wziąć formę i stracić sens. Ale jest też coś pomiędzy. Nie musisz wchodzić w filozofię niedualności żeby zacząć pytać "kto tu patrzy". Wystarczy że przez chwilę przeniesiesz uwagę z obrazu na akt patrzenia. To się da zrobić nawet bez żadnego rytuału - wystarczy dosłownie zatrzymać się i zapytać. Problem polega na tym, że bez rytuału ta chwila za szybko znika.
Właśnie i tu wraca pytanie które zadałam wcześniej - co czyni coś rytuałem. Bo to co opisujesz to brzmi jak technika uważność z pytaniem. Gdzie tu jest rytuał? Pytam szczerze, bo zaczynam gubić gdzie jest granica.
To "nie uciekać" jest konkretnym celem. I można z tym pracować. Obsydian jest tu sensowny właśnie dlatego że nie daje pociechy - on trzyma w miejscu. Jak się z nim siedzisz, to nie ma gdzie uciec, jest tylko to co jest. Dla kogoś kto ma skłonność do omijania lustra, to może być właśnie to czego potrzeba na początku - nie polubienie, ale obecność.
A mnie naszło takie pytanie - czy obsydian nie jest trochę za ostry na start? bo piszecie o nim jako o kamieniu który konfrontuje, który nie daje ucieczki ale jak ktoś jest na samym początku i ma realny problem z tym jak siebie widzi, to mżoe to być za dużo naraz? Nie lepiej zacząć od czegoś miększego?
Tak ręce są zupełnie inne. Jak patrzę na dłonie to jestem po prostu sobą - to są moje ręce, znam je, nie oceniam. A przy lustrze i twarzy to od razu wchodzi coś innego. no i, jakby twarz była wystawiana na ocenę, a ręce po prostu są. Nie wiem skąd ta różnica, ale jest bardzo wyraźna.
Mam pytanie do Nikity - czy ta różnica między rękami a twarzą jest też w sytuacjach poza lustrem? Tzn czy jak ktoś ci robi zdjęcie albo widzisz siebie na nagraniu to też jest ten sam podział? bo zastanawiam się czy to jest kwestia lustra jako obiektu, czy bardziej twarzy samej w sobie jako obszaru.
To co opisujesz z nagraniami - głos plus obraz - to jest akurat bardzo charakterystyczne dla całej grupy osób które mają trudność z własnym wizerunkiem. Głos nagrany brzmi inaczej niż głos który słyszymy wewnętrznie, bo w normalnych warunkach słyszymy się przez kości czaszki, a nie przez powietrze. Więc nagranie to jest dosłownie obcy dźwięk. Dla kogoś kto już jest w trybie oceniającym, to jest podwójne uderzenie.
Właśnie to jest coś o czym rzadko się mówi przy tego typu pracy - że ciało to nie jest tylko wygląd. Głos, zapach, dotyk siebie - to wszystko jest częścią tego jak się siebie doświadcza. no, i jak ktoś ma problem z obrazem w lustrze, to często idzie za tym też napięcie do własnego głosu, do dotyku. Spójność to jest coś co się buduje we wszystkich zmysłach jednocześnie, nie tylko wzrokowo.
Są tradycje które pracują z głosem właśnie jako elementem rytuału tożsamości - nie mówię o afirmacjach głośno czytanych, tylko o śpiewie. W niektórych praktykach rdzennych śpiew własnej pieśni tożsamości jest dokładnie tym - uczysz się brzmieć sobą, a nie poprawnie. To jest coś zupełnie innego niż powtarzanie zdań przy lustrze.
